Pamiętnik Wacławy/W trzy lata później/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Pamiętnik Wacławy
Podtytuł Ze wspomnień młodéj panny ułożony
Data wydania 1884
Wydawnictwo S. Lewental
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst „W trzy lata później”
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst „W trzy lata później” jako ePub Pobierz Cały tekst „W trzy lata później” jako PDF Pobierz Cały tekst „W trzy lata później” jako MOBI
Indeks stron

VII.

Za powrotem do domu znalazłam siedzącego obok méj matki pana Rudolfa. Przywykłam już była do jego twarzy, pozbawionéj uśmiechu i otwartego spojrzenia, to téż zdziwiłam się trochę, zobaczywszy go, idącego naprzeciw mnie z pewnym wyrazem ożywienia, którego w nim nigdy dotąd nie widziałam. Rzuciłam okiem na moję matkę i spostrzegłam, że uśmiechała się także i wyraźnie była czémś ucieszoną. Zaledwie téż przywitałam się z nią i z panem Rudolfem, rzekła do mnie:
— Niespodziewana przybywa nam pomoc, Wacławo. Pan Rudolf przywiózł mi dziś nadzieję wyratowania się z toni, pozostania może pod tym moim rodzinnym dachem.
Pytająco spojrzałam na pana Rudolfa. On także patrzył na mnie i zdawało się, że ciężar, który zwykle w dół kłonił jego powieki, spadł z nich nagle, a po bladych, odwykłych od radośnego wyrazu, ustach, przemknął się niewyraźny uśmiech. Po chwili rozwinął papier, który trzymał w ręku, i przeczytał następne słowa:
„Kochany panie Rudolfie. Propozycya twoja, abym za słuszną cenę nabył zagrożone publiczną sprzedażą dobra pani Matyldy X., albo téż spłacił ciążące na nich sumy, aby je za pomocą wieloletniéj odebrać dzierżawy, bardzo mi się podoba z dwóch względów: naprzód, dałoby mi to możność stania się użytecznym kobiecie, pozbawionéj, jak piszesz wszelkiéj opieki i pomocy; następnie pomieszało-by szyki panu Henrykowi S., którego najzimniejszemu samolubstwu i najokropniejszéj chciwości miałem zręczność przypatrzyć się w czasie katastrofy tego biednego Agenora. Piszesz, kochany przyjacielu, że uważasz mię za największego w prowincyi naszéj kapitalistę, tak pod względem zasobów pieniężnych, jak posiadanéj i praktykowanéj miłości bliźniego. Nie wdaję się w to ostatnie twierdzenie, nazbyt dla mnie pochlebne; co do piérwszego zaś, masz może i słuszność. Nieszczęściem jednak, kapitały moje są na ten raz tak umieszczone, że tylko osobista moja bytność w kraju może część ich oswobodzić i do danego użytku przysposobić, sam zaś wiesz, że nader ważne sprawy zatrzymują mię tutaj i że, mimo gorącego pragnienia powrotu w rodzinne strony, muszę i powinienem pozostać daleko od nich póty, póki nie spełnię tego, co sobie zamierzyłem.
Za kilka jednak miesięcy przyjadę do domu, choćby na krótko, a wtedy sprawę majątkową pani Matyldy załatwię, jak będę mógł, najlepiéj dla niéj. Tym czasem waszą już jest rzeczą starać się o powstrzymanie do mego powrotu publicznéj sprzedaży, na któréj dobra jéj za bezcen niezawodnie nabyte-by zostały przez głównego jéj kredytora”.
Pan Rudolf przestał czytać, i z uśmiechem patrząc na mnie, podał mi pismo. Rzuciłam okiem na podpis, i ręce, w których trzymałam papier, zadrżały mi trochę. Wyczytałam imię i nazwisko hrabiego Witolda. Niżéj jeszcze było post scriptum, zawierające następne słowa:
„Co się dzieje z córką pani Matyldy? Kiedym ją widział, urocza to była istota. Prześliczna jéj muzyka, którą słyszałem na weselu panny Zenony S., utkwiła w mojéj pamięci. Spodziewam się, że teraz panna Wacława, — wszak takie ma imię? — nie odstępuje w nieszczęściu swéj matki.”
Poczułam zawrót głowy i od tych kilku wierszy oczu oderwać nie mogłam.
Więc pamiętał mnie i moję muzykę! nazywał mnie uroczą istotą, odgadł serce moje, spodziewając się po mnie, że nie odstąpię matki méj w jéj nieszczęściu! Pamiętał nawet moje imię, pomimo, że ani razu nie wymówił go do mnie! Daremnie całą siłą woli chciałam pokonać wzruszenie, jakie mię ogarniało. Było ono silniejsze nade mnie. Zdawało mi się, że zobaczyłam nagle tęczę na pochmurném niebie.
Matka moja żywą prowadziła rozmowę z panem Rudolfem, ale nie słyszałam nic z tego, o czém mówili. Zdaje mi się nawet, że zapytywali mię o coś, ale nie wiem ani co, ani jak im odpowiadałam. Nie wiem téż, jakim sposobem wstałam, przeszłam przez salon i znalazłam się siedzącą przy fortepianie. Obudziłam się tylko wtedy, gdy pod palcami memi klawisze fortepianu zaśpiewały tę samę sonatę, którą grałam na weselu Zeni...
Oderwałam ręce od klawiszów... przelękniona. Mój Boże! wszak sądziłam, że jestem już rozsądną kobietą, rozsądnie i bez złudzeń zapatrującą się na świat i przyszłość własną. Tymczasem ujrzałam, że marzycielska natura moja znowu odzywała się we mnie, że serce dziewicze uderzało w méj piersi tak samo, jak dawniéj, pragnące miłości i ideału... starsze nieco, ale nie zmienione.
Przelękłam się, bo wiedziałam przecie, że dla doli, jaka mię czekała, marzenie wszelkie niezdrowém być mogło. Córka rodziców, dotknięta straszném nieszczęściem rozdziału, uboga dziewczyna, mająca pracą zdobywać byt sobie i matce, miałam-że prawo marzyć o świetnych i szczęśliwych losach? Czyby nie było lepiéj, abym rojeniom wszelkim na zawsze zamknęła me wnętrze, a całe siły méj istoty obróciła na jak najgodniejsze dźwignienie nieuchronnéj rzeczywistości?...
Tak myślałam, a serce, nieposłuszne myślom, uderzało mocno... mocno... Czemuż-by nie? mówiło ono do mnie tym językiem, którego nie można ani pozbyć się, ani zapomniéć, — czemuż-by nie?
Zerwałam się z miejsca, rozgniewana na siebie do najwyższego stopnia. Jakież bowiem posiadałam prawo marzyć w ten sposób o człowieku, którego znałam zaledwie? Łajałam siebie w duchu, i z całą mocą woli przyrzekałam sobie poprawę... A serce szeptało: nie dotrzymasz! i stawiało mi przed oczy babkę Ludgardę, która, z siwemi włosami i pooraném czołem, ścigała jeszcze po przestworzu przeszłości niespełnione marzenia swoje...
Tak się byłam zamyśliła, że nie spostrzegłam, jak matka moja opuściła pokój, i jak pan Rudolf zbliżył się do mnie i wziął mnie za rękę. Ockniona nagle, podniosłam oczy i spotkałam się ze wzrokiem jego, utkwionym we mnie. Nigdy nie przypuszczałam, aby w przyćmionych, posępnych źrenicach pana Rudolfa, mieścić się mogło tyle słodyczy, ile jéj tam było w téj chwili.
— Czy to ta sama sonata, którą pani grałaś na weselu panny Zenony i o któréj Witold tak dobrze pamięta? — zapytał z ojcowską niemal czułością w głosie, a zarazem po bladych wargach jego przesunął się wpół serdeczny, wpół żartobliwy uśmiech.
Ręka moja bezwładnie zawisła w jego dłoni... zawstydziłam się, bo zrozumiałam, że mnie odgadł. Mimowoli powieki moje spuściły się i poczułam, że rumieniec wystąpił na czoło. Pan Rudolf mocniéj jeszcze rękę moję uścisnął.
— Nie spuszczaj pani swoich prawych, otwartych oczu — rzekł z tém samém, co piérwéj, nagięciem głosu — spójrz lepiéj na mnie i powiedz, czy jestem człowiekiem zdolnym sprofanować twe uczucia, lub ich nie rozumiéć?...
Instynktowo wzrok na niego podniosłam i znowu spotkałam się z jego spojrzeniem. Ujrzałam w niém tę samę, co dawniéj, głębią przebolałego i przyrosłego do źrenic cierpienia, a obok niéj nieskończoną dobroć serca i niewygasły jeszcze żar gorącéj duszy. Tak — pomyślałam — człowiek ten dobrze zna się na uczuciach ludzkich, i z tą myślą szczerze uścisnęłam dłoń jego, ujrzawszy w nim prawdziwego mego przyjaciela.
— Bądź pani dobréj myśli — mówił pan Rudolf — z każdego kroku twego widzę, że nie brak ci mocy i odwagi; otóż nie trać ich nigdy; przyszłość twoja piękniejszą może będzie, niż się sama spodziewasz...
Z témi słowami oddalił się ode mnie. Od progu jednak wrócił jeszcze i rzekł:
— Pojutrze pojadę do W., aby przywieźć matce pani najbieglejszego z tamecznych prawników, który-by wskazał środki powstrzymania sprzedaży majątku, do przyjazdu Witolda. Bądź pani przytém tak dobrą i odwiedź jutro moje dzieci... którym brakuje teraz matki i najstarszéj siostry zarazem; pokażę pani pewne papiery, tyczące się waszéj sprawy.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.