Pamiętnik Wacławy/Świat mojej matki/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Pamiętnik Wacławy
Podtytuł Ze wspomnień młodéj panny ułożony
Data wydania 1884
Wydawnictwo S. Lewental
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst „Świat mojej matki”
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst „Świat mojej matki” jako ePub Pobierz Cały tekst „Świat mojej matki” jako PDF Pobierz Cały tekst „Świat mojej matki” jako MOBI
Indeks stron

IV.

Gdy takim oddawałam się myślom, nagle zaturkotały pod gankiem koła, a turkotowi temu zawtórowało przyśpieszone bicie mego serca.
Ktoś przyjechał, piérwszy gość, którego ujrzéć miałam w domu méj matki. Piérwsza osoba z jéj świata, która mnie miała zobaczyć. Trwoga mię zdjęła. A tu jeszcze matki mojéj niéma w bawialnym pokoju. Tuż, tuż gość wejdzie, jakże się ukłonię, jakie piérwsze słowo wymówię? Zerwałam się z krzesła na równe nogi. Ucieknę, pomyślałam, i frunęłam przez pokój.
Niestety! u wejścia do drugiego pokoju musiałam stanąć na progu, jak wryta: bulion od portyery zaplątał się w szerokiéj białéj frendzli, którą oszyta była moja błękitna suknia. Pochyliłam się i drżącemi rękoma zaczęłam rozplątywać frendzlę. Ale nie łatwa była z nią sprawa. Jedwab okręcił się i zamiast rozwikłać go, jeszcze gorzéj plątałam.
W przyległym pokoju posłyszałam męzkie stąpanie. Czułam, że rumieńce uderzają mi do twarzy. Otóż, myślałam, zamiast polepszyć, pogorszyłam moje położenie. Będę musiała powitać gościa, nie mogąc ruszyć się od progu! Targnęłam raz jeszcze i zrobiłam to tak silnie, że uwikłanie mojéj odzieży jeszcze się wzmocniło. Do pokoju wszedł młody mężczyzna.
W stanowczéj chwwili wróciła mi odwaga. Wyprostowałam się rezolutnie, o ile pozwalała mi na to przymocowana do portyery suknia, i ozwałam się:
— Bardzo przepraszam pana, że nie mogę ani kroku postąpić na powitanie, ale frendzla od sukni splątała mi się z portyerą.
Mówiłam to prawie z płaczem, tak upokarzało mię śmieszne, jak mi się zdawało, moje położenie.
Młody człowiek z uśmiechem podszedł do mnie i rzekł:
— Wszak to zapewne kuzynkę Wacławę widzę?
— Tak — odpowiedziałam.
— Jestem Franciszek W. — wymówił z ukłonem i podał mi rękę.
— Kuzynek Franuś! — zawołałam — odzyskując zupełnie śmiałość; — o! jakże się to stało, że nie poznałam kuzynka!
— Trudno to kogoś poznać, jeśli się go widziało dwunastoletnim malcem, a spotyka na nowo dorosłym człowiekiem. I jabym kuzynki może nie poznał, gdybym nie wiedział, że ją tu znajdę.
— O, niechże mi kuzynek pomoże wyplątać się z uwięzi, bo doprawdy poruszyć się nie mogę!
— Najchętniéj to uczynię — odpowiedział kuzynek, i przyklęknąwszy na jedno kolano, zaczął mocować się z poplątanemi nićmi jedwabiu.
— Ależ, jak widzę, kuzynka w formalną popadłaś niewolę! — wymówił z uśmiechem.
Wyraz niewola przypomniał mi przed chwilą rozmowę moję z matką i wywołane nią moje rozmyślania. Spoważniałam nagle i wyrzekłam bardzo seryo:
— Rozplącz coprędzéj moje frendzle, kuzynku, bo znieść nie mogę niewoli.
Kuzynek, który ciągle klęczał na jedném kolanie, podniósł nagle głowę i prosto w twarz mi popatrzył.
— A jednak — rzekł, uchylając się znowu nad splątaną frendzlą — kuzynka często spotkasz się w świecie z niewolą.
Kiedy kuzynek patrzył na mnie, piérwszy raz spostrzegłam, że ma błękitne oczy z bardzo miłym wyrazem, a gdy wymawiał ostatnie słowa, zdało mi się, że głos jego był trochę smutny.
W téj chwili z sąsiedniego pokoju weszła moja matka: spostrzegłszy mię stojącą nieruchomie i kuzynka klęczącego, zatrzymała się na progu zdziwiona.
— Co to jest? — spytała — Franusiu; w jakiéj-że romantycznéj znajduję cię postawie?
Wyrzekła to ze śmiechem, ale zdawało mi się, że śmiech ten był nieco przymuszony. Kuzyn, który właśnie co uwolnił moję suknią, częścią porwawszy, częścią rozplątawszy jedwab’, w którym utkwił nieszczęsny bulion, zerwał się śpiesznie i, z wielkiém uszanowaniem powitawszy moję matkę, opowiedział jéj historyą całego zdarzenia. Wysłuchawszy go z uśmiechem, matka moja rzekła do mnie:
— Jest to dla Waci mała nauczka, że panna dorosła, która przestała już być pensyonarką i nosi długie suknie, powinna na każdym kroku być bardzo uważną i ostrożną. — Z tonu, jakim matka moja to mówiła i ze spojrzenia, jakie rzuciła na mnie, poznałam, że wyrazy jéj nie były tak proste, jak się zdawało, ale miały podwójne jakieś znaczenie.
Kuzyn zajął się rozmową z moją matką i przestał zwracać na mnie uwagę. Ośmielona tém, przypatrywałam się mu ciekawie.
Przed wyjazdem na pensyą widywałam go małym chłopaczkiem, gdy go do rodziców moich przywoziły w odwiedziny dwie ciotki mojéj matki a jego dalekie krewne, które, jak mi mówiono, miały go na opiece. Jakże się od téj pory odmienił. Z małego chłopaczka, trochę niezgrabnego i wiecznie rozczochranego, stał się wcale przystojnym młodym człowiekiem. Już wtedy, kiedy, klęcząc przede mną, spełniał wielkie dzieło rozplątywania mojéj frendzli, uważałam, że miał błękitne oczy z miłym wyrazem; teraz zobaczyłam jeszcze światło-płowe gęste włosy, odrzucone w tył nad czołem niezbyt wysokiém, ale białém i pogodném. Rysy miał ściągłe, delikatnością przypominające twarz kobiecą i małe jasne wąsiki.
Podano herbatę, przy któréj kuzynek rzekł do mojéj matki:
— Ciotka Hortensya i ciotka Ludgarda przysłały mię tu z oświadczeniem, iż pragną co prędzéj zobaczyć kuzynkę Wacławę.
Wiedziałam, że mówił o krewnych swych, które go wychowały, a były rodzonemi ciotkami mojéj matki.
Matka moja odpowiedziała:
— Jak tylko Wacia opatrzy się trochę w domu, natychmiast pojedziemy do Rodowa i zaprezentuję ją ciotkom. Czy pamiętasz babki twoje, Waciu? — zwróciła się do mnie z zapytaniem.
Odpowiedziałam, że pamiętam tylko długie szeleszczące ogony ich sukien i białe koronkowe ich czepce.
Uśmiechnęła się na to moja matka.
— Ciotki moje — rzekła — lubo są już w podeszłym wieku, pilnie dotąd strzegą wszystkich zwyczajów światowych. Zobaczysz w nich prawdziwe wzory dam wielkiego świata, które do późnych lat zachowały w ubiorze, układzie i obejściu się dystynkcyą wyższych towarzystw. A jakże tam idzie gospodarstwo w Rodowie? — zwróciła się z zapytaniem do kuzynka Franusia.
Kuzynek zarumienił się trochę.
— Doprawdy... nie wiem — odpowiedział z zakłopotaniem.
— Przecież jesteś niby zarządcą gospodarstwa ciotek? — zaśmiała się moja matka.
— Przyznam się kuzynce — odpowiedział zawsze z pewném zakłopotaniem się Franuś — nie mam szczególnego zamiłowania w gospodarstwie. Potém ciotka Hortensya sama się miesza bardzo do rządów, a mnie pozostaje tylko spełnić niekiedy jéj polecenia.
Gdy to mówił, spostrzegłam, że po twarzy jego przemknął się wyraz smutku.
Po herbacie matka moja wyszła z salonu, a kuzynek przysunął się do mnie.
— Czy pamięta kuzynka — rzekł — jak to, gdy przyjeżdżałem z ciotkami do jéj rodziców, uczyliśmy się razem przez sznur skakać, a kuzynka śmiała się ze mnie, że niezgrabnie skakałem...
— O, pamiętam! — odpowiedziałam — a kuzyn pamiętasz, jak rozbiłeś piłką lustro w mamy pokoju?
— O! pamiętam, ciotka Hortensya kazała mi wtedy klęczeć za karę, a kuzynka tak mię żałowałaś, że aż zanosiłaś się od płaczu...
— O! pamiętam, pamiętam! i potém ojciec na pocieszenie nas przywiózł nam z miasta książkę z obrazkami.
— W któréj była powiastka o jakimś grzecznym Franusiu, a kuzynka mówiłaś, że to ja jestem taki grzeczny...
— Spodziewam się, że kuzynek i teraz jest grzeczny...
— Do usług kuzyneczki.
Ostatnie słowa wymówił z bardzo zgrabnym ukłonem.
— A ileż-to już lat upłynęło od tego czasu, jak kuzynek przyjeżdżałeś do nas?
— O, wiele, wiele! kuzynka nie miałaś wtedy więcej, jak lat ośm.
— A kuzyn ile lat miał wtedy?
— Dwanaście.
— Więc kuzyn o cztery lata ode mnie starszy?
— Tak.
— Więc teraz ma rok dwudziesty drugi...
— Dwudziesty drugi.
— A ja siedmnaście lat skończyłam miesiąc temu.
— Tośmy to oboje starzy!
— Okropnie!
— Co widzę? kuzynka masz już siwe włosy!
— Kuzynek pełno zmarszczek na czole!
I śmieliśmy się długo, głośno, wcale nie po staremu.
— Ależ kuzynek tak się odmienił... — zaczęłam znowu rozmowę.
— A kuzynka wcale nie — przerwał Franuś — jak była, tak i jest prześliczną.
Musiałam zarumienić się po uszy, bo poczułam na twarzy straszne gorąco. Męczyłam w palcach moję nieszczęśliwą frendzlę i nie mogłam oczu podnieść na kuzynka, tak byłam zmieszana jego komplementem.
Gdy nareszcie wzrok podniosłam, zobaczyłam, że patrzył na mnie ciągle, a błękitne jego oczy były błękitniejsze niż wprzódy.
Podobałam się mu! — mignęła mi myśl przez głowę i piérwszy raz w życiu poczułam przyjemność, jaką myśl taka sprawia. Była ona tak żywą, że aż mi serce żywiéj uderzać zaczęło. W téj chwili weszła do pokoju moja matka i powiedziała, że ponieważ muszę być zmęczona podróżą, powinnam już udać się na spoczynek. Miałam wielką ochotę zostać jeszcze trochę z nią i z kuzynkiem i oświadczyłam, że nie czuję się wcale zmęczoną.
— Co mi tam prawisz — łagodnie odpowiedziała matka — wiem ja, że takie, jak ty, nowicyuszki w świecie, nigdy spać nie chcą. Pomimo to, zbyt długiego czuwania strzedz się należy, bo źle wpływa na piękność cery. Idź więc, idź i odpocznij po tak dalekiéj drodze!
Niechętnie powstałam, aby być matce posłuszną i widziałam, jak kuzynek aż do drzwi przeprowadził mię wzrokiem.
W gabinecie moim paliły się świece i przy toalecie stała, oczekując mię, panna służąca.
— Jaką suknią mam panience przygotować na jutro? — spytała.
Nad rozstrzygnięciem téj kwestyi myślałam długie dwie minuty, ale, niestety, nie mogłam ogarnąć pamięcią kolorów i form wszystkich sukien, jakie były w mém posiadaniu. Służąca szafy znowu pootwierała przede mną, a ja, po półgodzinném wahaniu się, wybrałam na jutro blado-liliową suknią, ozdobioną czarnemi koronkami. W kwadrans potém leżałam już w mięciuchném łóżeczku, zasłaném haftowaną bielizną, a przy mnie stała moja Binia, która, jak zwykle, przyszła mię pożegnać przed nocą. Alabastrowa lampka z przyćmioném światłem paliła się na kominku i łagodnie oświetlała zielony sypialny pokoik. Zgrabne sofki i fotele wychyliły się z cienia, po stolikach błyskały złocone kubeczki i flakony, zielona firanka w miękkich fałdach zasłaniała do połowy otwór alkowy, w któréj stało łóżko, napełniając ją dziwnie przyjemną ciszą i półświatłem.
— Jakiż śliczny ten mój pokoik! to raik prawdziwy! — rzekłam do Bini.
— Daj Boże — odpowiedziała — aby ci w nim dobrze i spokojnie było.
— Ja nie chcę, Biniu, aby było spokojnie! — zawołałam ze śmiechem. — Przeciwnie, chcę, aby u mamy bywało wiele, wiele gości, ażebym się wszystkim podobała, aby mię wszyscy chwalili, aby mama co najprędzéj wydała u siebie tańcującą zabawę i abym piérwszego mazura tańczyła z kuzynkiem Franusiem! — Binia nic nie odpowiedziała, tylko uśmiechnęła się i znacząco pokiwała głową. Ucałowałam ją w oba policzki; a gdy odeszła, zaczęłam rozmyślać nad tym piérwszym dniem, co mi upłynął w domu matki. Jakże szczęśliwa jestem, że mam tak dobrą, śliczną, miłą matkę! pomyślałam i przy téj myśli zaczęły mi się zamykać do snu powieki, a przed rozmarzonym wzrokiem przesuwały się piękne pokoje domu naszego, szafy pełne sukien, cacka toaletowe, pomiędzy któremi zamigotały parę razy błękitne oczy kuzynka. Błogość nieokreślona ogarnęła mię całą, serce uderzało mi w piersi zwolna, rozkosznie... poduszki, na których spoczywała moja głowa, były tak miękkie... alkowa taka cicha... wpółoświetlona... wpółciemna... Zamknęłam zupełnie oczy i zdawało mi się, że firanka, przysłaniająca alkowę, kołysze się powoli, fałdy jéj pochylają się ku sobie, z cichym szmerem coś szepcą do siebie, niby te drzewa, co na polach dotykają się szczytami, wietrzykiem poruszane. Coraz mgliściéj, coraz niewyraźniéj snuły się przed mym wzrokiem obrazy, w dzień widziane, coraz ciszéj, coraz tajemniczéj szeptała nade mną firanka...
Nagle otworzyłam uśpione już oczy i usiadłam na łóżku. Wyraźnie, wyraźnie posłyszałam, jak ktoś obok mnie wymówił: „nie ufaj zbyt połyskom, dziecię moje, i nie oddawaj im całego serca twego!”
Obejrzałam się wokoło z instynktową trwogą i naturalnie nikogo nie zobaczyłam. Na stoliczku tylko przy łóżku leżał list mego ojca, który wyjęłam z kieszonki od sukni i tam położyłam. Oparłam twarz na ręku i zamyśliłam się. Wtedy na pamięć przyszedł mi ojciec mój. Dlaczego nie jest on tutaj z nami? myślałam. Wyobraziłam go sobie w krajach dalekich, cudzych, i łzę poczułam w oku.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.