Pamiętnik dr S. Giebockiego/Przesądy lecznicze naszego ludu

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Giebocki
Tytuł Pamiętnik
Pochodzenie Pamiętniki lekarzy
Wydawca Wydawnictwo Zakładu Ubezpieczeń Społecznych
Data wydania 1939
Druk Drukarnia Gospodarcza Władysław Nowakowski i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały pamiętnik
Pobierz jako: Pobierz Cały pamiętnik jako ePub Pobierz Cały pamiętnik jako PDF Pobierz Cały pamiętnik jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


Przesądy lecznicze naszego ludu.

Zanim zacznę mówić o przesądach — muszę zaznaczyć, iż należy odróżnić przesgdy w ścisłym tego słowa znaczeniu od lecznictwa ludowego, które innymi metodami niż lecznictwo oficjalne, może jednakowoż osiągnąć wcale nie gorsze rezultaty.
Tak np. jeszcze 30 czy 40 lat temu uważała oficjalna medycyna, iż przystawianie baniek lub pijawek jest przesądem, nie mającym żadnego wpływu na przebieg choroby. Tymczasem dziś bańki i pijawki wchodzą z powrotem do arsenału lecznictwa oficjalnego i jest faktem, że zabieg stawiania baniek ma bardzo korzystny wpływ na cały szereg chorób.
Najpierw powiem parę słów o przesądach, które w żadnym razie nie mogą być usprawiedliwiane jakimkolwiek korzystnym wpływem na przebieg choroby.
Pewnego dnia zawezwano mnie do żony robotnika S., która dostała krwotoku z narządów kobiecych. Po przyjechaniu na miejsce ujrzałem oryginalny widok: cały brzuch pacjentki obłożony był końskim gnojem: „Bo to widzi pan lekarz — starzy ludzie mówią, że koński nawóz położony na brzuch zatrzyma każdy krwotok, więc póki pan doktór nie przyjedzie — to spróbowaliśmy pomóc chorej w ten sposób.“ Poleciłem uprzątnąć gnój z ciała kobiety i pościeli i zabrałem się do wykonania skrobanki. Warunki operacji, jak widać — nie zupełnie zgodne z aseptyką, jaka ma miejsce w klinikach, lecz chora mimo tak osobliwego przygotowania do operacji — po kilku dniach już opuściła łóżko.
Szeroko rozpowszechnionym przesądem jest t. zw. „zamawianie“ choroby, jakie stosują znachorzy głównie przeciw chorobie róży. A ponieważ znachor nie odróżni róży od liszaja, egzemy czy też innej choroby przebiegającej z zaczerwienieniem skóry, gdyż każda taka choroba zostaje ochrzczona jako „róża“ — więc wszystkie te choroby ulegają „zamawianiu“. Znachor wymawia przy tym jakąś tajemniczą formułę, a następnie okadza miejsce zajęte przez „różę“ dymem z palącej się gałązki krzewu różanego. „Zamawianie“ jest tak powszechnie stosowane, że gdy tylko choremu powiem, że cierpienie jego jest różą — to w 95 przypadkach na 100 mogę liczyć na to, iż chory zapyta się mnie: „a co by pan doktór sądził, żebym dał różę zażegnać“. Na takie pytania odpowiadam zwykle, że aczkolwiek nie wierzę, aby takie gusła miały co pomóc, lecz jeśli chory chce się takowym poddać — to nic przeciw temu mieć nie mogę. Gdybym chorego zwymyślał za proponowanie podobnego leczenia — jestem przekonany, iż taki chory poszedłby do „mądrej“ czyli specjalistki od zażegnywań.
Poczesne miejsce zajmuje w przesądach ludowych t. zw. „zwicie włosów“. Pod tą nazwą rozumie lud tworzenie się t. zw. kołtuna. Muszę nu tym miejscu sprostować błąd popełniany przez medycynę oficjalną. Twierdzi bowiem oficjalna medycyna, że kołtun powstaje na skutek brudu, zanieczyszczenia głowy, zawszenia i t. d. Nie jest to prawdą, gdyż widziałem tworzenie się kołtuna i kobiet bardzo czystych u których mowy nie było o wszawicy. Natomiast tworzeniu się kołtuna sprzyjają bezsprzecznie długotrwałe choroby, w czasie których skóra głowy wydziela tłusty pot i łupież sklejający włosy w pasma twardych kosmyków.
Takie pasma z czasem sklejają się ze sobą tworząc na głowie jakby hełm czy czepek filcowy.
W myśl wskazań medycyny ludowej kołtun musi pozostać co najmniej przez rok na głowie chorej, dopiero po tym czasie można go bezkarnie usunąć.
Wcześniejsze natomiast usunięcie kołtuna może spowodować szereg dolegliwości, jak bóle głowy, zapalenie oczu itd. Przesąd ten ma w sobie może źdźbło prawdy.
Kołtun tworzy się bowiem przeważnie u kobiet, złożonych długotrwałą chorobą nerwów, czyli tzw neurastenią. Chora taka — aczkolwiek ma organy wewnętrzne zdrowe, ma jednak tak osłabioną wolę i nerwy, iż gdy wstanie z łóżka — to wydaje się jej, iż lada chwila upadnie, ze strachu dostaje zawrotu głowy, a skóra przyzwyczajona do ciepła od leżenia pod pierżyną — marznie, gdy chora próbuje łóżko opuścić.
Gdy więc takiej przewrażliwionej chorej obciąć kołtun, który jest przecież ciepłym filcowym czepkiem, okrywającym głowę, to skóra głowy przyzwyczajona do ciepła zaczyna marznąć i chora rzeczywiście może z tego powodu dostać bólu głowy.
Gdy kobieta dłuższy czas choruje na jakąś chorobę, a leczenie nie sprowadza polepszenia, wtedy w myśl wskazań medycyny ludowej można sztucznie wywołać „zwicie włosów“, czyli powstanie kołtuna. Pierwszym sposobem zmierzającym ku temu jest zaniechanie czesania chorej. Włosy nie czesane łatwiej się sklejają i chora po kilku tygodniach konstatuje z radością, że już się jej „włosy wiją“. Jeśli samo zaniechanie czesania nie wystarcza — wówczas bierze się kosmyk włosów i zaszywszy w mały woreczek — nosi stale na piersiach. Ten sposób podobno niezawodnie sprowadza zwijanie się włosów — a przez to i po pewnym czasie poprawę stanu chorej.
Z kolei muszę powiedzieć parę słów o znachorach.
Plaga ta szczególnie ma być rozpowszechniona na Kresach, lecz i w naszej kulturalnej dzielnicy nie brak takich cudownych uzdrowicieli. Znana jest „mądra“ zamieszkała w okolicy Inowrocławia, zamieszkują znachorzy w Nagle i Gnieźnie, w Bydgoszczy mieszka znachor grubszego kalibru, podszywający się pod miano „astrologa“, który ma na tyle tupetu i bezczelności, że umieszcza o sobie wywiady w gazetach warszawskich, opowiadając brednie o swych wynalazkach leczenia raka.
Znachorstwo jest u nas bardzo rozpowszechnione, a nawet i modne.
W niedalekim mieście mieszkał np. człowiek z akademickim wykształceniem, który trudnił się znachorstwem pod postacią „magnetyzowania“ Gdy trafił do niego chory cierpiący na nerwy, to u takich chorych każda metoda może czasami sprowadzić wyleczenie. Gdyby więc ów „magnetyzer“ ograniczył się do leczenia histeryczek, to działalność jego byłaby mniej niebezpieczna. Lecz zabrał się do leczenia innych chorób, a więc dojeżdżał (własnym autem) do chorego na raka, do chorej na gruźlicę płuc i krtani, do dziewczyny chorej na gruźlicę stawu biodrowego, do staruszki chorej na reumatyzm stawowy i innych podobnie chorych. Wszędzie obiecywał wyleczenie. Początkowo wszyscy chorzy „czuli się lepiej“ i całe miasto pełne było uznania dla niezwykłego cudotwórcy. Lecz wkrótce jedni chorzy poumierali, a innym lak się pogorszyło, że rodziny ze skruchą musiały zwracać się do mnie o pomoc. I po kilku miesiącach gwiazda „magnatyzera“ nagle zgasła, narobiwszy niemało szkody licznym rzeszom chorych.
Po pewnym czasie zjawił się na horyzoncie nowy znachor — duchowny jakiejś sekty religijnej. Ten leczył modlitwami oraz aparatem do elektryzacji. Znowu nic bym nie miał przeciw temu, aby „uzdrawiał“ liczne historyczki i neurasteników, lecz i ten znachor zabrał się do innych chorób.
Karolina K. starsza już kobieta, zaczęła odczuwać bóle głowy. Udała się do sąsiada, gdzie „urzędował“ znachor. Ten zaczął kobiecie elektryzować głowę. Ale po tym zabiegu kobieta upadła i straciła przytomność. Przeniesiono ją do mieszkania i przywołano mnie. Stwierdziłem udar mózgowy — za kilka godzin kobieta już nie żyła. Poza takimi znachorami wyższej — że tak powiem — kategorii, każda wieś ma swych znachorów — specjalistów od nastawiania złamanych i zwichniętych kończyn.
W naszym mieście rezyduje taki znachor i cieszy się nielada autorytetem. Jakie wyniki są jego działalności — opowiem na paru przykładach. Chłopak uderzył się w kolano, które mu w ciągu kilku dni silnie obrzękło. Przywołany znachor „orzekł“, iż kolano jest wykręcone — zaczął więc takowe nastawiać różnymi kręceniami i wyciąganiem. Po tej operacji mały pacjent zaczął silnie gorączkować i kolano jeszcze więcej opuchło. Przywołano mnie — okazało się, że chory ma zapalenie stawu i za znachorskie manipulacje musiał odleżeć pół roku w opatrunku gipsowym. Innym razem kobieta złamała nogę w biodrze. Założyłem opatrunek wyciągowy, a że kobieta była poza tym niestara i zdrowa, było jasne, że po jakichś 10 tygodniach będzie mogła już wstawać. Ale wówczas zawezwano znachora — ten orzekł, że noga nie jest złamana, lecz wykręcona, zdjął opatrunek i zaczął nogę „nastawiać“. Ma się rozumieć zrzekłem się dalszego leczenia chorej.
Rezultat: chora leży przeszło rok w łóżku i nie ma nadziei, by kiedykolwiek mogła jeszcze chodzić. Podobnie smutnych rezultatów leczenia się u tego czy innych znachorów „od nastawiania kości“ widziałem kilka dobrych dziesiątków. Ostatnio na szczęście pacjenci powoli przekonywują się, że lekarze nastawiają zwichnięte kończyny lepiej i pewniej od znachorów, a przy tym bezboleśnie — bo w znieczuleniu. I dlatego też w ostatnich czasach coraz mniej jednak słyszę o wyczynach moich znachorów-nastawiaczy.
Jeszcze innym wstrętnym przesądem u ludu naszego jest wiara, że na choroby płucne najpewniejszym lekarstwem jest picie psiego sadła. Znam suchotników w okolicy, którzy co kilka dni zaopatrują się w ten specyfik łapiąc lub kupując tłuste psy i następnie po zabiciu biednego stworzenia wytapiają zeń szmalec. Muszę powiedzieć, że nie widziałem, aby takie leczenie dawało pomyślne rezultaty, kilkunastu suchotników z mojego rejonu leczących się psim sadłem — już dawno zmarło. Sądzę, że gdyby zamiast psiego tłuszczu pili bogaty w witaminy tran, to prędzej powróciliby do zdrowia.
A teraz parę słów o lecznictwie ludowym.
Z góry zaznaczam, iż nigdy takowego nie zwalczałem i nie zwalczam. Uważam bowiem, iż my lekarze nie mamy prawa krytykować metod czasami może dla nas niezupełnie zrozumiałych, ale często nie pozbawionych przecież słuszności i logiki. Weźmy pierwszy z rzędu przykład.
Co robi nasz wieśniak na reumatyczne bóle w piersiach, plecach lub krzyżu? Naszywa sobie skórę z kota lub królika na koszuli i nosi na gołym ciele — włosiem do skóry.
Taka skóra grzeje w samej rzeczy miejsce zbolałe, a co zatem idzie może doskonale uśmierzyć dolegliwości reumatyczne chorego.
Co robi się, aby przyśpieszyć ropienie?
Smaruje się bolące miejsce zajęczym tłuszczem („zajęcza skroń“) lub też nakłada się na takowe kawałek cebuli doniczkowej.
Mogę zapewnić, iż widziałem, że środki te skutkują może lepiej, niż ichtiolowa maść kupowana z apteki.
A co się robi na trudno gojące się rany oraz na złamania kości?
Otóż na wsi bierze się żywokost (szparag zimowy) i smaży się na maśle — otrzymaną papką okłada się miejsce chore.
Co do skutków takiego leczenia opowiem przykład.
Franciszek J. 40-sto letni rolnik uderzył się w kolano. Po pewnym czasie powstało zapalenie stawu, chory gorączkował powyżej 40° i stan jego był groźny. W szpitalu orzekli lekarze, iż noga musi być odjęta. Lecz chory nie zgodził się na to i wrócił do domu, aby w domu umrzeć. Za namowa sąsiadów zaczął stosować żywokost — stan z dnia na dzień się poprawiał i chory szybko wrócił do zdrowia.
Również na popękanie rąk można zastąpić zachwalany „krem prałatów perfection“ — przez zwykły mocz, który ma powodować miękkość i delikatność skóry. Gdy niemowlę ma zaczerwieniona i odparzoną skórę — bierze się pruchno ze starej, zmurszałej belki i zasypuje chore miejsce.
Na małe krostki i rany przykłada wieśniak liść podbiału. Jest to środek bardzo popularny, lecz nie widziałem, aby dobrze skutkował.
Nie będę tu wymieniał wszystkich ziół leczniczych, jakie stosują wieśniacy. Większość z nich jest bowiem uznana już i przez oficjalną medycynę i szeroko stosowana przez lekarzy w postaci różnych naparów. Należy tu np. tysiącznik i piołun — rzeczywiście pierwszorzędne środki, gdy chory cierpi na żołądek i nie ma apetytu.
Ludzie, którym nie skutkowały żadne Acidol-Pepsiny i inne drogie specyfiki — dostawali wilczy apetyt po regularnym piciu tysiącznika. Albo też ziółka na pęcherz, na kaszel itd. są stosowane szeroko przez wieśniaków, lecz i też przez mieszczuchów.
Doskonałe wyniki widziałem przy atakach kamieni nerkowych, lecz przy kamieniach żółciowych od stosowania tzw. kostrzki (po niemiecku „Katzenschwanz“ — koci ogon).
W pobliskiej wsi cierpiał na nerki osadnik Gustaw K Zapisywałem mu piperazynę itd., co mu ostatecznie też zwykle po pewnym czasie pomagało. Lecz pewnego razu powiedział mi Gustaw K. „Panie doktorze, pańskie lekarstwa pomagają mi nieźle, lecz muszę się przyznać, że lepszy skutek miała herbata z kostrzki, którą mi jakaś kobieta nastręczyła“.
Zaciekawiony tym — zacząłem wszystkim chorym na kamienie nerkowe ordynować picie herbaty z tego ziela (rosnącego dziko na polach, głównie miedzy kartoflami) i muszę powiedzieć, że wyniki po kostrzce miałem lepsze, niż po wszystkich innych lekarstwach. Najuporczywsze ataki kolki nerkowej ustępują po niej w ciągu kilku dni, herbata ma smak dość przyjemny i jest chętnie pita przez chorych.
Dzieciom na kaszel stosuje lud ulepek przygotowany przez prażenie cebuli z cukrem — środek w każdym razie nie szkodliwy, a mogący ułatwić odflegmienie.
Dużo zastrzeżeń można natomiast mieć do środka ludowego, używanego dla uspakajania krzyczących niemowląt.
Matki biorą mianowicie makówki i wygotowują je w wodzie, po czym dają dzieciom ten napar do picia. Jest znaną rzeczą, że napar ten zawiera niesłychanie silne narkotyki jak opium, morfinę itd. i dzieci uspakajają się z powodu zatrucia tymi jadami.
Że takie systematyczne zatruwanie dziecka narkotykami musi fatalnie odbić się na jego rozwoju — tłumaczyć nie potrzeba. To też, gdy matki przychodzą do mnie, szukając porady na niespokój dziecka — to przede wszystkim ostrzegam je przed stosowaniem naparu z maku, o którym to lekarstwie może takiej strapionej matce donieść jakaś usłużna sąsiadka.
Do szkodliwych środków leczniczych stosowanych przez lud należy też zaliczyć wódkę.
Jeśli chory bowiem się zaziębi i ma zwykłą grypę — to alkohol często dobrze mu zrobi na takie przeziębienie, pod warunkiem, że chory zostanie następnie w łóżku i dobrze się wypoci. Gorzej, gdy ludzie zastosują wódkę w innych chorobach.
Józefa K. zachorowała na ból krzyża, mdłości i dreszcze. Mąż orzekł, że jest to naturalnie grypa i dał kobiecie dobrego i mocnego „groga“. Tymczasem stan się po tym niesłychanie pogorszył. Posłano więc po mnie i okazało się, że kobieta było chora na ostre zapalenie miedniczek nerkowych, a alkohol w tej chorobie musi spowodować znaczne pogorszenie cierpienia.
Wojciech W. dostał bóle w żołądku. Wypił wiec sobie kilka „gorzkich z pieprzem“, po czym bóle się tak wzmogły, że chory zaczął wyć z bólu. Wezwano mnie i co się okazało? Chory miał wrzód żołądka, po wódce wrzód pękł do jamy otrzewnej. Wsadziłem więc chorego do mojego auta i odwiozłem do szpitala, gdzie natychmiast dokonano operacji zeszycia żołądka i w ten sposób ocalono życie chorego. Bardzo często widuję też, jak ludzie chorzy na wątrobę lub woreczek żółciowy „leczą się“ piciem tej czy innej gorzkiej wódki. Skutek: pogorszenie choroby.
Nie będę mówić tu o pijawkach — jest to środek ludowy, lecz stosowany od wieków też i w oficjalnej medycynie. Że pijawki doskonale pomagają na bóle głowy, bóle reumatyczne w stawach, bóle w bokach przy zapaleniu płuc lub opłucnej i całym szeregu innych chorób — przekonałem się w setkach przypadków — gdy poleciłem pijawki przystawić. To samo można powiedzieć i o bańkach, które działają podobnie jak pijawki, może nieco mniej energicznie.
Bańki i pijawki w każdym razie nigdy i nikomu zaszkodzić nie mogą, czego nie mógłbym powiedzieć o całym szeregu modnych lekarstw i zastrzyków. (Właśnie czytam sprawozdanie ze Stanów Zjedn., gdzie po zastosowaniu modnego dziś specyfiku w połączeniu z syropem — w ciągu kilku dni zmarło w pewnym szpitalu 61 osób na skutek zatrucia tym lekarstwem).
Arsenał środków, które przeniknęły w lud dzięki reklamie, dziś znacznie się powiększył. Dziś każda baba wiejska zna już „kogutki“ i „pigułki reformackie“. Że takie nieoględne stosowanie nawet tych niewinnych względnie środków może nie być obojętne — przekonałem się w przypadku 28-mio letniej Heleny N. Była przeziębiona, mąż w tym czasie był bez pracy, poszła więc chora do sklepiku i kupiła sobie kilka proszków od bólu głowy. Jeden wzięła wieczorem koło 6-tej, drugi nieco później — koło 9-tej. W kilka minut po zażyciu drugiego proszka chora zasłabła i straciła przytomność. Przywołano mnie — chora leżała bez pulsu, zimna i blada. Po kolosalnych dawkach kamfory w zastrzyku — chora odzyskała przytomność i serce zaczęło nieco lepiej pracować. Dopiero po kilku godzinach wysiłków udało mi się doprowadzić chorą do względnie lepszego stanu. Lecz od tego czasu chora zarzekła się zażywania proszków, choćby najbardziej reklamowanych.
Bardzo pospolitym błędem popełnianym przez lud — jest bezkrytyczne dawanie olejku rycynowego wszystkim chorym na bóle brzucha. Jeśli ból brzucha jest wynikiem zwykłej niestrawności — to jeszcze pół biedy, gorzej, jeśli ból brzucha jest objawem zapalenia wyrostka robaczkowego. Wtedy rycyna rozdrażnia zapalenie i jeśli chory nie dostanie się wkońcu na stół operacyjny — to los jego jest przesądzony — ślepa kiszka pęka, ropa rozlewa się po brzuchu i chory umiera w ciągu najbliższych dni.
Jeśli mówimy o przesądach ludowych — nie sposób pominąć jeszcze jednego przesądu — mianowicie strachu przed szpitalem i operacją. Typowym przykładem będzie los 64-ro letniego Jana P. Wezwano mnie do i chorego z powodu boleści w brzuchu. Po zbadaniu okazało się, że chory ma uwięzgniętą przepuklinę — jelita weszły mu do worka mosznowego i nie można ich było wepchnąć do brzucha.
Konieczna była natychmiastowa operacja, którą by chory bezwzględnie przetrzymał, był bowiem zdrowym i silnym mężczyzną. Ale chory uparł się, że do szpitala nie pójdzie: „Taki stary jestem i w szpitalu nie byłem, to i teraz na starość też nie pójdę. Jak mam umierać w szpitalu, to niech umrę w domu“. Nie pomogły perswazje ani tłumaczenia. Chłop uparł się i nie dał się zabrać do szpitala. Żył jeszcze 10 dni, cierpiąc zresztą straszliwe bóle, lecz do ostatka nie dał sobie wspomnieć o szpitalu.
Albo też Maria K.: mieszkała w odległej wsi i po urodzeniu dziecka zachorowała na gorączkę połogową. Konieczne było przewiezienie chorej do kliniki — w domu nie miała chora ani opieki, ani odżywiania. Mąż — dość zamożny gospodarz zajęty cały dzień w gospodarstwie, nie miał ani czasu, ani też zdolności do pielęgnowania chorej.
Lecz ta nie dała sobie wspomnieć o szpitalu, powtarzając oklepany argument: „Mam umrzeć w szpitalu — niech umieram lepiej w domu“. Po czternastu dniach chora też w domu umarła.
Czemu chorzy unikają szpitali?
Po pierwsze ze względu na wysokie koszty leczenia szpitalnego, kwota 5 — 6 złotych dziennie, aczkolwiek w gruncie rzeczy nie wygórowana, jest jednak dla drobnego rolnika bardzo uciążliwa.
Ważniejszym powodem, dla którego ludność wiejska unika szpitali — jest niedostateczna opieka, jaką chorzy otrzymują w większości szpitali, zwłaszcza prowincjonalnych. Personel pielęgniarski, często przeciążony pracą, a często też i po prostu z lenistwa — nie opiekuje się chorym tak troskliwie, jak to czynią domownicy — rodzina chorego. Dlatego też chorzy wolą znajdować się w domu między rodzina, niż w szpitalu — między obojętnym i niedbałym personelem pielęgniarskim. Że jednak najtroskliwsza opieka domowa nie zastąpi w wielu przypadkach opieki szpitalnej — tłumaczyć nie potrzeba.
Bardzo rozpowszechnionym, a szkodliwym przesądem jest u naszego ludu wiara, że człowiek musi stale obficie się odżywiać, gdyż wystarczy przez dzień trochę mniej jeść — aby zaraz upaść na siłach. Dlatego też — jeśli np. ktoś zachoruje na zapalenie płuc, ma gorączkę powyżej 40°, i jest ma się rozumieć po paru dniach choroby niesłychanie osłabiony — to osłabienie to, w myśl wierzeń naszego ludu nie jest bynajmniej wynikiem ciężkiego procesu chorobowego i gorączki, lecz jest wynikiem tego, że chory pozbawiony apetytu — od kilku dni nie je miski klusek lub dwóch funtów kiełbasy na obiad. Przesąd ten powoduje, iż rodzina chorego bardzo niechętnie stosuje się do wszelkich przepisów dietetycznych. Poglądy ludu na wartość odżywcze poszczególnych potraw są zupełnie niezgodne z istotnym stanem rzeczy.
Za najpoważniejsze uważa się naturalnie mięso — jeśli zabroni się komuś jeść mięso — to zawsze usłyszę pytanie rozżalonego pacjenta: „Panie lekarzu, skąd ja mam brać siły do pracy, jak nie będę jadł mięsa? Ja przecież muszę ciężko pracować“. Na taki argument mam stałą odpowiedź, że koń czy wół mięsa nie jedzą — a są przecież mocniejsze od człowieka.
Następne miejsce w zrozumieniu ludu zajmuje chleb — matki często przekomarzają się ze mną, aby pozwolić dzieciom zjeść choć kawałeczek chleba — „bo inaczej to zupełnie osłabną“.
Płyny wedle poglądów ludowych mają znikomą wartość. Żaden kmiotek mi nie uwierzy, gdy przekonywuję go, że litr mleka ma wartość odżywczą ½ kg mięsa. Raczej uwierzyłby, że wartość kaloryczną ma rosół — to też gdy chorych każę odżywiać mlekiem — to zawsze rodzina dopomina się, aby „na wzmocnienie“ dawać choremu „mocny rosół“ i bezcelowym jest przekonanie, że talerz najlepszego rosołu ma mniej wartości, niż ćwierć szklanki mleka. Takie przesądy mogą mieć fatalne następstwa, gdy rodzina zacznie na swój sposób chorych odżywiać, nie wierząc w przepisy dietetyczne lekarza.
Szczepan P. był 28-mio letnim tęgim robotnikiem. Zachorował na dur brzuszny. Choroba zbyt ciężko nie przebiegała — chory pozostawał pod opieką domową żony i teściowej, troskliwie i rozsądnie pielęgnowały go, stosując się dość ściśle do moich przepisów i zarządzeń. Choroba trwała 5 tygodni, najgorszy okres minął i chory znajdował się już na drodze do wyzdrowienia. Lecz wtedy zjawił się na widowni ojciec chorego — ciemny chłop — analfabeta zamieszkały gdzieś na Kresach, który zaalarmowany wieścią o chorobie syna postanowił go odwiedzić. Ojciec — jak każdy analfabeta był chłopem nieufnym a przemądrzałym. Ujrzawszy syna wycieńczonego długotrwałą chorobą, przede wszystkim zaczął informować się, co też chory dostaje do jedzenia. Żona chorego opowiedziała teściowi, iż w myśl zarządzeń lekarza chory dostaje wyłącznie płyny, głównie więc mleko.
„No — to widzicie — lekarz tak mi zagłodził chłopaka, że zupełnie zesłabł — orzekł ojciec i poleciał do składu, skąd przyniósł synowi kawał kiełbasy, parę bułek i butelkę piwa. Kobiety nie śmiały przeciwić się ojcu chorego, chory — powracający już do zdrowia, miał dobry apetyt i wszystko też zjadł, ku wielkiemu zadowoleniu troskliwego ojca. Po kilku godzinach dostał chory z powrotem wysokiej gorączki, a po czterech dniach umarł.
W innym przypadku zachorowało na tyfus dwoje rodzeństwa. Lecz tu troskliwa matka od pierwszej chwili odżywiała je forsownie różnymi ciasteczkami, naleśniczkami itd., „bo gdybym dawała dzieciom to mleko — jak każe lekarz, to by po dwóch dniach dzieci z głodu poumierały“ — mówiła matka do sąsiadek.
To też choroba miała przebieg niesłychanie zjadliwy i oboje dzieci w drugim tygodniu choroby zmarło.
Przypominam sobie z czasów praktyki w szpitalu, iż najgorszym dniem i to na wszystkich oddziałach, był zawsze poniedziałek. W niedzielę bowiem chorzy byli odwiedzani przez rodziny, które, mimo zakazów, zawsze potrafiły wkręcić chorym paczki z jedzeniem. Rezultat — pogorszenie stanu chorego po kilku godzinach.
Jednym słowem — czcigodny Dr Tarnowski — propagujący w swym sanatorium w Kossowie leczenie głodem — nie miałby chętnych pacjentów i wśród naszego ludu.
Zakończę ten rozdział traktujący o przesądach — poglądem ludu na zastrzyki.
Do wszelkiego leczenia zastrzykami odnosi się lud bardzo nieufnie. Lud nie zdaje sobie sprawy z tego, że bywają najrozmaitsze zastrzyki, podobnie jak bywają najrozmaitsze lekarstwa.
Według wierzeń ludu bywa tylko jeden rodzaj zastrzyków i to specjalnie szkodliwy. Każdy zastrzyk skraca życie choremu przeciętnie o dziesięć lat.
A jeśli — dzięki specjalnie odpornemu organizmowi, chory przeżyje zdrowo kilkanaście lat po leczeniu zastrzykami — to na pewno będzie on cierpiał później na przeróżne dolegliwości spowodowane takim szkodliwym leczeniem. Jeśli więc zastrzyki były robione w nogi — to chory będzie mieć kurcze i reumatyzm w tych nogach. Jeśli zastrzyki były robione w ręce — to chory będzie odczuwać osłabienie w rękach i nie będzie mógł już pracować.
Broń Boże, aby niedoświadczony lekarz chciał ratować konającego zastrzykiem kamfory. Jeśli chory umrze w kilkanaście minut, czy kilka godzin po zastrzyku — to cała okolica dowie się, iż chory nie umarł bynajmniej na swoją chorobę, lecz umarł dlatego, że lekarz zrobił mu za mocny zastrzyk.
Przez zastrzyk rozumie lud wszelkie manipulacje połączone z pokłuciem skóry. Tak samo więc punkcja lędźwiowa — gdzie przez igłę odpuszcza się płyn z kanału mózgowo-rdzeniowego — jest zastrzykiem w zrozumieniu ludu. Dlatego też, gdy 5-cio letni Marian Ch. zmarł na gruźlicze zapalenie opon mózgowych (chorobę zawsze przebiegającą śmertelnie), to ojciec dziecka przyszedł do mnie z wielką pretensją, że dziecko umarło, bo z początku choroby „lekarz dał mu zastrzyk w krzyże“. Przesądy połączone z zastrzykami nie są zresztą udziałem wyłącznie ludu. Przed kilku miesiącami leczyłem człowieka inteligentnego, pracownika umysłowego, który ze względu na wrażliwy żołądek, bardzo źle znosił wszelkie lekarstwa stosowane doustnie.
Wobec tego proponowałem leczenie zastrzykami.
„Nie chcę się dać jeszcze teraz zatruwać zastrzykami“ — odpowiedział mi pacjent. Nic nie pomogły perswazje, że przecież zastrzyk może działać łagodniej, niż ostre lekarstwo stosowane doustnie, chory nie chciał w żaden sposób ustąpić ze swego stanowiska.
W ogóle chorzy uważają, iż zastrzyk jest to jakaś trucizna, obca i szkodliwa dla ustroju ludzkiego. Co innego lekarstwo — zwłaszcza pochodzenia roślinnego — to można bezkarnie i spokojnie zażywać. Nie pomoże nic, gdy się tłumaczy chorym, że właśnie najgwałtowniejsze trucizny jak skopolamina, atropina, morfina i inne są właśnie pochodzenia roślinnego, a przecież trują już w ułamkach grama.
Chorzy mają swoją psychologię i nie wierzą lekarzowi, a najtrudniej jest przekonać tego, który nie chce być przekonany.
Zastanówmy się jeszcze przez chwilę, czemu lud ma swoje przesądy i czemu wierzy raczej znachorowi, niż lekarzom. Jest to wynikiem niedostatecznego zżycia się ludu z lekarzem, oraz trudnościami w uzyskiwaniu pomocy lekarskiej.
Trudności te są najczęściej natury materialnej. Wielu lekarzy nie może jeszcze zrozumieć, że chłop żyje dziś w opłakanych warunkach finansowych i każda złotówka ma dla niego wielkie znaczenie.
To też jeśli są lekarze, którzy każą sobie płacić za poradę 10 czy 15 złotych — tacy lekarze stwarzają dookoła siebie nieprzebyta zaporę, której nie może przekroczyć niezamożny chłop.
Nic dziwnego, że chłop zmuszony jest leczyć się u znachorów i babek wiejskich.
Jeśli natomiast lekarz ustali za porady taryfę dostosowaną do zdolności płatniczych ludności wiejskiej — to przez to samo powoduje on, że ludność w razie choroby nie będzie już szukała pomocy u znachorów, lecz przyjdzie do lekarza. Na takiej obniżce taryfy wyjdzie więc lepiej ludność, ale też i lekarz, który uzyska przez to rozległa klientelę prywatną, płacącą może mniej, niż zwykli likwidować sobie lekarze w Warszawie czy Krakowie, lecz za to ilość pacjentów spowoduje, iż lekarz prowincjonalny stać może materialnie o wiele lepiej, niż jego „drogi“ kolega w Warszawie, mający jednego czy dwóch pacjentów dziennie.
Jeśli natomiast lekarz prowincjonalny nastawiony jest tak, jak pewien kolega, który mówił: „wolę mieć jednego pac|enta dziennie i dostać za to 15 złotych, niż pełną poczekalnię hołoty, która mi będzie płacić po 2 złote od zbadania“ — to taki lekarz odstręcza ludność nie tylko od siebie, lecz i od lecznictwa w ogóle, a przy tym szkodzi sam sobie materialnie, wystraszając pacjentów wysokimi rachunkami.
Jeśli więc chcemy walczyć ze szkodliwymi przesądami i znachorstwem, to musimy starać się, by w naszych osiedlach i miasteczkach praktykowali lekarze-społecznicy, którzy potrafią zżyć się z ludem, wczuć się w jego bolączki, przez swe postępowanie i taryfy przyciągają ludność do lekarza i medycyny, a przez to podciągają wzwyż opłakany stan higieniczny prowincji polskiej.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Giebocki.