Pamiętnik morski/10 lipca

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zbigniew Uniłowski
Tytuł Pamiętnik morski
Wydawca Wydawnictwo J. Przeworskiego
Data wydania 1937
Drukarz S. Wyszyński i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Atelier «Mewa»
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


10 lipca

Tak się jakoś stało na szczęście, że rano, zaraz po śniadaniu, interesuje mnie samo tylko wyjście na pokład. Układam sobie nawet pewną kolejność wrażeń. Wytresowała mnie ta podróż. A więc: najpierw zbadam pogodę. Następnie idzie krótka zabawa z kotkami (które już trochę podrosły), dalej przegląd całego okrętu od przodu do tyłu (w tem jakieś manipulacje wzrokiem z Ukraińcami) potem długie, często nawet godzinne wpatrzenie się w przestwór oceanu, marzenia, czasem jakaś pogwarka z panem De, bo to rano, na świeżo — jeszcześmy nie zdążyli się znienawidzieć, dopiero pod wieczór! Później (jeśli jest słońce, bo zdarza się, że przez jakiś głupi system kokieterji, słońca do południa niema; niby udaje, że nie jest na codzień, choć mam go już po szyję!) idę na dziób „opalać się“, tam też marzenia, często smutek, tęsknota, wreszcie kąpiel, obiad, trochę pracy (nieudanej!) i potem już pustka, bzdury w głowie, nastroiki — słowem, histerja. Mimo, że zawsze wstajemy od stołu pogniewani, znowu grywamy w karty, ale jest to ostateczna konieczność. Wieczorem — znana już rodaczka krew z krwi! Dzisiaj wyszedłem z ciemnego korytarzyka, w przejściu rzuciłem stewardowi „good morning““, zatrzymałem się trochę przed drzwiami, aby rozejrzeć się w pogodzie. Wicher, mglisto i wilgoć. Okrętem trzęsie, skrzypi, z komina wali tłusty i czarny świder dymu. Koty leżą na kupie, co którego wezmę do ręki, to mi zwisa, ślepia zaspane — wprost nie do użytku. Kapitan przesyła mi ze swoich wyżyn pozdrowienia, pierwszy oficer — ten od wycinanek — też daje mi ręką „podkazyrok“.
Mijam kuchnię, widzę dwóch kucharzy, jeden — ładniejszy i bardziej rumiany — stoi wpatrzony błękitnemi oczami w nieokreślone, z wyrazem smutku, a drugi głaszcze go po licach i coś tłumaczy. Poszedłem dalej, ale dobrze sobie to zakarbowałem w pamięci. Już od kilku dni zauważyłem, że między tymi dwoma a stewardem coś jest. Wieczorami schodzą się w kabinie stewarda i we trzech grają w karty. Coś popijają, zaśmiewają się, nie tak jak zwykli mężczyźni, co to jeśli się nie sprzeczają, to chociaż grają poważnie i są naprzyklad trochę źli, że karta nie idzie. Rzecz normalna. A tu chichi, nigdy poważnej miny, i (to napewno pochwyciłem kilkakrotnie w przejściach) steward z tym kucharzem, co to głaskał błękitno-okiego po twarzy, rzucają mu jakieś spojrzenia, wogóle — co tu gadać — zalecają się do niego. A ten siedzi jakby lekko zażenowany, skromny ale pogodny. On tu jest ośrodkiem czegoś, bo jak się człowiek ciągle szwenda tu i ówdzie, robi się najrozmaitsze drobne spostrzeżenia. Raz naprzykład różowy kucharz stał oparty o barjerę i palił papierosa, a steward zbliżył się do niego i objął go wpół. Ale to nie było takie objęcie przyjacielskie, bo i kolanem i biodrem. A ten nic, palił sobie obojętnie i słuchał co mu ten szeptał do ucha. I kiedy zbliżał się drugi kucharz, steward się odsunął. Czasem rumiany wygląda rano jakby zmięty, trochę bledszy, z ustami (jak to czasem mają dziewczyny kiedy się porządnie wycałują) jakby spuchniętemi od pocałunków. Wprawdzie tych spostrzeżeń na czemś takiem solidnem nie mogę oprzeć, ale w każdymbądź razie byłaby to sensacja dla mnie niesłychana, teraz już będę baczną zwracał uwagę na wszelkie ich kroki. Co to za głaskanie po twarzy! Chłop chłopa?
Idę dalej, mijam porozwalanych Ukraińców, patrzących na mnie wcale nie jak bracia-Słowianie, poczem wspinam się po schodkach na rufę i tu trochę jeszcze zamyślam się nad powyższemi kwestjami. Okręt pozostawia za sobą daleko ślad od śruby, koło nóg moich przesuwają się wielkie ogniwa łańcucha od steru. Spod jakichś worków wyłazi tajemnicza łowczyni — Pessi. Dzisiaj jest dla mnie jakaś łaskawsza. Otarła się trochę o nogę, miauknęła parę razy a nawet się położyła. Głaskałem ją z pół godziny, ciągle rozmyślając o przeróżnych kwestjach erotycznych, wreszcie wziąłem Pessi na ręce i poszedłem na śródokręcie. Tam rzuciłem Pessi na pastwę małych i zbliżyłem się do pana De. Stał przy barjerze i na mój widok zaczął monologować:
— Uważa pan, ta wyspa wczorajsza jest wulkaniczna, powiedział mi to kapitan.
— Pewnie! Cóż to, nie widział pan wulkanu, stał jak byk?
— Tak, stał. Wyobraź pan sobie tylko takie życie na takiej wyspie. Co? Ludzie co tam mieszkają, już pewnie zdziczeli w tem osamotnieniu... to jest — panie temat! Tam akcję — panie — umieścić, to — panie — materjał niesłychany, to...
— Siadaj pan i pisz, co pan ciągle tylko snuje jakieś pomysły, chodźmy lepiej pograć trochę, bo dzień dzisiaj mętny.
Pan De jakby tylko czekał na tę propozycję. Zawsze się trochę wstydził pierwszy zdradzać z namiętnością do kart.
— Pan mówi: „pisz“, ale tu panie, trzeba dać rzecz na poziomie i przemyślaną — tłumaczył mi w drodze do stołu.
Po chwili pogrążyliśmy się w ciche misterjum wytrzymałości nerwów. Właśnie zacząłem stosować świeżo wymyślony system podrażniania mego partnera, mianowicie monotonne powtarzanie: „Pan, panie Zbyszku, panie Zbyszku, panie Zbyszku... panie Zbyszku, panie Zbyszku“ — na melodję ćwiczeń palcówkowych na fortepianie, kiedy raptem wszedł kapitan dziwnie wzburzony, usiadł i ukrył twarz w dłoniach i jakby bredził. Przerwaliśmy grę i przejęci jego dziwnem zachowaniem się, wymknęliśmy się z jadalni. Na pokładzie stali telegrafista i pierwszy oficer, coś gorączkowo sobie przekładając.
— Co mu tam jest? — zapytał ich pan De.
— Jego syn odebrał sobie życie — odpowiedział nam telegrafista. — Właśnie przyszedł telegram.
Przypomnieliśmy sobie, jak często kapitan opowiadał różne komiczne historyjki w związku z tym chłopcem i jak dumny był z niego. Przejęło nas nieszczęście tego człowieka. Cały egoizm okrętu, cała nasza przynależność do niego uwydatniła się w tym wypadku. Dnie miały przemijać dalej, bez możności osobistego wejrzenia w swoje nieszczęście — kapitana. Długo staliśmy na pokładzie, omawiając tę przykrą wiadomość. Pod wieczór przyszła jeszcze jedna niewesoła wiadomość. Oto w kanale La Manche zatonął okręt towarowy tej samej kompanji. Słowem, dzionek obfity w zdarzenia.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zbigniew Uniłowski.