Ostatnia msza/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Łada
Tytuł Ostatnia msza
Data wydania 1916
Wydawnictwo Tłocznia „Polaka-Katolika“
Druk Tłocznia „Polaka-Katolika“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


IV.

Odprawiał ją bardzo powoli. Mylił się widocznie, plątał i na nowo zaczynał. Do mszału wciąż patrzyć musiał, bo go widocznie zawodziła pamięć, ale i czytać trudno było, choć oczy drżącą ręką przecierał co chwila. Ksiądz dziekan stał przy nim, karty mu odwracał, drżące dłonie podpierał, słowa liturgii podpowiadał z pamięci. Ale staruszek coraz bardziej ociągał się, coraz wolniej wymawiał święte wyrazy.
Ach, myśmy go dobrze rozumiały! Myśmy wiedziały, dlaczego tak trudno Mszę tę ostatnią skończyć, dlaczego mu tak przed końcowem Ite missa est straszno!
Oto podniesienie. Siwa głowa kapłana pochyla się nad ołtarzem, dzwonek jęczy cicho. Tłum ściśnięty w kościele porusza się przez chwilę, jak fala wiatrem kołysana, i ściele się u stóp Pana Zastępów.
Drżące, pomarszczone dłonie starca podnoszą się wysoko. W nich Hostya biała: święte Ciało Chrystusowe.
I znów z tysiąca piersi jęk się odzywa przeciągły, głuchy:
— Jezu, Jezu, Jezu!
Oto jesteś na tym ołtarzu, na który od czterystu lat schodziłeś codziennie, z którego tak długo, tylu tysiącom niosłeś łaski swe i pociechy, swe światło i zbawienie. Oto jesteś — i jesteś po raz ostatni!
Chwila jeszcze, i przestaniesz królować tutaj, i odejdziesz wygnany, i już Ci nie będzie wolno tu wrócić, tak jak i twoim sługom...
Koło mnie siedziała matka Koleta, nieruchoma, zmartwiała w powadze swych dziewiędziesięciu lat. Naraz blade jej usta poruszyły się, wymawiając słowa pieśni pobożnej, pieśni śpiewanej przez konfederatów, od jednego z nich może słyszanej w dzieciństwie przez staruszkę:

Bo nieprzyjaciel na to się usadził,
Aby twe syny z ojczyzny wygładził...

Ach! ależ to nie synów i córki ojczyzny naszej, nie synów Maryi, kraju naszego Królowej, nie ich samych tylko chce nieprzyjaciel wygładzić... Oto przecie dłoń świętokradzką podnosi na Twego Syna, o Maryo! Oto Jego wygania z Jego przybytków, oto zabrania Mu do nich wstępu... I On, Pan niebieskich pułków, na to pozwala? Pozwala siebie wygnać z kościołów, z serc słabych i ułomnych, w których gaśnie moc i wiara? I Ty Panno mocna, Tyż nie pośpieszysz się ku obronie?
Ach, w sercu starego kapłana to samo pytanie musi się powtarzać! Słowa modlitwy wychodzą z ust jego coraz wolniej, coraz trudniej. Zdaje się, jakby czegoś czekał... Może cud się stanie? Może pułki aniołów z płomiennymi mieczami w dłoniach zejdą z niebios, odpędzą najeźdźców, ocalą świątynię i ołtarz...
Ale oto przychodzi chwila Komunii.
— Panie! nie jestem godzien...
Z głuchym łoskotem dłoń starca uderza w pierś wątłą, wychudłą. Ach, gdyby Pan jego raczej ukarał, gdyby życie jego wziął jako ofiarę przebłagalną swego gniewu! A w zamian, gdyby ocalił świątynię.
A jeśli nie... to, gdyby teraz, zaraz. Ciało i Krew Pańską spożywszy, odejść z tego padołu nędzy do Pana... Nie patrzyć...
Ach! gdyby teraz umrzeć!
Komunia kapłańska skończona. Ojciec Wincenty odwraca się od ołtarza, drżącą ręką krzyż kreśli w powietrzu. A potem Hostyę poświęconą podnosi wysoko ponad korzącym się tłumem.
I znowu, jeszcze wolniej jak do ołtarza, iść poczyna do kraty.
Dziekan podtrzymuje go, prowadzi wraz z podkomorzym. Ale idą po omacku. Łzy zalały oczy im wszystkim.
W swoich płaszczach białych, powłóczystych, siostry zbliżają się powoli, jedne za drugiemi, do kraty. Jak w największe święta... Wszak to nasza ostatnia Komunia w klasztorze.
Przysuwają fotele chorych matek tuż do otwartego okienka, podnoszą je, aby kapłan mógł do ust im sięgnąć. Ojciec Wincenty drży cały, ręką z Przenajświętszym Sakramentem kierować musi dziekan.
Wreszcie wszystkie przyjęłyśmy Chleb Żywota. Z zasłoną spuszczoną na twarz siostry pochylają się w niemej adoracyi nad pulpitami swych stali. Nad ołtarzem pochyla się kapłan.
Spożywa pozostałe konsekrowane komunikanty.
Skończyło się. Pan Jezus opuścił już świątynię. Tabernaculum puste, stanęło otworem. Ksiądz dziekan schodzi ze stopni ołtarza, drżącą ręką wyjmuje lampkę wiszącą w środku prezbiteryum — i gasi w niej światło.
Jęk jeden wielki i lament urwany zaraz rozlega się po kościele.
Żegnaj nam, żegnaj, Zbawicielu nasz, Jezu słodki!
Skończyło się...
Resztę widzę już jakby przez mgłę...
A u rogu ołtarza stoi Ojciec Wincenty, słaniający się, blady jak ściana. Dwóch ludzi podtrzymuje go, dwóch innych zdejmuje z niego ornat i albę, wkłada komżę i stułę. Jakaś miłosierna pani podaje mu sole trzeźwiące. Staruszek daje ze sobą robić, co chcą, bezwładny, zmartwiały. Ksiądz dziekan zbliża się ku kracie i roztwiera ją na oścież.
Powoli, podtrzymując się nawzajem i wlokąc za sobą długie ciężkie płaszcze, z twarzą ukrytą w zasłonie, przechodzimy tę kratę, którą ostatnia z nas przestąpiła przed czterdziestu laty.
I teraz już nie jęk urwany i nie tłumione łkanie rozlega się w kościele. Ach, ten lud poczciwy czuje dobrze, że to już ostatnia chwila, że koniec już przyszedł świątyni, w której modlił się od wieku, i sługom Bożym, co ją niegodnie obsługiwały dotąd.
Płacz, krzyk, lament rozdzierający serce wyje dokoła jak burza. Ludzie rzucają się do nas, rozdzierają nasze habity aby je całować, matki podnoszą dzieci, aby nas widziały, tysiące głosów woła nam pożegnanie i błogosławieństwa...
— Oj mateczki nasze rodzone, cóż my poczniemy bez was! Oj niedola nasza, kto za nas modlić się będzie, kto poradzi w chorobie i kłopocie, kto pocieszy w nieszczęściu!
— Oj, sieroty my bez was, sieroty!
— A pamiętajcie tam o nas, a módlcie się za nami.
— A pobłogosławcież choć nam i temu maleństwu.
— Józiek, Maciek, oczy wytrzeszczaj... patrz, jak mateczki wyglądają, abyś dzieciom kiedyś opowiedział.
— Oj, dolaż nasza nieszczęsna! Na toż nam przyszło, że na poniewierkę ołtarzy Pańskich i świętych naszych panienek patrzeć muszą nasze oczy!
Tu i owdzie zaciskają się pięści, młodszym iskry z oczu lecą. Ale wszystko znów cichnie.
— Spokój, na Boga, spokój — szepną starsi. Nie pomożemy nic, nieszczęście tylko zgotujemy im i sobie.
Pułkownik zielenieje znowu.
Podbiega do księdza dziekana i szarpie go brutalnie za rękaw od komży.
— Na pana składam odpowiedzialność za wszystko. To pan chciałeś tej Mszy, tej demonstracyi. Teraz bunt się zaczyna... Ja każę strzelać... Niech pan powstrzyma, inaczej ja za nic nie odpowiadam, a pan...
— Pan przespaceruje się w oddalone strony — kończy ze zwykłym swym uśmiechem kapitan.
Ale dziekan całkiem inny już w tej chwili, niż przed dwiema godzinami.
— Pan mnie spacerem tym nie nastraszysz, kapitanie — odpowiada spokojnie. Gdybym się go bał, dawno zrzuciłbym tę suknię. Będzie ze mną, co Bóg da, ja na wszystko gotów. Ale odpowiedzialności za to co się dzieje i dziać może, ja na siebie nie biorę. Nie ja napełniłem goryczą nie do zniesienia serca tych biednych ludzi; nie ja ich zraniłem w tem, co im najbardziej święte i drogie...
— Uważaj pan na to, co mówisz! Pan ośmielasz się poddawać krytyce rozporządzenia wysokich władz. Pan twierdzisz, że rząd tych ludzi obraża i krzywdzi...
— Twierdzę tylko jedno: kto sieje wichry, zbiera burze.
— Ja pana zaraz każę aresztować.
Ksiądz dziekan odwrócił się. A szmer tymczasem znów się zwiększał, rósł, huczał jak ryk burzy.
I naraz wszystko ucichło — ucichło zupełnie.
Słychać było syczenie wosku topiącego się w świecach ołtarzowych.
Ojciec Wincenty ręce wyciągnął, głowę podniósł i usta otworzył.
Słuchali wszyscy. On mówić zaczął.
Pułkownik rzucił się ku ołtarzowi, jak wściekły.
— Ja mówić zakazałem, — krzyknął — ja panu każę milczeć! Ja pana do odpowiedzialności pociągnę za naruszenie publicznego spokoju...
Ale darmo się rzucał. Ruchoma fala ludzka stężała naraz, zrobiła się nieruchoma i twarda jak mur. Pułkownik i towarzysz jego kapitan ujęci zostali jak w kleszcze żelazne. Nie ruszano ich, nie popychano — ale nie ustępowano. Zdawało się, że ta masa ludzi stała się ślepą i głuchą. Pułkownik krzyczał: „Puszczać! miejsce dać! ja tu w imieniu N. Pana...“ Nie słyszał go nikt. Był bezwładny.
— Ten stary klecha odpowie mi za to — zgrzytnął zębami, pieniąc się.
— Daj pan pokój — odparł dziekan łagodnie. On już ziemskich sądów nie boi się. Dziękuj lepiej Bogu, panie pułkowniku, że na tem się kończy i nie utrudniaj nam naszego zadania...
Pułkownik wypatrzył się na księdza.
— Jedno słowo więcej, bodajby nie było iskrą w beczce prochu — kończył ksiądz. Spójrz pan na twarze tych ludzi.
Pułkownik oglądnął się i naraz księdza za rękę uchwycił.
— Pan odpowiada, ja proszę... ja wszystko zrobię, jak pan chcesz... ale nie dopuść pan... istotnie... mogłoby zdarzyć się nieszczęście.
Ksiądz uśmiechnął się smutno.
— Nie będzie nieszczęścia — odparł — nie bój się pan, ja za to ręczę. Ten lud ma wiarę. Tylko do ostateczności nie trzeba go doprowadzać, bo wtedy już nie ręczę za nic.
Ojciec Wincenty mówił do nas tymczasem. Klęczałyśmy na ostatnim stopniu ołtarza, płacząc cicho. Staruszek nie płakał. Oczy mu zapadły gdzieś wgłąb, jakby mgłą krwawą zaszły, ale ogień jakiś palił się w nich dziwny. Mówił z początku cicho, niewyraźnie, urywanym bezdźwięcznym głosem, potem głośniej i śmielej. Aż wreszcie z tych piersi rozbitych głos popłynął falą srebrną, potężny i grzmiący. Ludzie oddech w piersi zaparli.
On mówił o dawnych, bardzo dawnych dziejach, o ludziach starych, w proch rozsypanych, o rycerzach w zbroje zakutych i pobożnych białogłowach, śpiących pod kamiennymi nagrobkami i pod zapisanemi płytami posadzki. Mówił o kniaziu Danile i kniahini Hannie, co po śmierci córki jedynej, a pięknej jak wiosna, wiano jej oddali tutaj, na chwałę Bożą i na pożytek dusz. Mówił o czasach, gdy w tych murach sto dziewic ze starych okolicznych rodów kwitło jak sto lilii w Jezusowym wirydarzu, o świątobliwej ksieni Dorocie, której ciało Kościół podniósł na ołtarze, o siostrach zakonnych, zmarłych w woni świętości i pocałunku pokoju od Pana. Mówił, czem były dla Boga, czem dla ziemi, na której żyły. Więc o szpitalach dla starców i chorych, więc o szkołach i ochronach dla dziatwy, więc o jałmużnach i lekarstwach, więc o rojach biedaków cisnących się do furty, gnieżdżących się u stóp klasztornego pagórka, więc o innych rojach, co w kościele i klasztorze znajdowały łaskę niebieską i ludzką pomoc lub pociechę; więc dalej o domach Bożych wznoszonych sumptem klasztoru, i ofiarach, składanych czasu wojennej potrzeby na ołtarzu Rzeczypospolitej: więc o napaści tatarskiej, mężnie podwakroć od murów obronnych odpartej i szwedzkiej łupieży, w której skarby klasztorne zginęły i droższe od skarbów żywoty zakonnych panienek umęczonych za wiarę i cnotę; więc krwawe inkursye kozackie i ponowny mord pięciu zakonnic, zamordowanych przez rozbestwione schyzmatyckie pospólstwo; więc zastępy niewiast chowanych dla Boga i dla ludzi, sierot wyrwanych nędzy, chorych wyrwanych śmierci, grzeszników powróconych swym Aniołom Stróżom, a wreszcie ostatnie próby, i walki, i krzyże, i gorycze...
Wszystkie blaski i chwały zgromadzenia, wszystkie zasługi sióstr lepszych od nas i szczęśliwszych, bo spoczęły już tam, skąd niema wygnania; czterysta lat naszych dziejów, dziejów Kościoła i narodu... karta za kartą zapisywał to wszystko biały starzec płomiennemi zgłoskami, na zawsze, w myślach i sercach słuchaczy. Ach! oni już teraz będą wiedzieć, będą pamiętać, czem był ten klasztor, oni pamięć o nim przekażą w pokolenia dalekie, gdy w murach jego wróg obierze siedlisko i Imię Pańskie z nich zetrze!
A teraz — zwrócił się do nas.
Niedobry, okrutny ojcze Wincenty! Niedość miałeś męki, jaką przechodziłyśmy dotąd! Trzebaż ci było rany nasze rozkrwawiać i niby żelazem gorącem wypalać, trzebaż było zedrzeć z nas sztuczną skorupę pozornego męstwa i postawić przed Bogiem i tymi wszystkimi ludźmi w całej naszej nędzy i niemocy, w całem tchórzostwie serca i złamaniu woli, w całem rozdarciu biednych, zbolałych dusz naszych!
— Do was teraz ostatnie moje słowo, ostatnie latorośle bujnego niegdyś drzewa, co tyle kwiatów niebu przyniosło, tyle cienia i owocu tej ziemi biednej, ukochanej. Do was się zwracam, siostry moje, ciężko dotknięte prawicą Bożą, zwracam się z pożegnaniem i błogosławieństwem. Błogosławię was na gorycze tułactwa wśród obcych, na tęsknoty wygnania, na nędze i opuszczenie i pogardę ludzką, na ofiarę z tego wszystkiego, czego nawet za kratą wolno pragnąć, co nawet serce Bogu poświęcone może na tej ziemi miłować. Błogosławię was za pracę całego życia, za jego modlitwy i zasługi, za obecne łzy wasze, za gorycz i ból tej godziny. Idźcie w pokoju! Oto was żegna dom ten cichy, uświęcony cnotami tylu zakonnych pokoleń, dom, co młodość waszą przygarnął, co był świadkiem Bogu oddanego żywota, co miał patrzeć na ostatnią żywota tego godzinę! Oto was żegna ta świątynia, oblubienica wasza, ukochanie serc waszych, powiernica rozmów waszych z Panem... Ach! On także wraz z wami ją opuszcza, wygnany jak i wy! Żegna was ta ziemia wasza święta, rodzona, w której spocząć chciałyście po znojach życia. Obce dłonie ziemią cudzą przesypią wasze szczątki, i nie zaszumią wam zboża pól rodzinnych nad mogiłą, nie zapłacze nad nią polska pieśń żałobna. Ale Ten, co jest Zmartwychwstaniem i Żywotem, Pasterz dobry przygarnie was jako owce wybrane, najdroższe. Łzy wasze zawiesi jako perły w swej koronie, mękę waszą, ofiarę waszą rzuci na szalę swej sprawiedliwości... Może przeważą nieprawości braci waszych, może wymodlą zmiłowanie...
Tak mówił do nas ojciec Wincenty, a serca nasze rozpływały się w boleści nadmiernej, tak straszliwej, że zdawała się graniczyć z dziwną jakąś rozkoszą. Już i łez oczom naszym zabrakło, już i sił resztka opuściła nasze ciała. Jak klęczałyśmy przed ołtarzem, tak padłyśmy na twarz na kamienne płyty, na których przed wielu laty okrywano nas całunem żałobnym przy składaniu ślubów. Padłyśmy na twarz i leżałyśmy w prochu przed Panem, wołając z głębi serc naszych:
— Panie, nie jako my chcemy, ale jako Ty chcesz. Otośmy sługi Twoje... czyń z nami wedle świętej woli swojej!
I przez chwilę cisza zaległa kościół — a potem jeden wielki jęk się podniósł i łkanie z tysiąca piersi, aż mury klasztorne, zdawało się, zadrżały w swych posadach. Jęk i łkanie i skarga bolesna, wzbijająca się w niebiosa.
Ach! gdybyśmy tak mogły leżeć zawsze u stóp ołtarza, i nie podnosić się już nigdy, nigdy...
Ale nam czas już był w drogę wyruszać.
Podniosłam się pierwsza. Za mną kolejno wstawać zaczęły siostry.
Pierwszą rzeczą, która mnie uderzyła, gdym stanęła na nogach, był przerażony, osłupiały wzrok pułkownika, utkwiony w naszą gromadkę.
Koło pułkownika stał dziekan. Ale ten nie patrzył. Rękami twarz zakrył i płakał.
Spojrzałam na siostry. Za mną w fotelu swoim siostra Eustachia spoczywała nieruchoma, uśmiechnięta łagodnie, z wyrazem niebiańskiego wesela, rozlanym na alabastrowej twarzy.
Pułkownik przyskoczył do niej w tej chwili i szarpnął ją za rękę.
Ręka opadła bezwładnie.
— Co to jest, co to znaczy? — szeptano.
Zbliżyłam się i przyklękłam przy krześle. Oczy zagasłe przysłoniłam powiekami i nachyliwszy się usta przycisnęłam do zimnej dłoni.
Jedna za drugą siostry uczyniły to samo, potem głośno zaczęłyśmy modlitwę za umarłych.
Szczęśliwa siostra Eustachia!
Już nas nie pędził nikt. Ale godzina była późna. Więc znowu jeszcze padłyśmy twarzą na ziemię, aby pocałować po raz ostatni prochy Pańskiego przybytku. Potem powoli, zasłonami zakonnemi okryte, na przyjaznych dłoniach wsparte, iść zaczęłyśmy ku drzwiom kościelnym, przy których już oddawna czekały nasze powózki. Za nami tłoczył się lud, płacząc. W opustoszałem prezbiteryum, sama jedna w swym fotelu, pozostała siostra Eustachia.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Gnatowski.