Strona:Zbigniew Uniłowski - Pamiętnik morski.djvu/92

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Zbyszku, panie Zbyszku“ — na melodję ćwiczeń palcówkowych na fortepianie, kiedy raptem wszedł kapitan dziwnie wzburzony, usiadł i ukrył twarz w dłoniach i jakby bredził. Przerwaliśy grę i przejęci jego dziwnem zachowaniem się, wymknęliśmy się z jadalni. Na pokładzie stali telegrafista i pierwszy oficer, coś gorączkowo sobie przekładając.
— Co mu tam jest? — zapytał ich pan De.
— Jego syn odebrał sobie życie — odpowiedział nam telegrafista. — Właśnie przyszedł telegram.
Przypomnieliśmy sobie, jak często kapitan opowiadał różne komiczne historyjki w związku z tym chłopcem i jak dumny był z niego. Przejęło nas nieszczęście tego człowieka. Cały egoizm okrętu, cała nasza przynależność do niego uwydatniła się w tym wypadku. Dnie miały przemijać dalej, bez możności osobistego wejrzenia w swoje nieszczęście — kapitana. Długo staliśmy na pokładzie, omawiając tę przykrą wiadomość. Pod wieczór przyszła jeszcze jedna niewesoła wiadomość. Oto w kanale La Manche zatonął okręt to-