Pamiętnik Wacławy/Świat mojej matki/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Pamiętnik Wacławy
Podtytuł Ze wspomnień młodéj panny ułożony
Data wydania 1884
Wydawnictwo S. Lewental
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst „Świat mojej matki”
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst „Świat mojej matki” jako ePub Pobierz Cały tekst „Świat mojej matki” jako PDF Pobierz Cały tekst „Świat mojej matki” jako MOBI
Indeks stron

III.

Przy obiedzie matka moja rozmawiała ze mną po francuzku i po angielsku naprzemian, a wstając od stołu, rzekła do mnie:
— Bardzo się cieszę z tego, że posiadasz wprawę mówienia dwoma językami, które są powszechnie używane po salonach. Chciałam się o tém przekonać i wyszłaś z próby zwycięzko.
Tu pogłaskała mię po głowie z zadowoleniem.
— Umiem jeszcze mówić po niemiecku — rzekłam, ucieszona pochwałą matki.
— O niemiecki język mniejsza — odpowiedziała — potrzebny on tylko w razie podróżowania, a i to niekoniecznie, bo z francuzkim i angielskim cały świat objechać można. — Zdziwiły mię nieco te słowa, bo na pensyi powiadała mi często jedna z nauczycielek naszych, że znajomość niemieckiego języka jest prawie niezbędną dla każdego, kto chce kształcić swój umysł.
Podzieliłam się tą uwagą z moją matką.
— Nauczycielka wasza — rzekła — miała słuszność, jeśli to, co mówiła, stosowała do mężczyzn; kobiety zaś nie mają potrzeby ślęczéć nad naukami, chyba jeśli się kształcą na guwernantki.
Słowa te dały mi wiele do myślenia.
— Moja mamo — zawołałam po długim namyśle — nie rozumiem dobrze tego, coś mi powiedziała. Jeśli dla mężczyzny nauka jest rzeczą potrzebną, dla czegóż-by dla kobiety nie miała być równie taką?
Uśmiechnęła się moja matka.
— I mężczyźni nie potrzebują głębszéj nauki... a ci tylko jéj się oddają, którzy zmuszeni są za jéj pomocą zarabiać sobie na kawałek chleba, jak np. doktorowie, prawnicy, urzędnicy i tym podobnych zawodów ludzie.
— Więc bogaci mężczyźni wcale się nie uczą? — zawołałam.
— I owszem — odpowiedziała mi matka — uczą się języków obcych, muzyki, tańca i przyzwoitéj w towarzystwie maniery.
Języków, muzyki, tańca! pomyślałam, a więc tego samego, czego i ja się uczyłam! Miałam wielką ochotę zapytać moję matkę, czy ów sąsiad z gotyckim pałacykiem i piękném nazwiskiem, o którym mi pisała, niczego się więcéj nie uczył? Bo w takim razie musi on być zupełnie takim samym, jak ja, a więc nic w nim niéma ciekawego, bo przecie dobrze znam moję własną osobę. Żeby to on wiele, wiele umiał i wiele, wiele widział na świecie i mnóztwo nowych ciekawych rzeczy umiał mi powiedziéć, to-by się mnie bardzo spodobał. Ależ znowu, ponieważ jest bogatym i nie potrzebuje zarabiać sobie na kawałek chleba, musiał uczyć się tylko języków, muzyki, tańca i maniery. A może téż ta maniera jest przymiotem wielce zajmującym? Nie uczyłam się wprawdzie maniery... a zobaczymy!
Rozmyślania te przerwała moja matka, mówiąc mi, abym usiadła do fortepianu. Poskoczyłam do moich pokojów i przyniosłam nuty, przywiezione z sobą z pensyi. Na pensyi uczył mię muzyki jeden z ludzi, którzy poczucie artystyczne, jakie sami noszą w piersi, umieją zaszczepić w dusze tych, których wprowadzają w krainę sztuki. Nauczyciel mój pojmował sztukę w wysokiém jéj znaczeniu i mnie tak ją pojmować nauczył. Sama zresztą czułam nieraz przy grze te drgnienia tajemnicze, które są świadectwem iskry wewnętrznéj, noszącéj nazwę talentu. Na pensyi, gdy tylko miałam czas wolny od nauk, grywałam godzinami całemi, nie mogąc oderwać się od fortepianu. Koleżanki moje i nauczycielki nazywały mię artystką pensyi. Najwięcéj miałam zamiłowania w niemieckiéj muzyce. Z pomocą nauczyciela mego, od którego zamiłowanie to przejęłam, studyowałam wyłącznie prawie Beethovena, Haydna, Mozarta. Regularne ich passaże, poważne akordy, słodki rytm melodyi, który wypływał z powodzi nagromadzonych tonów, niby coraz nowa, wyłaniająca się z cieni, tajemnica, miały dla mnie urok niewymowny. Gdy palce moje wywoływały je z klawiszów, przed oczyma rozwijały się całe szeregi obrazów poetycznych, wielkich; a choć potém obrazy te znikały nieraz bezpowrotnie, zostawał mi po nich w głowie jakiś szlak gwieździstych myśli, niby mleczna droga na nocném niebie. I teraz więc wybrałam jednę z ulubionych moich sonat i od niéj zaczęłam mój popis muzyczny. Grałam dość długo, a gdy uderzyłam ostatnie akordy sonaty, matka moja zbliżyła się do fortepianu.
— Doskonale wykonałaś tę sonatę — rzekła — szkoda tylko, że podobne rzeczy są zbyt poważne i rzadko się komu podobają.
— Moja droga mamo — odpowiedziałam — ponieważ podobają się one tobie i mnie, czegóż więcéj potrzeba?
— Nie powiedziałam tego, że najbardziéj lubię ten rodzaj muzyki — rzekła znów matka — przekładam włoską, w któréj śpiewność jest wyraźniejsza, i francuzką, która posiada więcéj życia. Ale o to, jaki jest mój gust w tym względzie, mniejsza. Jestem twoją matką i nie potrzebujesz popisywać się przede mną. Co innego zaś z obcymi ludźmi, którzy ciekawi będą poznać twój talent. Do ich-to upodobań i skali artystycznéj zastosować się w twéj grze powinnaś, inaczéj okrzyczą cię za nieumiejętną w muzyce, co będzie z wielką twoją szkodą, bo każda dobrze wychowana panna ładnie grać powinna.
Gdy matka moja to mówiła, mnie przyszły na myśl słowa nauczyciela mego o tém, że sztuka uszlachetnia człowieka, wlewając w umysł jego żywioł piękna; przypomniałam sobie owe szlaki gwieździstych myśli, które zostawiały mi po sobie melodye mistrzów, i odezwałam się po chwili namysłu:
— Przykro-by mi zapewne było, gdyby ludzie zganili grę moję, bo bardzo lubię być chwaloną; jednakże zostały-by mi zawsze te miłe myśli, jakie mi przychodzą do głowy za każdym razem, gdy gram ulubionych moich kompozytorów.
— Moja droga — odrzekła mi matka — muzyka stanowi zapewne przyjemne przepędzenie czasu w samotności i środek rozrywki w nudach, ale są to tylko uboczne cele, dla których młode panny grać się uczą. Głównym zaś celem umiejętności grania jest możność przyjemnego zabawienia towarzystwa, w jakiém znajduje się młoda osoba.
— W takim więc razie — odrzekłam — muzyka jest cackiem, przeznaczoném do bawienia uszu ludzi, jak naprzykład ten kotek porcelanowy, który stoi na etażerce, ma bawić ich oczy.
— Między muzyką i porcelanowym kotkiem niepodobna zrobić porównania — odpowiedziała z uśmiechem matka — kotek jest nieżywy i żadnego na nikim zrobić nie może wrażenia, wtedy, gdy piękną muzyką młoda osoba daje dowód, że jest starannie wychowaną.
Ostatnie słowa szczególniéj uderzyły mój umysł. Dla czego mianowicie muzyka ma być cechą starannego wychowania? Czemu nie jest nią również znajomość rysunku, historyi, arytmetyki i t. d.? Zadawszy sobie w myśli te pytania, rzekłam:
— Moja mamo, ponieważ umiejętność grania ma za jedyny cel bawić ludzi i świadczyć przed nimi o staranném wychowaniu młodéj osoby, dla czegoż w tych samych celach nie uczą nas skakać przez sznur, albo kulki przewracać po podłodze? Toby tak samo i bawiło, i stanowić mogło cechę dobrego wychowania, gdyby ludzie zgodzili się na to zapatrywać w ten sposób, a nauka przychodziła-by nam wszystkim z większą łatwością.
Rozśmieszona tą uwagą, która mi nie wiedziéć zkąd przyszła do głowy, zaśmiałam się serdecznie. Moja matka uśmiechnęła się także, ale prędko spoważniała i rzekła z odrobiną niezadowolenia:
— Uważam, Waciu, że masz wielką skłonność do analizowania wszystkiego i do łamania swojéj młodéj główki nad każdym przedmiotem, o którym rozmawiasz. Otóż staraj się tego pozbyć, bo gdy ludzie skłonność tę w tobie spostrzegą, nazwą cię pedantką i panną emancypowaną.
Zmartwiło mię to piérwsze spostrzeżenie, jakie matka moja uczyniła na moję niekorzyść. Pocałowałam ją w obie ręce i rzekłam:
— Myślałam dotąd, moja mamo, i mówiono mi tak na pensyi, że dobrze jest zastanawiać się nad wszystkiém i wszystko starać się zrozumiéć.
— Tak — przerwała mi matka łagodnie, głaszcząc moje włosy — dobre to jest i pożyteczne, ale tylko dla mężczyzn, dla tych istot uprzywilejowanych, którzy wszędzie w życiu między ludźmi we własnych myślach mają prawo być samymi sobą. My kobiety takiego prawa nie mamy. Każda z nas, wchodząc w świat, znajduje kodex, według którego artykułów ma postępować, a kodexem tym są: zwyczaje. Rządzą one już naprzód jéj wychowaniem, a potém, jeśli się niemi choć na jotę rozminie, otwiera się przed nią inna księga praw, która się kodexem karnym nazywa. Ten kodex karny, to sądy, obmowy i potępienie świata, z którego uświęconym regulaminem kobieta rozminąć się ośmieliła. Niech cię Bóg broni, abyś się z tą karną księgą spotkać miała. Wiem ja, co ona znaczy i lękam się jéj dla ciebie śmiertelnie.
Gdy matka moja to mówiła, dwie fałdy, rysujące jéj piękne czoło, stały się głębszemi i smutek zagrał w oczach. Objęłam ją i przytuliłam się do niéj, czując, że przygarnia mię do siebie z miłością.
— Moja mamo — szepnęłam po chwili — czyliż niéma na świecie kobiet, które-by probowały zniszczyć ten brzydki kodex, co nie pozwala im ani myśléć, ani postępować według własnego rozumu i serca, ale wedle przyjętych praw, których one same nie pisały przecie?
— Bywają takie kobiety, które w części, albo zupełnie probują się rozmijać z kodexem światowych zwyczajów, jeśli te nie zgadzają się z ich przekonaniami — mówiła moja matka — ale są to nieszczęśliwe istoty, których naśladować nie należy. Jeśli są one ubogie, giną przez to marnie najczęściéj, bo świat wyrzeka się ich, jak nieposłusznych sobie dzieci; jeśli są bogate, cofają się prędko z niebezpiecznéj drogi, wracają na utarte szlaki, a raz na nie wróciwszy, przyjmują za swoje to, co im z razu obce naturą swoją było i wyrzekają się siebie samych, aby nie ściągnąć na swe głowy srogich wyroków karnego kodexu. — To rzekłszy, powstała moja matka i, pocałowawszy mię w głowę, opuściła pokój. Zostałam sama i długo siedziałam zamyślona.
Niewyraźne jakieś światła przebiegały mi przez głowę. A więc, myślałam, mówię obcemi językami i umiem grać dla popisu przed ludźmi? Nie wolno mi zastanawiać się nad tém, co mój umysł uderza; bo ludzie nie lubią tego w kobiecie? Czyliż wszystko, co jest we mnie, na mnie i koło mnie, ma istniéć tylko dla ludzi, dla ich zabawy, pochwały, lub dla uniknięcia ich nagany? Więc jestem cała własnością ludzi i tego kodexu prawnego, który się nazywa: zwyczaje? A cóż będzie własnością moją i tych, których kocham? Czyliż nie mam grywać ulubionych moich sonat dla tego, że ich większość ludzi nie rozumié? Czyż niemiecki język niepotrzebnym mi jest, skoro nim nie rozmawiają w salonach? Mamże odpędzać od siebie uwagi i myśli, które mi przychodzą do głowy, choć-by one były najbardziéj mię zajmujące, dla tego, że nie jest w zwyczaju, aby kobieta myślała, zastanawiała się w ten sposób? Nie, zawołałam w myśli, może to i dobrze, może tak być i powinno, ale ja tego nie rozumiem!
A matka moja czy rozumié sama tę naukę, jaką mi dała przed chwilą? — zapytałam znowu siebie i przypomniałam smutny ton jéj głosu, gdy wymawiała ostatnie owe słowa, owo powiększenie się fałd na jéj czole i żal tajony, co przez chwilę zamigotał w jéj oczach.
Tak, myślałam, matka moja rozumié to, co dla mnie jest tajemnicą.
I przemknęła mi myśl, że na dnie téj tajemnicy leży coś bardzo smutnego.
I doświadczyłam przeczucia, że świat mojéj matki nie jest tak bezchmurnie wesołym, jak go sobie wyobrażałam.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.