Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/368

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zakończę ten rozdział traktujący o przesądach — poglądem ludu na zastrzyki.
Do wszelkiego leczenia zastrzykami odnosi się lud bardzo nieufnie. Lud nie zdaje sobie sprawy z tego, że bywają najrozmaitsze zastrzyki, podobnie jak bywają najrozmaitsze lekarstwa.
Według wierzeń ludu bywa tylko jeden rodzaj zastrzyków i to specjalnie szkodliwy. Każdy zastrzyk skraca życie choremu przeciętnie o dziesięć lat.
A jeśli — dzięki specjalnie odpornemu organizmowi, chory przeżyje zdrowo kilkanaście lat po leczeniu zastrzykami — to na pewno będzie on cierpiał później na przeróżne dolegliwości spowodowane takim szkodliwym leczeniem. Jeśli więc zastrzyki były robione w nogi — to chory będzie mieć kurcze i reumatyzm w tych nogach. Jeśli zastrzyki były robione w ręce — to chory będzie odczuwać osłabienie w rękach i nie będzie mógł już pracować.
Broń Boże, aby niedoświadczony lekarz chciał ratować konającego zastrzykiem kamfory. Jeśli chory umrze w kilkanaście minut, czy kilka godzin po zastrzyku — to cała okolica dowie się, iż chory nie umarł bynajmniej na swoją chorobę, lecz umarł dlatego, że lekarz zrobił mu za mocny zastrzyk.
Przez zastrzyk rozumie lud wszelkie manipulacje połączone z pokłuciem skóry. Tak samo więc punkcja lędźwiowa — gdzie przez igłę odpuszcza się płyn z kanału mózgowo-rdzeniowego — jest zastrzykiem w zrozumieniu ludu. Dlatego też, gdy 5-cio letni Marian Ch. zmarł na gruźlicze zapalenie opon mózgowych (chorobę zawsze przebiegającą śmertelnie), to ojciec dziecka przyszedł do mnie z wielką pretensją, że dziecko umarło, bo z początku choroby „lekarz dał mu zastrzyk w krzyże“. Przesądy połączone z zastrzykami nie są zresztą udziałem wyłącznie ludu. Przed kilku miesiącami leczyłem człowieka inteligentnego, pracownika umysłowego, który ze względu na wrażliwy żołądek, bardzo źle znosił wszelkie lekarstwa stosowane doustnie.
Wobec tego proponowałem leczenie zastrzykami.
„Nie chcę się dać jeszcze teraz zatruwać zastrzykami“ — odpowiedział mi pacjent. Nic nie pomogły perswazje, że przecież zastrzyk może działać łagodniej, niż ostre lekarstwo stosowane doustnie, chory nie chciał w żaden sposób ustąpić ze swego stanowiska.
W ogóle chorzy uważają, iż zastrzyk jest to jakaś trucizna, obca i szkodliwa dla ustroju ludzkiego. Co innego lekarstwo — zwłaszcza pochodzenia roślinnego — to można bezkarnie i spokojnie zażywać. Nie pomoże nic, gdy się tłumaczy chorym, że właśnie najgwałtowniejsze trucizny jak skopolamina, atropina, morfina i inne są właśnie pochodzenia roślinnego, a przecież trują już w ułamkach grama.
Chorzy mają swoją psychologię i nie wierzą lekarzowi, a najtrudniej jest przekonać tego, który nie chce być przekonany.