Pani Walewska/Tom II/XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Gąsiorowski
Tytuł Pani Walewska
Podtytuł Powieść historyczna z epoki napoleońskiej
Data wydania 1930
Wydawnictwo Dom Książki Polskiej Spółka Akcyjna
Drukarz Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron


XI.

Fontainebleau zamilkło, ogłuchło. Grom, który rozległ się w murach zamku Franciszka pierwszego, huczał jeszcze ponad Europą, szedł za morza, za góry, a tu już cisza zaległa, pustka.
Tak, gdy w leśnym ostępie stuletni dąb runie a legnie — łomotem jego wszystkie echa zadrżą i niosą wieść srogą na krańce... I szemrzą korony drzew i chwieją się nieufnie brzozy, mruczą buki i graby, leśne gąszcze szeleszczą, strzygą uszami wylękli mieszkańcy kniei i mateczników, a skrzydlata gromada zawodzi, a krąży ponad dębem, a gniazda swe widzi rozrzucone i rozprasza się, i szuka już innych konarów...
Las dziwi się, rozprawia, wzdycha, szemrze, — ziemia drży jeszcze pod zwalonym kolosem, a wokół niego już pajęcze nici zapomnienia, już cisza, już tam, w górze, kędy jasna tafla nieba, odsłonioną została, tam już lipa-sąsiadka zamyśla wysunąć swe pędy, tam zezuje i świerk, druh powalonego i tam radby rozpostrzeć się dorastający grab...
Zamek Fontainebleau pustoszał, — zapadał w odrętwienie. Z dnia na dzień, z godziny na godzinę, z minuty na minutę ubywało mu marszałkowskich haftów, generalskich mundurów, adjutanckich uniformów, szambelańskich aksamitów, nawet bermyc grenadjerskich, nawet lokajskich barw.
Raz po raz z oficyn zamkowych wyciągały pojazdy, ładowne karoce, furgony i wózki i, przesunąwszy się lisim stępem pod pawilonem głównym, — pomykały ku Paryżowi...
Straże tu i ówdzie służbę odbywające, topniały, nikły także.
Gromadek ciekawych mieszkańców miasteczka, dzieci rozswywolonych, a zakradających się do głównego podjazdu, żołnierzów, chodzących luzem, a prezentujących bezkarnie swe mocno wyniszczone odzienie, także już nie stawało...
Fontainebleau, na wieść o podpisaniu abdykacji przez Napoleona, przeszło przez całą skalę uczuć, od rozpaczliwych protestów począwszy, aż na raptownem wyludnieniu skończywszy...
W Fontainebleau nie było już cesarza, — w Fontainebleau mieszkał już ktoś, czekający na ostatnie postanowienie, na rozkaz wyjazdu — w Paryżu zaś spodziewano się już lada dzień króla. Niech żyje Paryż — niech żyje król!
Wielka antykamera zamkowa świeciła pustką. Ławy paziów dworskich, wypełnione dawniej szczelnie przez kwiat młodzieży francuskiej, stały zasunięte w głąb nisz, miast pompatycznego huissier’a w kutym łańcuchu, stał grenadjer, wsparty na karabinie, a wejścia do galerji strzegł oficer w szwoleżerskim mundurze szefa szwadronu i pełnił równocześnie służbę i starszego prefekta pałacu i szambelana i oficera ordynansu.
Licha to była parada tej zamkowej antykamery, nawykłej do tłumu dworaków, do gromkich wywoływań nazwisk co najprzedniejszych, do przyglądania się, jak książęta udzielni, jak królowie wyczekują swej kolei, jak jeden wyraz pana tego zamku w pałąk zgina karki, promienne sieje uśmiechy lub bieli twarze lękiem, usta przejmuje drżeniem. Snać czuła to antykamera, bo, rada dniu pochmurnego kwietnia, kryła swe złocenia, cieniem otulała całą swoją strojność, cały przepych i ledwie lśnić raczyła posadzką. Snać czuli to także dwaj służbiści, — bo choć rangi ich były tak różne, choć myśli tak rozbieżne, choć tęsknoty i pragnienia tak nie jedne, nie wspólne, nie z tego samego pnia poczęte, na twarzach ich ten sam rysował się smutek, taż sama bruzda pionowa rozcinała pogodę ich czół, ten sam załam kurczowy zaciskał im usta.
I stali tak obydwaj, stali jak wryci, z jakąś cholerą w groźnie poglądających oczach, z jakąś zajadłą pasją w zaciśniętych na broni kiściach z jakąś morową hardością, co zda się mówiła, — nas starczy za dwór!
Naraz drzwi, strażowane przez oficera uchyliły się lekko, na progu stanął wielki marszałek dworu cesarskiego, Bertrand.
Oficer wyprężył się, drgnął lekko grenadjer na przeciwnym końcu antykamery, łuna świetnego munduru marszałka rozpogodziła mroki ścian.
Bertrand rozejrzał się, a rzuciwszy okiem na oficera, rozchmurzył twarz.
— A, to pan, panie Jerzmanowski! Dobrze, że pana tu spotykam, myślałem, że to Laborde!
— Zmieniliśmy się przed chwilą!
— Wybornie się składa! Musisz wiedzieć, gdzie jest generał Kossakowski?... Może... może... i on?!
— Kossakowski, panie marszałku! Ani kroku stąd! Był tu niedawno z generałem Drouot! Tylko ich patrzeć.
— Hm! Właściwie mogę ci, pułkowniku, powiedzieć... idzie mi w tej chwili o pewną damę, o której dawał mi znać generał, a która tu, w Fontainebleau, przebywa od wczoraj...
— O panią Walewskę?!
— Może wiesz gdzie?!
— Jeden z moich żołnierzy wskaże drogę, jeżeli trzeba!
Marszałek skinął przyzwalająco głową. Jerzmanowski ruszył żywo bocznemi drzwiami w głąb służbowych korytarzy i powrócił niebawem z podoficerem.
— Ten zna drogę, panie marszałku.
— Dziękuję! Ale, cesarz mówił dziś o panu!
Jerzmanowski poczerwieniał.
— Jest wzruszony pańską wiernością...
— Et, panie marszałku, gdyby on chciał tylko! — odparł z błyskiem oczu szef szwadronu.
— Wiem, wiem! — przyznał serdecznie Bertrand. — Cóż, tymczasem tak musi być!... Pozwól pan, lada chwila powinien nadjechać z Paryża pan Caulaincourt!... Zatrzymaj go, zanim nie powrócę! U cesarza jest książę Bassano... Czy warta stawiła się na zmianę?
— Tak, jak wczoraj!
— Czy tylko Laborde jest pewny?
— Z tych co są, żaden się nie ruszy!
— Jeszcze słowo; nie mógłbyś mi pan towarzyszyć... ułatwiłoby mi to sytuację!
— Jestem na służbie, panie marszałku!
Bertrand uśmiechnął się i uścisnął serdecznie rękę pułkownika.
— Daruj pan, w tym odmęcie nie trudno banialukę palnąć! A w dodatku, ta wizyta, ciężka do oddania, cały nasz hart, że niema przy nas kobiet!...
— Więc prawda, że może jutro już stąd?
— Niewiadomo! Caulaincourt przywiezie nowiny! A kto wie, czy z nim razem nie przyjadą jacy delegaci — pośrednicy... Musicie z Labordem murem stanąć, bo gdyby który z tych starych dzieciuchów zaczął im po swojemu wygrażać... U grenadjerów nie kupić!!
Jerzmanowski odetchnął ciężko.
— Będzie cisza, panie marszałku, kiedy tak trzeba!...
Bertrand nacisnął kapelusz i, kiwnąwszy na szwoleżera, żeby z nim szedł, zawrócił do małej izdebki przy antykamerze. Tu zarzucił płaszcz na ramiona i, poprzedzany dalej przez podoficera ruszył z zamku.
Podoficer powiódł szybko marszałka na podwórzec, a stąd na jedną z bocznych ulic miasteczka, do piętrowego pałacyku.
Bertrand bez wahania przestąpił próg sieni i zapukał do najbliższych drzwi. Te otwarły się niebawem, ukazując natrętne spojrzenie podżyłej mieszczki.
— Czy u pani mieszka hrabina Lenoir?
— A, pan generał, bo właściwie...
— Hrabia Bercy!
Mieszczka dygnęła twierdząco i wprowadziła Bertranda do niewielkiego saloniku, sama zaś wysunęła się za portjerę, zawieszoną ponad przejściem do dalszych komnatek pałacyku.
Upłynęła nużąca dla marszałka chwila oczekiwania, zanim portjera odchyliła się ponownie, a w saloniku stanęła pani Walewska.
Szambelanowa, na widok Bertranda, wydała lekki okrzyk zdziwienia.
Marszałek powitał ją głębokim ukłonem.
— Pani szambelanowa daruje, lecz najjaśniejszy pan nie chciał trudzić generała Kossakowskiego pewnymi szczegółami...
— Więc pan, panie marszałku, przychodzisz...
— Wyrazić nadewszystko najserdeczniejszą, najgłębszą podziękę najjaśniejszego pana... za trudy jej z takim mozołem podjęte... ale...
— Odrzuca!? — przerwała gorączkowo pani Walewska.
— Nie, pani, tylko nie może przyjąć ofiary!... Daremnej, wiodącej do zguby...
— Panie marszałku, więc cesarz dla zdrady Marmonta, dla Neya, dla Berthiéra, dla czeredy niewdzięcznych faworytów za nic sobie waży korpusy Davousta, Soulta, Sucheta, księcia Eugenjusza, Maisona, Augereau... za nic ma deklarację gwardji, za nic oświadczenie Dąbrowskiego, za nic gotowość walki do ostatniego ładunku?!
Bertrand spojrzał pobłażliwie na rzeźbione rysy pani Walewskiej, tchnące zapałem, i odrzekł spokojnie.
— Niestety! Może pani być przekonaną, że zanim cesarz podpisał akt zrzeczenia się tronu, sam niejednej drogi wyjścia szukał! I nie on jeden tylko... Rachuby bywają zawodne... Augereau już przeszedł na stronę Bourbonów, — Maison toż samo; — książę Eugenjusz za górami, odcięty, zagrożony na tyłach przez króla neapolitańskiego... co najboleśniejsze, mało pozostało wiernych departamentów... Lud, podniecony knowaniami, bramy triumfalne chce wznosić Bourbonom! Południe Francji grozi rewolucją, nową chcą zacząć Vandeę!... Tak, pani szambelanowo, cofnięcie abdykacji to nie tylko beznadziejna, rozpaczliwa wojna ze sprzymierzonymi, lecz i wojna domowa, wojna bratobójcza! A tej najjaśniejszy pan nie chce!... Takiej się sroma!
Pani Walewska usunęła się na krzesło i twarzyczkę w dłoniach ukryła.
— I żadnego ratunku! To straszne, tego objąć myślą niepodobna! Co za sił trzeba, żeby tyle znieść, żeby dumą odpowiedzieć na nikczemne urągowisko! Yvan doniósł mi o wypadku cesarza!
— Bóg sam chciał, aby żył, aby wytrwał!
— Tak, panie marszałku! I to mu odwagi nowej, otuchy dodać powinno!...
— Mogę panią zapewnić, że najjaśniejszemu panu na niej nie zbywa!
Pani Walewska spojrzała na ceremonjalnie dworską postawę Bertranda i westchnęła.
— Oby tak było, jak mówisz! Ale, może Kossakowski źle rzecz przedstawił, może nie dość jasno wyłożył szczegóły zamachu. Paryż jutro będzie odzyskany... opanowany!
— Zaręczam pani, że nikt lepiej, a goręcej...
Szambelanowa potrząsnęła główką.
— Nie, nie ufam nikomu! Wy wszyscy nawet, co ani chwilibyście się nie wahali ponieść zań życia, zwątpiliście, osłabli, straciliście wiarę... A tymczasem nie widzicie, że najmniej w upadek jego wierzą ci, którzy go doń przywiedli, że do dziś dnia sprzymierzeni z minuty na minutę oczekują na odzew armat, że armja cała dotąd jest przekonaną, że do zrzeczenia się korony zniewolili marszałkowie!
Bertrand zafrasował się i, nie kryjąc swego znudzenia znanemi mu już aż nadto wywodami, rzekł wymijająco.
— Ach, tak się to wydaje! Już wszystko to było rozważane i brane w rachubę!
— Trudno, panie marszałku! Zdawało mi się, iż w panu zdołam pozyskać sprzymierzeńca! Lecz tej nadziei nie tracę, tymczasem sama rzecz poprowadzę!...
Bertrand zmieszał się.
— Jakto, pani szambelanowo?!...
— Zdaje mi się, iż potrafię najjaśniejszego pana skłonić...
— Pani... pani?!...
— Tak — ja! Pana dziwi?
— Bynajmniej, znając szlachetność jej uczuć dla cesarza — tylko...
— Nie wątp przed czasem, kto wie! Nigdy nie próbowałam swego wpływu... teraz nie zawaham się! Na krok go nie odstąpię!...
Bertrandt otworzył szeroko oczy.
— Ależ pani szambelanowo! Toż tylko goryczą go przejmiesz, budząc w nim daremnie to, co on z takim trudem uśpił! Podniecisz nadzieje, aby tem głębiej sięgnął okiem do przepaści, w którą się ma stoczyć!... Wzburzysz w nim, co wre jeszcze! Chcesz pani, by znów liczył pułki nieprzyjacielskie, rachował ich działa i widział ich przewagę...
— Napoleon może się obejść bez ważenia sił! Sam starczy za tysiące!
Wielki marszałek dworu ujął za kapelusz.
— Nie podzielam tych zapałów! Współczuję, cenię zacność ich, lecz z całem mem przywiązaniem do osoby cesarza muszę uważać słowa pani za urojenie, za zaprzeczanie prawdzie, za szkodliwe uniesienie...
— Duroc byłby tak mi nie odpowiedział!
Bertrand wyprostował się.
— Pani szambelanowo, niech mi wolno będzie pozostać przy mojem zdaniu... zwłaszcza, iż moje u niej posłannictwo zostało mi poruczonem nie w celu naradzania się w sprawach, o których najjaśniejszy pan raczył zdecydować!...
— Słucham zatem — mów pan, proszę!
— Pani szambelanowa nie dość rozważnie podjęła wycieczkę swoją z Paryża do Fontainebleau...
— Panie marszałku!...
— Spełniam polecenie! — objaśnił cierpko Bertrand. — Oczy całej Europy są zwrócone na Fontainebleau! Cesarz swoje słowo podpisał... cesarz chce być sam...
Pani Walewska pobladła.
— Co pan chcesz przez to powiedzieć? — zagadnęła stłumionym głosem.
— Że najjaśniejszy pan wierzy w przywiązanie pani szambelanowej i w imię tego przywiązania prosi, abyś raczyła natychmiast opuścić Fontainebleau...
Szambelanowa spojrzała groźnie na marszałka.
— Żebym ja... ja?! Opuścić?!... Odjechać stąd?!... Odjechać... dokąd?!...
— Dokąd pani sama uzna za stosowne!
Pani Walewska głowę w tył odchyliła i, zaparłszy się rękoma o stojący poza nią stół, poglądała w niemem osłupieniu na Bertranda.
Marszałek miął kapelusz a ku drzwiom zezował.
— Dokąd ja uznam za stosowne! — powtórzyła chropowatym szeptem pani Walewska i roześmiała się spazmatycznie. — Dokąd ja uznam!... Cha! Cha!...
— Pani szambelanowo, chciej rozważyć położenie... chciej... mieć wzgląd!... Cesarzowa bawi w Rambouillet z ojcem swym, cesarzem Franciszkiem austrjackim! Są dane, że całego wpływu swego używa na złagodzenie pewnych warunków!... Wprost wzruszające dowody przywiązania składa! Najjaśniejszy pan musi zachować formy... musi zważać!...
— On — zważać?!
— Ach, pani szambelanowo, doprawdy tak sądzisz pani porywczo, tak powierzchownie, tak nie chcesz pamiętać, że nie ty jedna cierpisz... że tron, że korona ma swoje nieubłagane prawa!...
Pani Walewska wodziła rękoma po swej twarzyczce, jakby szukając na niej zagubionej nagle myśli, jakby z pod czoła wyrwać pragnęła, jakąś zasłonę, która zmieszała jej źrenice, mgłami zasnuła patrzenie.
Bertrand ujął łagodnie rękę szambelanowej i do ust przycisnął.
— Mocy — siły! Spójrz na niego, a postrzeżesz pani, jak twój ból jest małym!... Cesarz najczulszemi słowy kazał panią pożegnać... i doręczyć ci tę karteczkę... Powieki mu drżały, gdy słowa te kreślił!... Biedny on — stokroć biedny!
— Biedny! — zaszemrały zbielałe usta pani Walewskiej.
— Każesz pani co powiedzieć od siebie? Każesz może list...
Szambelanowa potrząsnęła głową.
Marszałek pochwycił skwapliwie znaczenie tego ruchu.
— Bezwątpienia! Tak lepiej — daleko lepiej!... Chociaż jaki drobny dowód... z rąk pani...
Pani Walewska oczy przymrużyła, a odrzuciwszy zsuwający się jej na czoło splot włosów, odetchnęła ciężko.
— Nie mam żadnego!
— Ach, rozumiem! Pani szambelanowa daruje! Musiałem spełnić... ale wierzę głęboko, że po zastanowieniu, przyzna pani, że jedynie fatalna konieczność!... A przecież cesarzowi nie wolno zapominać, że ma syna!
Szambelanowa drgnęła.
— Czy to wszystko, panie marszałku?! — zapytała mocnym, dźwięcznym głosem, który Bertranda więcej zaniepokoił, niż poprzednie objawy wzruszenia pani Walewskiej.
— Tak jest.. istotnie — wszystko!
— A więc pozdrów najjaśniejszego pana odemnie i powiedz, że, wspomniawszy na mego syna, opuszczam natychmiast Fontainebleau!... Żegnam pana!...
Bertrand poczerwieniał, chciał równą monetą odpowiedzieć na hardą odprawę, lecz szambelanowa znikła już za portjerą, zawieszoną ponad przejściem do sąsiednich komnatek.
Marszałek zacisnął zęby, wdział kapelusz i wyszedł, nie rozumiejąc, dlaczego za ten uczyniony afront nawet gniewać się nie może i że coś jakby wyrzut sumienia zaciężyło mu na sercu.
Zanim Bertrand dosięgnął znów służbowej antykamery zamku, już została mu tylko świadomość, że spełnił uczciwie dane mu polecenie i że pozbył się niemiłego ordynansu.
W antykamerze czekała na marszałka dworu niespodzianka, bo oto ledwie stanął na jej progu, Jerzmanowski wysunął się ku niemu i zaraportował ze wzruszeniem.
— Oficer sztabu korpusu marszałka Davoust przybył z depeszami z Hamburga!
— Oficer z Hamburga?!...
— Tak jest, panie marszałku! Stosując się do rozkazów, zatrzymałem go właśnie...
Bertrand odwrócił się, o dwa kroki przed nim stał wyprostowany jakiś cień człowieka, jakiś oberwaniec, okryty brudno niebieskimi łachmanami, jakiś o zarosłej i poczerniałej twarzy szkielet, tu i owdzie świecący resztkami srebra na wytartym pendencie pałasza, na kordonach, na pułkownickich szlufach.
— To pan... pan?! Z Hamburga?!
— Z depeszami od księcia Auerstaedt!
— Od Davousta?! I jakże?! Więc ustąpiliście...
— Ani piędzi ziemi!
— Hamburg broni się jeszcze?! — badał z pomieszaniem marszałek.
— Jak i przedtem! Żywności i amunicji poddostatkiem! Klęskę za klęską ponoszą oblegający! Duch mocny...
Bertrand pokiwał głową niedowierzająco.
— Duch, ale sądząc po pańskim wyglądzie...
Oficer posmutniał.
— To nie oblężenie, panie marszałku! To droga!... Nie było pewnych wiadomości, gdzie główna kwatera... Prusacy mnie głodem zamorzyć chcieli... Uciekłem im! A potem, ciężko było łańcuchy widet omijać... Dopiero pod Paryżem wskazano mi główną kwaterę...
Oficer urwał raptownie i głowę zwiesił ponuro.
Bertrand potarł zmarszczone czoło.
— Chodź pan, proszę! Zamelduję o pańskim przybyciu! Nie wiem!... Tydzień temu!... A no — proszę!...
Marszałek powiódł oficera przez boczną galerję i zatrzymał go przy wejściu do komnaty cesarskiej a sam zniknął za drzwiami. Po chwili wyszedł, wziął z rąk oficera depesze i poniósł je. Po dłuższej przerwie, niż poprzednio, marszałek znów powrócił.
— Cesarz jest wzruszony dowodem pańskiego poczucia obowiązku! Depesze sprawiły mu wielką radość!... Zaczekaj pan tu, w galerji, cesarz niebawem wyjdzie... może będzie chciał o coś pana zapytać!... Ale, nazwisko pańskie?!
— Łączyński!
Losziński! — Polak?! Pułkownik!
— Tak jest, panie marszałku!
— Bardzo, bardzo dobrze! Tedy ten... potem udasz się pan do generała Kossakowskiego, on panu udzieli wskazówek... Cesarz kazał wypłacić panu dwieście franków na uniform!... Bardzo dzielnie pan się spisałeś, bardzo dzielnie!... Może będziesz chciał świadectwa? To i owszem — napisz pan sobie stan służby, a generał Drouot podpisze... i ja panu podpiszę! Niezmiernie rad byłem poznać pana, panie „Oszynski“... niezmiernie!...
Bertrand uścisnął pośpiesznie rękę pułkownika i zawrócił do komnaty cesarskiej.
Oficer zapatrzył się smutnie na oddrzwia, poza któremi zniknął marszałek i zapadł w nieruchomą postawę.
Oficer ten zdawał się ani nie myśleć, ani nie czuć nic, ani nie doznawać bodaj zmęczenia bezwładną swą pozycją, ani nie wiedzieć, że w galerji ukazało się kilka naraz generalskich mundurów, które ciekawie ku pułkownikowi zwracać się zaczęły.
Dopiero, gdy młody generał dywizji, podszedł tuż do pułkownika, a zagadnął go po koleżeńsku, czyby to on właśnie wiadomości z Hamburga przywiózł, pułkownik ocknął się.
— Tak, generale, z Hamburga!
— Pozwól-że się poznać, pułkowniku! Jestem Ornano!
Pułkownik podniósł oczy na generała, lecz w tejże chwili generał za rękę go chwycił.
— To pan?!! Łączyński!?... Tutaj!... Pan ten raport przywiozłeś?!
Łączyński odpowiedział serdecznie na uścisk Ornana.
— Także to pana dziwi, generale, że ja!...
— Dziwi?! Tak, lecz nie dlatego, bym wątpił, abyś nie był pan zdolnym do takiego poświęcenia! Rad pana widzę!... Ile to lat upłynęło... i ot spotykamy się w chwili...
— Więc już wszystko skończone?!...
— Przed kilku minutami, pod bocznym pawilonem, widziałem pojazdy komisarzy sprzymierzonych państw!...
Łączyński targnął się.
— Generale! A korpus marszałka Davoust?! A Hamburg! A trzydzieści tysięcy wojska!?
— Dowie się o tem, co się stało...
— I cóż z tego!? Duńczycy donieśli nawet!... Nieprzyjaciel wezwał marszałka do złożenia broni, a wreszcie chorągiew Bourbonów rozwinął!... Książę Auerstaedtu kartaczami ją przywitał!!
Generałowie, stojący w pobliżu, przysunęli się, otoczyli pułkownika, którego jakaś gwałtowność uniosła.
— Ośm miesięcy oblężenia, ośm miesięcy piekielnych ataków od lądu, od morza — kroku nie zrobili, kawałka bastjonu nie zajęli!...
— Załoga jednak ginie...
— Zanim wyginie — nową nam Hamburg sam narodzi!
— Co za bolesna chwila dla księcia Auerstaedtu, gdy po takiej obronie będzie się musiał poddać!
Łączyński oczyma łysnął i, nie bacząc na to, że uwagę uczynił nieznany mu generał, noszący mundur artylerji gwardji, odparł z impetem...
— Davoust się nigdy nie podda!!...
— Przynosisz zaszczyt swej szarży, pułkowniku! — ozwał się z boku cichy, ale mocny głos.
Łączyński odwrócił się, o dwa kroki przed nim stał Napoleon.
Generałowie rozsunęli się pośpiesznie.
— Przynosisz zaszczyt! — powtórzył machinalnie Napoleon i, odwróciwszy nieco głowę, — zapylał monotonnym głosem, jakby formułę zaczynał.
— Nazywasz się pan?!
— Łączyński.
Bonaparte rzucił bystre spojrzenie na twarz pułkownika i znów głowę odwrócił.
Nastała chwila śmiertelnej ciszy. Wzrok cesarza ścigał dal jakąś, niedosięgłą, a ręka jego nerwowymi ruchami błądziła około klap na piersiach, w miejscu, gdzie zwykł był nosić krzyż legji, a gdzie teraz pusta mu czerniała pętlica...
Napoleon zasunął raptownie rękę pod zapięcie munduru i rzekł sarkastycznie.
— Będziecie mogli powiedzieć, moi panowie, o waszym cesarzu, że gdy najgoręcej chciał i powinien był nagradzać, nie miał już nic do dania!
— Najjaśniejszy panie! — ozwał się gorąco stojący tuż generał. — Twoje słowa są najlepszą dla nas...
— Pozwól, Drouot! — przerwał cesarz, kładąc rękę na ramieniu Łączyńskiego. — Ten bodaj jest moim największym między wami wierzycielem!
Cesarz zwiesił głowę i, odwróciwszy się gwałtownie, — odszedł.
Generałowie otoczyli Łączyńskiego i zasypywali wynurzeniami przyjaźni, lecz Ornano przerwał im, przywodząc na pamięć zmęczenie i stan opłakany pułkownika, i deklarując, że go do siebie zabiera. Lecz tu zaprotestował energicznie generał Kossakowski, dowodząc, iż jemu się ten przywilej, jako rodakowi, należy. Ornano nie ustępował, powołując się na dawną z Łączyńskim znajomość... Aż stanęło na tem, że generał Kossakowski, z mocy polecenia odebranego od marszałka dworu, imć panu Pawłowi dopomoże ogarnąć się, a generał Ornano już wypocznieniem zupełnem i dalszem się zajmie.
Kossakowski powiódł pułkownika ze sobą do kwatery — Ornano na towarzysza się zaprosił.
W drodze, żwawszy z generałów, Ornano, jął pana Pawła zasypywać gradem zapytań i samemu bezładne szczegóły ostatnich miesięcy wypominać.
Kossakowski szedł nieco odsunięty, ile że choć rozumiał w Łączyńskim rzetelnego oficera, nie znał go bliżej i ani mógł tyle, co Ornano, znaleźć dlań wylania.
Tak idąc z generałami, znalazł się Łączyński na jednej z bocznych ulic miasteczka.
— Daleko mieszkasz, kolego! — zauważył Ornano.
— Ale za to blisko swoich! Jest tu ich jak nabił w całej ulicy!... Lecz to już prawie za tym pałacykiem!
Ornano spojrzał przed się, a dostrzegłszy karetę zaprzęgniętą i jakąś damę, wychodzącą z pałacyku zauważył żartobliwie.
— Ba — kwatera w tej stronie ma inne jeszcze ukryte przymioty!
— Sądzisz, kolego!... A tymczasem jest to hrabina Lenoir!...
— Hrabina Lenoir, żona senatora... ależ ja ją znam!...
— Nie ta — nie ta, z pewnością! Tylko właściwie... nie pojmuję... wygląda, jakby wybierała się w drogę!... Pozwólcie, panowie...
Kossakowski przyspieszył kroku. Ornano z Łączyńskim poszli za jego przykładem — tak, że gdy Kossakowski pozdrawiał damę, wspinającą się już na stopień karety, dwaj pierwsi byli tuż za nim.
Dama, na widok Kossakowskiego, zaparła się o drzwiczki karety, nie odwracając głowy.
— Pani hrabina nas porzuca? — zapytał niespokojnie Kossakowski.
— Tak, generale! — odrzekła cicho hrabina, obciągając gęsty woal, który jej wiatr podrywał.
Kossakowski głos zniżył.
— Obawiam się, czy dobrze uczyniłem, zwracając się do pana Bassano, lecz Jerzmanowski i Wąsowicz byli świadkami...
— Z pewnością dobrze, panie generale! Zmieniłam postanowienie, pilna sprawa, muszę do Paryża! Dziękuję bardzo...
Hrabina odwróciła się i wyciągnęła do Kossakowskiego rękę, lecz ledwie okiem rzuciła w stronę generała, zachwiała się tak silnie, że Kossakowski pospieszył ją wesprzeć.
— Pani hrabino... pani coś jest... może osłabienie!? —
Naraz wiatr zerwał woal z twarzyczki hrabiny Lenoir... badał generał, czując kurczowy uścisk ręki hrabiny.
— Maryśka!! — ryknął za plecami generała potężny głos.
Kossakowski ledwie spostrzec zdołał, skąd głos ten pochodził, gdy imć pan Paweł do nóg pani Walewskiej przypadł i tulił już do siosterki swe pułkownickie łachmany.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Gąsiorowski.