Pieśni Petrarki/Canzona XVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Francesco Petrarca
Tytuł Pieśni Petrarki
Data wydania 1881
Wydawnictwo nakładem tłumacza
Drukarz Józef Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Felicjan Faleński
Źródło Skany na commons
Indeks stron
Canzona XVII.

W manowcach myśli, jak przez gór bezdroże,
Miłość mi jedna wodzem; zdawna bowiem
Z dróg uczęszczanych zbiegłem w mym obłędzie
I czy u zdroju, wśród skał, w głuchym borze,
W czaharów gąszczach, między wydm pustkowiem
Spokoju szukać zechcę, — Laura wszędzie
Obecną myśli mej będzie!
Śmiech, płacz, obawa, radość, najszaleniej,
W miarę jak w duszy gości mi otucha,
Lub z niej zwątpienie wybucha,
W twarzy się mojej tak bez końca mieni,
Że biegli w rzeczy o mnie już gadali:
— Oczarowany! Cóż z nim będzie dalej? —


W samotnych jednak miejscach, precz od ludzi,
Lżej mi, i przeto tam, gdzie szlak otwarty,
Nieszczęśliwego więcej nie ujrzycie.
I choć się we mnie zniechęcenie budzi,
Że Laura sroga wciąż obraca w żarty
Niezmierną boleść w którą wkładam życie,
To jednak, szepcze mi skrycie
Coś, ile razy szukać pragnę zmiany:
— W służbie miłości nie chciej przykrzyć sobie.
Możesz się stać w prędkiej dobie
Tyleż kochany, co dziś pogardzany! —
Więc znów się krzepię, niemal rad z mej biedy —
Lecz czyli zmiana przyjdzie? jak? i kiedy?

— Gdzie cień ponury wzniosła rzuca jodła,
Głaz napotkawszy śnieżny na mej drodze,
Oglądać mniemam postać dumnej pani.
W tem, spostrzegając jak mię gorzko zwiodła
Myśl, obłąkaną śpiesznie wstecz odwodzę.
Lecz wyobraźnia, raz spocząwszy na niej,
Jak czynią oczarowani,
Coraz u parciej luby obraz bada,
W bezprzytomności chętnie lgnąc bezprawia.
Miłość albowiem to sprawia,
Że jest ułudzie własnej dusza rada —
Gdyż tak ją jasno oczy oglądały,
Że oby błąd ten mógł być wiecznotrwały!

Toćżem ja nieraz (nikt mi wiary nie da!)
Laurę oglądał: w źródło, w mgły przestrzenie
Patrząc. I wtedy urok mi ją czyni
Taką: iż sama przyznać mogła Leda,
Mówiąc o własnej córce swej Helenie:
Że jak przy słońcu gwiazda — zgasła przy niej.
I im się w głuchszej pustyni,
W im samotniejsze schronię od niej knieje,
Tem obraz luby w żywsze barwy zdobię.
A kiedy w ocknienia dobie
Rzeczywistości podmuch błąd mój zwieje,

Na zimnym głazie siadłszy, jak on zimny,
Ku czci mej pani łzawe składam hymny.

To znów uczuwam niepozbytą żądzę
Wbiedz na najwyższy jaki szczyt, z którego
Ziemia się człeku po pod stopy chyli.
Ztamtąd, gdy tęscłmy w dal oczyma błądzę,
Aż przetwór cały między mną spostrzegą
I tą niewdzięczną, co jest w każdej chwili.
Czy zdala odemnie czyli
Przy mnie, tak samo blizka jak daleka —
Pierś mi wezbraną dziwna rozkosz przejmie,
Gdyż coś w niej szepcze uprzejmie:
— Kto wie czy Laura również nie narzeka
Żeś od niej odbiegł? — Och! tą myślą błogą
Dni moje biedne krzepią się jak mogą!

O pieśni moja! leć śmiało
Tam — w tę szczęśliwą stronę — nad wybrzeża
Szemrzącej strugi, gdzie woń wiecznie świeża
Lauru obwieszcza się chwałą!
Tam serce moje wiernie zamieszkało
Przy tej, co duszą mego jest kochania —
Tu się albowiem tylko cień mój słania! —





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Francesco Petrarca i tłumacza: Felicjan Faleński.