Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/366

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


uparł się i nie dał się zabrać do szpitala. Żył jeszcze 10 dni, cierpiąc zresztą straszliwe bóle, lecz do ostatka nie dał sobie wspomnieć o szpitalu.
Albo też Maria K.: mieszkała w odległej wsi i po urodzeniu dziecka zachorowała na gorączkę połogową. Konieczne było przewiezienie chorej do kliniki — w domu nie miała chora ani opieki, ani odżywiania. Mąż — dość zamożny gospodarz zajęty cały dzień w gospodarstwie, nie miał ani czasu, ani też zdolności do pielęgnowania chorej.
Lecz ta nie dała sobie wspomnieć o szpitalu, powtarzając oklepany argument: „Mam umrzeć w szpitalu — niech umieram lepiej w domu“. Po czternastu dniach chora też w domu umarła.
Czemu chorzy unikają szpitali?
Po pierwsze ze względu na wysokie koszty leczenia szpitalnego, kwota 5 — 6 złotych dziennie, aczkolwiek w gruncie rzeczy nie wygórowana, jest jednak dla drobnego rolnika bardzo uciążliwa.
Ważniejszym powodem, dla którego ludność wiejska unika szpitali — jest niedostateczna opieka, jaką chorzy otrzymują w większości szpitali, zwłaszcza prowincjonalnych. Personel pielęgniarski, często przeciążony pracą, a często też i po prostu z lenistwa — nie opiekuje się chorym tak troskliwie, jak to czynią domownicy — rodzina chorego. Dlatego też chorzy wolą znajdować się w domu między rodzina, niż w szpitalu — między obojętnym i niedbałym personelem pielęgniarskim. Że jednak najtroskliwsza opieka domowa nie zastąpi w wielu przypadkach opieki szpitalnej — tłumaczyć nie potrzeba.
Bardzo rozpowszechnionym, a szkodliwym przesądem jest u naszego ludu wiara, że człowiek musi stale obficie się odżywiać, gdyż wystarczy przez dzień trochę mniej jeść — aby zaraz upaść na siłach. Dlatego też — jeśli np. ktoś zachoruje na zapalenie płuc, ma gorączkę powyżej 40°, i jest ma się rozumieć po paru dniach choroby niesłychanie osłabiony — to osłabienie to, w myśl wierzeń naszego ludu nie jest bynajmniej wynikiem ciężkiego procesu chorobowego i gorączki, lecz jest wynikiem tego, że chory pozbawiony apetytu — od kilku dni nie je miski klusek lub dwóch funtów kiełbasy na obiad. Przesąd ten powoduje, iż rodzina chorego bardzo niechętnie stosuje się do wszelkich przepisów dietetycznych. Poglądy ludu na wartość odżywcze poszczególnych potraw są zupełnie niezgodne z istotnym stanem rzeczy.
Za najpoważniejsze uważa się naturalnie mięso — jeśli zabroni się komuś jeść mięso — to zawsze usłyszę pytanie rozżalonego pacjenta: „Panie lekarzu, skąd ja mam brać siły do pracy, jak nie będę jadł mięsa? Ja przecież muszę ciężko pracować“. Na taki argument mam stałą odpowiedź, że koń czy wół mięsa nie jedzą — a są przecież mocniejsze od człowieka.
Następne miejsce w zrozumieniu ludu zajmuje chleb — matki często przekomarzają się ze mną, aby pozwolić dzieciom zjeść choć kawałeczek chleba — „bo inaczej to zupełnie osłabną“.