Strona:Zbigniew Uniłowski - Pamiętnik morski.djvu/89

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wają się, nie tak jak zwykli mężczyźni, co to jeśli się nie sprzeczają, to chociaż grają poważnie i są naprzyklad trochę źli, że karta nie idzie. Rzecz normalna. A tu chichi, nigdy poważnej miny, i (to napewno pochwyciłem kilkakrotnie w przejściach) steward z tym kucharzem, co to głaskał błękitno-okiego po twarzy, rzucają mu jakieś spojrzenia, wogóle — co tu gadać — zalecają się do niego. A ten siedzi jakby lekko zażenowany, skromny ale pogodny. On tu jest ośrodkiem czegoś, bo jak się człowiek ciągle szwenda tu i ówdzie, robi się najrozmaitsze drobne spostrzeżenia. Raz naprzykład różowy kucharz stał oparty o barjerę i palił papierosa, a steward zbliżył się do niego i objął go wpół. Ale to nie było takie objęcie przyjacielskie, bo i kolanem i biodrem. A ten nic, palił sobie obojętnie i słuchał co mu ten szeptał do ucha. I kiedy zbliżał się drugi kucharz, steward się odsunął. Czasem rumiany wygląda rano jakby zmięty, trochę bledszy, z ustami (jak to czasem mają dziewczyny kiedy się porządnie wycałują) jakby spuchniętemi od pocałunków. Wprawdzie