Strona:Zbigniew Uniłowski - Pamiętnik morski.djvu/91

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Uważa pan, ta wyspa wczorajsza jest wulkaniczna, powiedział mi to kapitan.
— Pewnie! Cóż to, nie widział pan wulkanu, stał jak byk?
— Tak, stał. Wyobraź pan sobie tylko takie życie na takiej wyspie. Co? Ludzie co tam mieszkają, już pewnie zdziczeli w tem osamotnieniu... to jest — panie temat! Tam akcję — panie — umieścić, to — panie — materjał niesłychany, to...
— Siadaj pan i pisz, co pan ciągle tylko snuje jakieś pomysły, chodźmy lepiej pograć trochę, bo dzień dzisiaj mętny.
Pan De jakby tylko czekał na tę propozycję. Zawsze się trochę wstydził pierwszy zdradzać z namiętnością do kart.
— Pan mówi: „pisz“, ale tu panie, trzeba dać rzecz na poziomie i przemyślaną — tłumaczył mi w drodze do stołu.
Po chwili pogrążyliśmy się w ciche misterjum wytrzymałości nerwów. Właśnie zacząłem stosować świeżo wymyślony system podrażniania mego partnera, mianowicie monotonne powtarzanie: „Pan, panie Zbyszku, panie Zbyszku, panie Zbyszku... panie