Ostatnia msza/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Łada
Tytuł Ostatnia msza
Data wydania 1916
Wydawnictwo Tłocznia „Polaka-Katolika“
Druk Tłocznia „Polaka-Katolika“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


III.

Skąd się wieść o tem rozeszła po okolicy? Bo nie od nas. Dość że od świtu drogi, wiodące na górę klasztorną, pełne były ludzi. Szło tego jak mrowia. Białe i bure sukmany, rogate czapki i kapelusze słomiane, wózki jednokonne i parką zaprzężone, między nimi tu i owdzie pański ekwipaż, dziewczęta w chustach kolorowych i baby w rańtuchach. A wszystko ciche, bez pieśni, bez rozmów, z pochylonemi głowami. Na pogrzeb weselej idą.
I płynęło to, płynęło jak rzeka.
Kościół otworzono o szóstej. Już cały dziedziniec pełen był ludzi, choć żołnierze próbowali byli odpędzać z początku. Odrazu tłum zapełnił szczelnie niewielką przestrzeń. I dziwnie! Zwykle w takich razach na odpustach tłok robi się po kościołach, słychać sprzeczki, piski, narzekania, rozmowy tłumione. Teraz nic. Ścisk był większy daleko niż kiedykolwiek na największe święto, bo ludu wciąż przybywało i tłum wielki stał przed kościołem, wejść nie mogąc. A jednak nie cisnął się nikt. Nikt się nie ruszał. Nikt głosu nie podniósł. Tylko cichy szept modlitw unosił się w powietrzu, jak brzęczenie niewidzialnych owadów. Tylko w ciszy wielkiej tłumione, zduszone zaraz łkanie odzywało się na mgnienie oka.
Ks. dziekan i nasz staruszek kapelan, O. Wincenty, siedzieli w konfesyonale od nocy. Każdy się cisnął; każdy chciał raz ostatni Ciało i Krew Pańską przyjąć w tym kościołku, pod którego skrzydłami tuliły się jego dziecinne modlitwy, modlitwy jego ojców i dziadów. A jednak i tam, przy konfesyonałach, nie było ścisku. Tylko kiedy dziekan zrywał się i O. Wincentemu znaki dawał, że czas ze Mszą wychodzić, chwytano go za komżę, za poły sutanny i jęk wielki rozlegał się dokoła.
— Czekajcie, ojcze drogi, najlepszy; dajcie nam jeszcze wysłuchać się... Toć już ostatni raz.
Ksiądz wysyłał posłańca do pułkownika z prośbą o cierpliwość. Potem siadał i głowę schylał ku penitentom. Łkania cichły, i słychać było tylko szept pacierzy.
Było już blisko południa, kiedy pułkownik z kapitanem i cywilnym urzędnikiem zbliżyli się do konfesyonału dziekana. Sześciu żołnierzy szło naprzód, rozpędzając lud.
Ks. dziekan bardzo blady, wyskoczył z konfesyonału i podbiegł naprzeciw tym panom.
Pułkownik nerwowym ruchem wyjął zegarek i podsunął mu go pod oczy.
— Msza była naznaczona na dziewiątą — rzekł ostrym głosem. Czynię pana odpowiedzialnym za spóźnienie. I za zbiegowisko także. A prosiłem pokornie, nie uprzedzać, nie rozgłaszać.
Poczciwy ks. dziekan odwagą nie grzeszył. Stał jak na żarzących węglach.
— Ależ, najłaskawszy panie pułkowniku, jam nic nie winien, nie mówiłem żywej duszy. Ale cóż, ludzi tyle do spowiedzi... Puścić nie chcą...
— Puścić nie chcą? Opór, bunt? Ja tu zaraz moich żołnierzy...
— Ależ nie, gdzie tam, niechże Bóg uchowa, — przerwał ksiądz jeszcze bardziej przerażony — ot nic, tylko wyspowiadać się chcą, a księży niema... Pan pułkownik nie pozwolił, choć prosiłem...
— Zapewne, zapewne, żeby jeszcze większą demonstracyę robić, jeszcze większy skandal! Tego nie dość, co jest! A wszystkiemu pan winieneś. Po co siadać do spowiedzi? Czy ja po to pana sprowadziłem? Inwentarz spisać, co wasze odebrać, kościół zapieczętować, to wasza rzecz, a nie awantury robić. Ale wam demonstracye w głowie. Ho, ho, znam ja was wszystkich!
Pułkownik gorączkował się coraz bardziej, szarpiąc i rwąc sznurek od monokla. Kapitan uśmiechał się złośliwie i z widocznem zadowoleniem kiwał głową, potakując. Urzędnik stał sztywny i znudzony.
Ksiądz dziekan stracił całkiem kontenans.
— Pobiegnę po ks. kapelana, aby wychodził ze Mszą — rzekł wreszcie, aby wyjść z kłopotliwego położenia.
— Radzę wam to zrobić bez zwłoki i dopilnować — odparł ostro pułkownik, patrząc na zegarek. Jeśli za kwadrans Msza nie zacznie się, każę kościół opróżnić przez żołnierzy i zamknę go, jak jest.
Jak jest, to znaczyło z Przenajświętszym Sakramentem.
Ksiądz dziekan nie dał sobie powtarzać. Przedarł się przez tłum i dopadł drugiego konfesyonału, koło którego ludzie cisnęli się murem.
— Ojcze, prędzej ze Mszą wychodźcie, inaczej awantura! zawołał głośno, zadychując się i chwytając powietrze.
Staruszek powoli głowę białą, jak mleko, odwrócił od penitenta.
— Konieczneż to, tak prędko? — szepnął cichym, bezdźwięcznym głosem. Ci biedacy tak proszą, płaczą oto... Toż ostatni raz!...
— Ależ zlituj się, ojcze! Pułkownik wścieka się. Grozi, że kościół opieczętuje z Przenajświętszym Sakramentem! Tak przecie zrobili w Bujsku i aż w rok wyrobił biskup pozwolenie zabrania Sanctissimum.
Staruszek podniósł się szybko i zaczął, trzęsąc się, przeciskać do dziekana przez tłum, zatrzymujący go z płaczem i jękiem.
— Mnie jednego jeszcze, ja o 10 mil przyszedłem.
— A ja się tu chrzciłem, do Komunii pierwszej przystępowałem.
— My tu ślub brali, na tym cmentarzu chcieliśmy kości złożyć.
Wszystko płakało. Ręce staruszka okrywano pocałunkami i łzami. Inni schylając się, całowali brzeg jego sutanny.
On szedł jak senny, słaniając się, nie widząc. Oczy mu zasłaniały łzy.
Dziekan zbliżył się i podał mu ramię.
— Odwagi, ojcze, odwagi — szepnął. Wola Boża.
— Uznaję ją i czczę, — jęknął stary — ale ciężko. Wiecie przecież... całe życie tu zeszło. Pókim był z braćmi, przysyłali mnie tu wciąż, potem osiadłem jako spowiednik, a gdy nasz klasztor zamknęli, zostałem tu sam jeden, i już myślałem, że nie dożyję... A wszakże to czterdzieści pięć lat, jak tu jestem.
Wszystko to później sam dziekan nam opowiadał, gdy nas odwiedzał na wygnaniu naszem. I zdawało nam się, że widzimy przed sobą drogą, świętą postać ojca Wincentego. Ale on już wówczas odszedł w górę.
My tymczasem trwałyśmy na modlitwie w chórze przy kracie, która wyjątkowo na tę ostatnią Mszę nie była zasłonięta. Inwentarz już był oddany od rana. Naszych parę węzełków leżało, gotowych do drogi, na wózku. A my zebrane u stóp Zbawiciela, w stallach naszych starych, które miałyśmy na zawsze opuścić, modliłyśmy się, modliły...
Byłyśmy wszystkie, od tylu lat po raz pierwszy — wszystkie bez wyjątku. Matka Eustachia na fotelu, obłożona poduszkami, z głową na tył odrzuconą, i zamkniętemi oczyma, wyglądała jak umarła. Z twarzy woskowej, zdawało się, uciekł ostatni promyk życia. Ręce tylko wychudłe, siecią żył sinych okryte, poruszały czasem ziarna różańca.
W krześle także zniesiono matkę Salezyę z jej sparaliżowanemi nogami. Za to matka Ignacya chciała koniecznie zająć swoją stallę obok matki Kolety, a siostra Agnieszka siedziała także na swojem miejscu, całkiem spokojna, nie śmiejąc się, nie bełkocząc; tylko wielkie znaki Krzyża świętego robiła co chwila, bez potrzeby.
W zwykłym czasie odmówiłyśmy officyum przedpołudniowe, dodając nieszpory, jako przed podróżą, podczas której mogłyśmy mieć przeszkodę w odmawianiu pacierzy. Czekałyśmy już tylko na Mszę.
Pan pułkownik zabronił organu, śpiewu, dzwonów i świateł z wyjątkiem dwóch świec. Byłyśmy posłuszne.
Paliły się więc dwie świece na wielkim ołtarzu od rana. Od górnego chóru i organów kazał sobie oddać klucze pułkownik. Dzwony milczały.
I naraz odezwał się jeden przy zakrystyi, cichutki.
Drżący, osłabły, pochylony, sunął się, chwiejąc, ku ołtarzowi ojciec Wincenty. Ksiądz dziekan w komży i stule podtrzymywał go. Kościół nasz taki mały: od zakrystyi do ołtarza trzy kroki zaledwo. Zatrzymywał się, ręce wyciągał przed siebie, jakby drogi w ciemnościach szukając, lub oparcia. Na nim stary ornat złotemi nićmi szyty, wystrzępiony ze starości jak koronka, robota pobożnej kniahini Hanny, żony naszego fundatora, kniazia Daniła Mirskiego, córki wojewody Przemka z Melsztyna. Stara relikwia, którą zostawić było trzeba, bo ją do inwentarza klasztornego zapisali przy rewizyi urzędnicy, dla kilku pereł wplecionych w złote pasma ręką hojnej pani. Starem u ciężko było w złotogłowiu zczerniałem. Uginał się, idąc.
Przed nimi dwóch starców, siwych, zgarbionych, mało co od niego młodszych. Jeden, z białą po pas brodą, niósł mszał. To najpoważniejsi i najstarsi z obywatelstwa, podkomorzy Gostowski i sędzia Raciszewski. Oni tym razem, przy Mszy ostatniej, służyć będą za ministrantów.
Ci już nie boją się kompromitacyi.
Po kościele jedno wielkie westchnienie rozległo się naraz, z tysiąca piersi wydzierające się głucho, ciężko, jak jęk.
Msza się zaczęła.
Myśmy oczy spuściły w dół na chwilę. Zasłonami przysłoniłyśmy twarze, pochyliłyśmy je ku pulpitom, tłumiąc łkanie, kryjąc łzy.
To była Msza ostatnia.
Kiedy za chwilę oczy podniosłam, zdało mi się, że śnię.
Kościół jaśniał światłem cały. Wszystkie pająki we wszystkich trzech nawach, kandelabry, świece u ołtarzów, co tylko było do zapalenia, gorzało jak na procesyi Bożego Ciała. Jak to się stało? Czy kto o zakazie oświetlenia wielkiego ołtarza wygadał się? Czy się umówiło kilku odważniejszych? Kto pierwszą świecę zapalił? Nikt tego nie dojdzie, bo z pewnością nikt się tem nie pochwalił. Dość, że w ciągu jednej minuty kościół cały jaśniał światłami, zapalonemi niewiadomo przez kogo.
Tylko na wielkim ołtarzu, przy którym stali oficerowie i żołnierze, paliły się dwie świece, jak przedtem, i pułkownik obrócił się twarzą ku kościołowi, zielony cały, sapiąc głośno, gryząc wąsy i rwąc w kawałki sznurek od monokla.
Nie patrzyłyśmy na niego. Oczy nasze biegły na kościół, na kościół nasz kochany, taki w tych blaskach złotych cudowny.
Nigdy mi się tak pięknym nie wydał. Dzień był jasny, gorący. Słońce wpadało błyszczącemi smugami przez górne okna, ślizgało się po murach poczerniałych, po marmurowych gzemsach, po czerwonym porfirze ołtarzy. Złocone anioły i posągi świętych biskupów zdawały się gorzeć jakimś nadziemskim ogniem. Wybladłe freski na sklepieniu i na ścianach, porysowane w zygzaki, okryte plamami od wilgoci, w świetle setek świec i w ciepłej smudze słonecznej wyglądały promienne i świeże, jakby je wczoraj malował pobożny nasz brat Hilaryon, uczeń Lexyckiego przed dwustu laty.
Żywe barwy ściennych malowideł, złocenia i marmury nagrobków i ołtarzy, złocisty blask zapalonych świec w kandelabrach i pająkach — wszystko razem zlewało się w jakiś dziwnie harmonijny obraz, przemawiający do duszy, jak muzyka. Siostry mówiły mi później, że miały takie wrażenie, jakby się znajdowały w niebie, u stóp Bożego Majestatu.
A na tle tej tęczy, złotem oblanej, tysiąc głów schylonych ku ziemi, twarzy łzami zalanych, ust wstrzymujących łkanie i jęki, a szepczących modlitwy...
Przy wielkim ołtarzu ojciec Wincenty Mszę św. odprawiał tymczasem.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Gnatowski.