Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/359

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Łączyński odwrócił się, o dwa kroki przed nim stał Napoleon.
Generałowie rozsunęli się pośpiesznie.
— Przynosisz zaszczyt! — powtórzył machinalnie Napoleon i, odwróciwszy nieco głowę, — zapylał monotonnym głosem, jakby formułę zaczynał.
— Nazywasz się pan?!
— Łączyński.
Bonaparte rzucił bystre spojrzenie na twarz pułkownika i znów głowę odwrócił.
Nastała chwila śmiertelnej ciszy. Wzrok cesarza ścigał dal jakąś, niedosięgłą, a ręka jego nerwowymi ruchami błądziła około klap na piersiach, w miejscu, gdzie zwykł był nosić krzyż legji, a gdzie teraz pusta mu czerniała pętlica...
Napoleon zasunął raptownie rękę pod zapięcie munduru i rzekł sarkastycznie.
— Będziecie mogli powiedzieć, moi panowie, o waszym cesarzu, że gdy najgoręcej chciał i powinien był nagradzać, nie miał już nic do dania!
— Najjaśniejszy panie! — ozwał się gorąco stojący tuż generał. — Twoje słowa są najlepszą dla nas...
— Pozwól, Drouot! — przerwał cesarz, kładąc rękę na ramieniu Łączyńskiego. — Ten bodaj jest moim największym między wami wierzycielem!
Cesarz zwiesił głowę i, odwróciwszy się gwałtownie, — odszedł.
Generałowie otoczyli Łączyńskiego i zasypywali wynurzeniami przyjaźni, lecz Ornano przerwał im, przywodząc na pamięć zmęczenie i stan opłakany pułkownika, i deklarując, że go do siebie zabiera. Lecz tu zaprotestował energicznie generał Kossakowski, dowodząc, iż jemu się ten przywilej, jako rodakowi, należy. Ornano nie ustępował, powołując się na dawną z Łączyńskim znajomość... Aż stanęło