Parę słów w kwestji „tematów“ sztuk teatralnych

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Ignacy Witkiewicz
Tytuł Parę słów w kwestji „tematów“ sztuk teatralnych
Pochodzenie Teatr
Data wydania 1923
Wydawnictwo Krakowska Spółka Wydawnicza
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
PARĘ SŁÓW W KWESTJI „TEMATÓW“ SZTUK TEATRALNYCH
(À PROPOS DYSKUSJI BOY’A Z WINAWEREM).

Dyskusja między Boy’em a Winawerem o »Promienie F. F.« wywołała we mnie dziką chęć wmieszania się w nią. Chyba nie wezmą mi tego za złe dwaj znani i cenieni autorzy, że wejdę między nich, jak człowiek od innego stolika w kawiarni. Czynię to nie dlatego, ażebym ja, figura dotąd zupełnie nieznana, a obecnie posądzona o brzydkie rzeczy (propagowanie bezsensu, »filutyzm« w teorjach, nabieranie publiczności i t. p.). chciał być jakimś samozwańczym superarbitrem, tylko dlatego, że spór wspomnianych wyżej autorów daje mi sposobność do oświetlenia, z mego punktu widzenia, poruszonych przez nich problemów.
Przedewszystkiem muszę zaznaczyć, że nie zgadzam się z Boy’em co do tego, iż dyskusja autora i recenzentami jest »zabawą, nie gorszą od innych«. Spór taki prowadzony poważnie i istotnie nietylko może nie być zabawą, ale nawet krwawą, wspólną pracą (ohydnie brzmią te słowa) w celu dostarczenia materjału dla Teorji Sztuki i powodem zainteresowania publiczności prawdziwie arystycznemi problemami, a nie tylko kwestją nowości trójkątów małżeńskich i ciał radioaktywnych na scenie.
Z punktu widzenia realistyczno-psyćhologicznej ideologji, której wyznawcami zdają się być obaj dyskutujący, »temat« sztuki jest rzeczą bardzo ważną. Mimo, że Boy oświadczył się za nieistotnością »tematu«, »temat« i jego »odrobienie«, a nie formalne wartości, są właśnie tematem jego, niezmiernie skądinąd interesujących rozważań w dwóch tomach »Flirtu z Melpomeną«. W ciągu całej swej pracy recenzenta nie wspomniał Boy ani jednem słowem o Formie. Nie mogę czynić tu użytku z rozmów prywatnych, jednak w pewnej krytyce oświadczył on wyraźnie. że forma od treści, tak jak dusza od ciała, tylko »uderzeniem pałki w łeb« oddzielićby się dała. Podobny zarzut zrobił mi Leon Chwistek, twierdząc, że o Czystej Formie nie można mówić, ponieważ takowa nie istnieje. Zgadzam się, że jest to praktycznie biorąc, pojęcie graniczne, co już dawno [1] zaznaczyłem, jednak wydaje mi się poprzedni zarzut niesłusznym, a tego, że o Czystej Formie w obrazach mówić można dowiodłem parokrotnie. Chodzi o stworzenie odpowiedniego systemu pojęć.
Każda rzecz np. ma swoją formę i kolor. W rzeczywistości dwa te elementy nierozdzielnie są ze sobą złączone i żadnej formy bez koloru, ani koloru bez rozciągłości wyobrazić sobie nie można. Można jednak mówić o kształcie jabłka, w uniezależnieniu od koloru i o kolorze, w abstrakcji od kształtu. Podobnie rzecz ma się z formą dzieła Sztuki, pojętą jako konstrukcja, i z nieistotnemi, koniecznemi w procesie twórczym i istniejącemi w stworzonem dziele elementami życiowemi, czyli z t. zw. »treścią«. Oczywiście bez zanalizowania tego, co jest formą dzieła Sztuki i bez stworzenia systemu pojęć, określającego elementy Formy, jest to niemożliwe. Z drugiej strony raz trzeba się zdecydować, czy stoi się na stanowisku istotności Formy, czy »treści«, czy też skacze się z jednego z tych stanowisk na drugie tak szybko, że ma się wrażenie ich identyczności.
Boy zdaje się stać na tym punkcie widzenia w stosunku do sztuk teatralnych, na którym stał Stanisław Witkiewicz w stosunku do obrazów. W przeciwieństwie do dawnej Estetyki, która zajmowała się tylko »idejami« w obrazach, Witkiewicz stwierdził, że »temat« jest niczem, a chodzi o siłę talentu tego osobnika, który go w obrazie zużytkował. Na owe czasy był to wyłom olbrzymi. Jednak była to epoka budzącego się u nas naturalizmu. Stwierdziwszy to, nie doprowadził jakby Witkiewicz myśli swej do końca: nie pozwoliło mu na to pojęcie natury i jej odtworzenia, jakkolwiek zaczątków teorji Czystej Formy można się już w dziełach jego krytycznych dopatrzeć.
Oczywiście w literaturze trudniej jest przeprowadzić rozgraniczenie formy od treści, niż w malarstwie, ale bynajmniej nie jest to niemożliwem. Jednak krytykować utwory realistyczne z punktu widzenia Czystej Formy jest rzeczywiście zadaniem ponad siły, tembardziej jeśli się nie ma rozwiniętego systemu pojęć dla formalnej krytyki. Ponieważ wszystkie sztuki, krytykowane przez Boy’a (oprócz »Tumora Mózgowicza«) są realistyczne, albo też formalne (rzeczy dawne np. Hamlet) realistycznie wystawione i grane, a systemu pojęć dla krytyki formalnej, mimo zapewnienia, że formę »uznaje«, Boy nie posiada, krytyka jego jest czysto realistyczno-psychologiczna, nawet co do tych rzeczy, które, mimo ich wadliwego, realistycznego wystawienia, mógłby ująć inaczej.
Nas nie mogą już zadowolnić zdania takie jak to, że »nową, wiecznie, tajemniczo nową jest ta żywa krew, którą twórca wlewa w swoje dzieło«. Nie wystarcza już korzenie się przed tajemnicą twórczości w mniej, lub więcej, udany sposób artystycznie również wyrażone. Chodzi o zbadanie tego, co to jest »talent«, »genjusz«, »żywa krew« i t. p., już nic. wskutek zużycia, nie mówiące słowa. Sprawa jest trudna, wskutek złożoności problemu, ale nie beznadziejna i nic nie zmusza nas do zadowolenia się pewnemi, tajemniczemi, intuicyjnemi sposobami porozumienia się, lub utartemi frazesami. Starałem się to w moich pracach estetycznych wykazać. Temat jest niczem, a wszystkiem jest talent — all right. Ale co to jest ten »talent?« Twierdzę, że to jest właśnie możność tworzenia koncepcyj formalnych, w których treść życiowa jest dla formalnych celów zużytkowana, a do tego, aby tak było trzeba: 1) poczucia jedności, 2) dość bogatego materjału życiowego, 3) intelektu arystycznego i 4) czysto zmysłowych zdolności (słuchu, poczucia koloru, poczucia czasu i efektów scenicznych) czyli tego, co ja jako talent właściwy definjuję. Można mieć talent w tem ostatniem znaczeniu i zużytkowywać go dla spotęgowanego przedstawienia życia: tworzy się wtedy rzeczy efemeryczne, przejściowe, a nie te, jakie tworzyli dawni mistrzowie, obdarzeni tą równowagą psychiczną, jakiej my już nie posiadamy.
Tu przychodzimy do jądra kwestji: teoretycznie wszystko jedno jest czy na obrazie jest Święta Rodzina, czy jakaś scena rodzajowa. Chodzi nie o »odrobienie« tematu, tylko o zużytkowanie go dla celów formalnych, co w procesie twórczym dzieje się w sposób jednorodny, przyczem elementy formy i treści stanowią jedność. Dawni mistrzowie umieli nie wykrzywiać życia i tworzyć konstrukcje formalne, które dotąd zadziwiają nas, ale nie przez genjalne »ujęcie« życia, tylko właśnie przez swą formalną wielkość. Teoretycznie rzecz biorąc i my moglibyśmy tworzyć Czystą Formę, nie wychodząc poza t. zw. »normalny« światopogląd, ale praktycznie, wskutek zmian w naszej psychice, jest to niemożliwem: dla celów formalnych musimy życie deformować, aby w sferze Czystej Formy wypowiadać się najpełniej i najswobodniej. Dawne formy zdegenerowały się w odtworzenie życia i na tem polega nędza realistycznego teatru; a to, co jest istotnego, treść czysto formalna i wyrażone przez nią uczucie metafizyczne: jedność osobowości, może się wyrazić jedynie za cenę deformacji życia.
Trójkąt małżeński jest faktycznie wyczerpany i faktyczną nowością na scenie jest koncepcja »Promieni F. F.«, którą znam tylko w recytacji autora. (Nie jest nowością ten rodzaj w literaturze wogóle: exemp. Juljusz Verne). Jednak jest tak tylko z punktu widzenia życia. Dlatego twierdzę, że nie ma racji Winawer, mówiąc, iż stworzył coś nowego, ponieważ ujęcie nowego tematu jest czysto życiowe. Nie ma racji Boy, twierdząc, że temat jest niczem, ponieważ sąd ten, skądinąd słuszny, opiera on au fond na realistyczym poglądzie na teatr, zastępując brak systemu pojęć dla krytyki formalnej powiedzeniem o »żywej krwi«, która jest tajemnicą. Rozwiązanie tej tajemnicy leży na drodze wskazanej przeze mnie (co za megalomanja!).
Charakterystyczna dla upadku realizmu pogoń za tematami skończy się zapewne niedługo. Zastąpienie trójkąta małżeńskiego przez trójkąt: matka — syn — ojciec np. (Grubiński), lub promienie F. F. nic nie pomoże, ponieważ sztuki te powstają z chęci opracowania znalezionego nowego tematu, a nie z tych źródeł, z których płynie prawdziwa artystyczna twórczość.
Patrząc na dzisiejszą dramatyczną twórczość doznaje się wrażenia, że nie ci piszą sztuki, którzy pisać powinni. (Haecker twierdzi to o mnie i konstatuje, że »Tumora M.« mógłby napisać ekspres z pod Hawełki). Ja jestem tego zdania, że najbardziej nawet »utalentowani« pisarze dramatyczni nasi nie są artystami, tak, jak olbrzymia część malarzy. Są to może sumienni pracownicy, umiejący »zrobić« bardzo dobrze skomponowaną historję pana X. i pani Y. i postaci dodatkowych, czy przedstawić scenicznie jakiś problem (społeczny czy fizyczny) śmiesznie lub tragicznie, albo też »odmalować« wiernie, lub z sentymentem, zachód słońca, ale nie są to ludzie tworzący formalne konstrukcje — zabija ich przewaga elementu życia i świata zewnętrznego. Nowa generacja twórców scenicznych, wyzwolonych z pod presji naturalizmu, jeszcze nie powstała, ale jest w zarodku. Niektórzy chcą »zarodek« ten zniszczyć, aby rozwinąć się nie był w stanie. Oczywiście koncepcja ta może się wydać »tematem« dla doskonałej farsy.
Talent sceniczny jest talentem specjalnym jak muzyczny, lub malarski i mało ma wspólnego z t. zw. literaturą wogóle. Dziś tworzą sztuki »literaci wogóle«, bo im się chce opanować teatr. O ile teatr będzie teatrem (t. j. stanie się nim naprawdę), przedsięwzięcie to nie uda się. Powstaną nowi twórcy sceniczni, którzy teatrem zawładną, na współkę z nową generacją reżyserów i aktorów, o ile teatr nie zginie całkiem z powierzchni ziemi, w którem to przypuszczeniu zgadzamy się obaj z Winawerem. Napisanie sztuki realistycznej w wielkim stylu jest dziś tak samo trudnem, jak zrobienie portretu tej miary, co portrety Rembrandta, o ile nie »robi się sztuk« według znanych recept. Niezależnie, na boku od tych dążeń, powstaje nowa linja rozwoju sztuki dramatycznej, podobnie jak powstała już w malarstwie. Czy: przyśpieszenie życia, gorączka, demokratyzacja sztuki, kino, ilość artystów, łatwość imitacji, szakalizm, blaga, która czyha dziś w każdym kącie i »społeczność« teatru pozwolą na ostateczne rozwinięcie się tej linji — jest kwestją przyszłości.[2]





Przypisy

  1. »Nowe Formy w malarstwie«, Skamander NN. 1,2,3.
  2. P.S. O ileby repertuar dzisiejszy był takim, żeby go formalnie traktować można, poprosiłbym jedno z pism, aby zaryzykowało i zrobiło mnie na miesiąc »eksperymentalnym recenzentem«. Zobaczylibyśmy wówczas czy o Czystej Formie na scenie można mówić, czy nie. Teraz jednak byłoby to niemożliwem: ryczałbym tylko: »To nie jest sztuka!« lub kląłbym realistyczną reżyserję arcydzieł formalnych dawnych mistrzów.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Ignacy Witkiewicz.