Pamiętnik morski/11 lipca

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zbigniew Uniłowski
Tytuł Pamiętnik morski
Wydawca Wydawnictwo J. Przeworskiego
Data wydania 1937
Drukarz S. Wyszyński i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Atelier «Mewa»
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


11 lipca

Rano kapitan osobiście zawiadomił nas o wczorajszych telegramach. Wpatrywał się przymrużonemi oczami w dżdżystą i wietrzną przestrzeń, pocierał palcem nos i nagle huknął wgórę jakiś rozkaz po fińsku. Zdawał się być spokojny, a na jego opalonej twarzy nie widziało się jakiejś zmiany. Powiedział jeszcze coś w rodzaju: takie to sprawy — i zszedł z maszynistą do hali maszyn. Od wczoraj zauważyłem wzmożoną pracę całej załogi. Marynarze naprawiają brezenty, obstukują rdzę i malują na biało ściany śródokręcia. Próbowałem udawać starą hrabinę, ale pan De odpowiedział mi tak mocnym stylem komsomolca, że zawstydzona umilkłam. Jeden z Ukraińców, Iwaszko, narobił rwetesu w kabinie stewarda. Wykrzykiwał po hiszpańsku, że on też zapłacił za podróż, że dają im byle co do żarcia, ciągle zupa i mało słodkiego. Steward spokojnie krajał cebulę i w milczeniu słuchał mowy, której nierozumiał. Wreszcie dał Iwaszce pudełko zapałek. Iwaszko, wściekły, pyrgnął temi zapałkami w cebulę i odszedł. Panu De wpadło pod biurko wieczne pióro, ukląkł ze świecą w ręku, aby go poszukać, okręt się przechylił, i pan De opalił sobie prawą brew. Kiedy ją sobie potarł, wszystko się wykruszyło i pan De wyglądał dziwnie, jak źle ucharakteryzowany aktor. Długo stał w lustrze, ale brew nie odrastała. Pióro ja znalazłem, ale było pęknięte i przez tę rysę przeciekał atrament. Wszyscy jacyś podenerwowani. Marynarzowi reparującemu brezent złamała się igła, i jej koniec gdzieś mu zginął w palcu. Dwaj koledzy wydobywali mu ją, wreszcie zawołali kapitana, ten lancetem przekrajał palec i wyjął obce ciało. Serja awantur. Koty bez humoru, zapatrzone gdzieś skwaśniałemi oczkami. Zginęła nam także karta — walet karo, szukaliśmy go dość długo, i wreszcie okazało się, że był w talji. Czas wstrętny, otaczają nas jakieś wilgotne brudy. Czuję się tak jakbym zjadł mnóstwo waty, brak apetytu i ospałość — stan dziwny. Wymarzona rodaczka już mi się „przejadła“. Kapitan nie schodzi do stołu, tylko telegrafista już dwa razy otwierał szafkę w naszej kabinie. Podczas kolacji poradziłem panu De, aby sobie drugą brew ogolił albo opalił, bo wygląda nieprzyjemnie. Spojrzał na mnie przenikliwie i zaczął tak ględzić, że już mi się nie chce tego tutaj streszczać. Chciałbym się rozchorować, możeby mnie to nieco rozerwało.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zbigniew Uniłowski.