Ostatnia msza/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Łada
Tytuł Ostatnia msza
Data wydania 1916
Wydawnictwo Tłocznia „Polaka-Katolika“
Druk Tłocznia „Polaka-Katolika“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


II.

Jak ten dzień minął? Nie wiedziałyśmy same.
Na szczęście nasze było tyle zajęcia!
Od lat dwudziestu kilku, patrząc, co działo się w koło nas, nabrałyśmy doświadczenia. Zabrano nam wszystko, co było majątkiem doczesnym, dającym się spieniężyć. Zostały pamiątki, relikwie, które obca ręka mogła sprofanować. Te trzeba było w pewnem miejscu od profanacyi zabezpieczyć.
Robiły się więc dniami całemi pakunki: stare ornaty, relikwie, krucyfiksy, kielich dany przez Maryę Ludwikę i pacyfikał z czasów pierwszych Jagiellonów, rodzinna relikwia jednego z Radziwiłłowskich domów, od dwustu lat ozdoba naszego skarbca. Siostra Salomea, zakrystyanka, przynosiła po jednym te skarby nasze, — z rąk puścić nie chciała, całowała je, płacząc, po kolei.
— Ten krzyż pamiątka po naszych fundatorach, kniaziach Mirskich... Te ampułki srebrne, przy celebrze biskupiej używane, ukrywane tak starannie przed chciwem okiem rewidujących urzędników... A oto srebrna monstrancya, najświeższa, za naszej już pamięci sprawiona, ale za lepszych czasów, na pamiątkę czterechsetnego jubileuszu klasztoru.
I na to wszystko nie będą się już patrzeć nasze oczy!...
Po cichu, w nocy, jak złodzieje, dwaj zaufani ludzie wynieśli tych kilka pakunków do przygotowanej kryjówki. Dostaną się stamtąd w pewne ręce i dalej służyć będą chwale Bożej.
Teraz wszystko gotowe na przyjęcie obcych gości.
Trochę gratów starych w zakrystyi i klasztorze. I my... stare graty także, gotowe do wyrzucenia na śmietnisko. Ale o to mniejsza.
Prócz paru zaufanych, nikt nie został wtajemniczony, nikt o grożącem nieszczęściu nie wiedział. Wszystko w klasztorze szło niezmiennym porządkiem. Jak zwykle odprawiały się nabożeństwa, jak zwykle w oznaczonych godzinach zbierałyśmy się na pacierze w chórze. Nawet było nas więcej. Nikt nie korzystał z dyspens. Matkę Koletę przyprowadzano, matkę Ignacyę przynoszono na fotelu.
Żadna nie chciała opuścić ani jednej godziny w chórze. Były to przecie ostatnie nasze wspólne modlitwy tutaj...
Przyszedł wreszcie 25 lipca.
W wigilię już spodziewałyśmy się... Parę razy dzwonek odezwał się na gościńcu; wszystko do okien biegło z bijącem sercem. Ale ten dzień minął spokojnie. Dopiero nazajutrz...
Kończyłyśmy właśnie pacierze przedpołudniowe w chórze, gdy gwałtowne dzwonienie dało się słyszeć u bramy. Poczciwa siostra Domicella, jedyna nasza konwerska, wpadła do chóru, blada jak ściana i drżąca cała, choć przecie od tygodnia spodziewałyśmy się tego, co przyjść miało.
— Już są, już są!
Skinęłam na siostrę Serafinę, i, zostawiając siostry przy ostatnich modlitwach, pośpieszyłam na przyjęcie tych panów.
Było ich czterech: dwóch starszych w mundurach wojskowych, tamci w ubiorach niższych urzędników cywilnych. Zdawali się zniecierpliwieni.
— Ależ my do klasztoru wejść chcemy, do środka — zawołał najstarszy, w mundurze pułkownikowskim, z mnóstwem krzyżów i medalów na piersiach.
— Może nas panie nie zechcą puścić? — zapytał z ironicznym uśmiechem jego towarzysz, kapitan, naczelnik powiatu. Tego znałyśmy dobrze, aż nadto.
— Czy panowie żądacie tego stanowczo, aby im bramy otworzyć? — spytałam.
— Żądamy? Jakżebyśmy byli tak niegrzeczni! Prosimy tylko, pokornie prosimy!
— Ustawy nasze zabraniają nam za klauzurę wpuszczać osoby, nie mające do tego prawa. Ale oporu stawiać nie możemy. Tu są klucze. Jeśli panowie chcecie, możecie z nich zrobić użytek.
Ci panowie nie robili ceregieli. Za parę minut wielka brama otwarła się z łoskotem. Posłyszałyśmy na dziedzińcu brzęk pałaszów i ostróg. Na zewnątrz żołnierze z bronią stanęli na warcie.
Zebrałyśmy się wszystkie, które mogły chodzić, w refektarzu, czekając. Za chwilę pułkownik zjawił się tam ze świtą.
— Czy panie wszystkie tu jesteście? — spytał, kiwając nam głową na przywitanie.
— Oprócz trzech sióstr, nie mogących zejść dla wieku lub choroby.
— Proszę po nie posłać.
— Panie pułkowniku nie mogą się ruszyć z łóżka.
— Proszę je przynieść z łóżkami, albo poślę moich żołnierzy, żeby je znieśli.
Nie było rady. Zostawiłam pana pułkownika w refektarzu, zapalającego sobie cygaro i poszłam na górę, aby zarządzić sama przeniesienie biednych sióstr. Siostrze Eustachii oszczędzałyśmy dotąd smutnej wiadomości. Bałam się, że ją to zabije. Ku wielkiemu memu ździwieniu, znalazłam ją całkiem spokojną i przygotowaną.
— Niech matka się nie trudzi. Wiem o wszystkiem. Klasztor skasowany. Nas wypędzają. Żołnierze w dziedzińcu. W refektarzu oficerowie.
— Któż matce powiedział? Zakazywałam przecie...
Uśmiechnęła się.
— Proszę tylko do nikogo nie mieć pretensyi i nie podejrzywać niesłusznie. Nikt ust nie otworzył.
— Skądże więc?...
Uśmiechnęła się znowu, tym dziwnym, trochę zagadkowym uśmiechem, jaki miewają czasem postacie Świętych. Twarz jej żółta, zawiędła, przezroczysta, wyglądała zwykle tak, jak wyglądają umarli. Tym razem blask jakiś dziwny bił od niej.
— Czyż to koniecznie od ludzi można dowiedzieć się o wszystkiem?
Mówiła to spokojnie, jakby żartobliwie. Ale serce moje lęk wielki przeniknął. Pan był tutaj, w tej cichej celi, i jego Anioły.
Siostra Eustachia mówiła dalej ze zwykłą swą prostotą i spokojem.
— Ten oficer domaga się, abym zeszła. Prawda? Zejść nie zejdę, ale na krześle to mnie zniosą.
Pomogłam jej ubrać się; potem siostra Domicella z Maryanną, naszą jedyną posługaczką, podniosły w górę krzesełko, na którem staruszka siedziała spokojna, uśmiechnięta, jasna cała.
— Ostrożnie, na miłość Boga — zawołałam.
Skinęła lekko ręką, nie przestając się uśmiechać.
— Nie bój się, mateczko, — rzekła — nie bój się nic. Już niedługo.
Dopiero nazajutrz zrozumiałam te słowa.
Z matką Salezyą przyszło trudniej o wiele. I jej nie mówiono nic dotąd o kasacie klasztoru; teraz wierzyć jej nie chciała, o zejściu na dół nie dała sobie mówić.
— Albo wszystko nieprawda i bajka, — powtarzała uparcie — a wtedy niema po co na dół schodzić, albo ci panowie, jeśli są tu, znajdą do mnie drogę.
Staruszce biednej zaczynało powoli w głowie się kręcić, jak siostrze Agnieszce.
Nie było rady. Trzeba ją było zostawić.
Zastanawiałam się, schodząc, jak wytłómaczyć to pułkownikowi i przeszkodzić możliwym gwałtom i awanturom. Nie doszło do tego jednak. Znalazłam pana pułkownika w zmienionem usposobieniu. Stał zmieszany jakiś i niespokojny. Cygaro rzucił na ziemię, i wciąż patrzył z lękliwem zdumieniem na siostrę Eustachię, którą na środku refektarza postawiono z jej krzesełkiem, zawsze uśmiechniętą i promienną.
Gdym weszła zwrócił się ku mnie, i przez chwilę widocznie słów szukał.
Uspokoiłam go frazesem jakimś. Nie pytał już o resztę sióstr.
Wyjął z zanadrza papier z urzędową pieczęcią i pośpiesznie, myląc się i połykając wyrazy, zaczął czytać dekret rozwiązujący zgromadzenie i nakazujący nam bezzwłocznie klasztor opuścić. W szczególnej swej łasce władze pozwalały nam wybrać jedno z dwojga: albo wyjazd zagranicę, albo internowanie w innym klasztorze, w którym zakonnice różnych domów i reguł zamknięte są do wymarcia, jak w więzieniu, pod rządową, policyjną strażą.
W imieniu sióstr odpowiedziałam, że wybieramy pierwsze, i zapytałam, kiedy mamy klasztor opuścić.
— Jutro przed południem.
— Czy wolno będzie Mszę św. odprawić?
Zawahał się.
— Dobrze — rzekł. Ale jedną i cichą. Inaczej ksiądz będzie odpowiadał — wasz ksiądz. I dziekan także, któremu kazałem tu być jutro. Żadnych śpiewów więc, żadnych świateł, żadnych dzwonów i demonstracyi.
— Ależ bez światła nie można Mszy odprawiać!
— No, to zapalcie dwie świece, nie więcej.
Zastanowił się przez chwilę. Wreszcie zwrócił się do jednego z cywilnych urzędników.
— Sprowadź mi tu pan kapelana, zaraz. Muszę z nim ułożyć wszystko, żeby jakie głupstwo nie zdarzyło się. A panie o jedno proszę: — dodał patrząc na mnie — żadnych demonstracyi, żadnych scen. Bardzo proszę.
Opuściła go całkiem chwilowa nieśmiałość. Oczy błyszczały zimne i twarde jak stal.
— Niech pan pułkownik będzie spokojny, — odrzekłam — my scen nie robimy.
Chciałam jeszcze coś dodać. Przerwał mi głos matki Eustachii.
— Nie bój się, synku, mateczka ma słuszność. My scen nie robimy. Pan Bóg tylko, Pan Bóg, to co innego. On może. My nie. My w jego ręku. W jego ręku życie nasze i śmierć.
Urwała i po chwili dodała ciszej, uśmiechając się wciąż do jakichś nieuchwytnych, unoszących się przed jej duszą obrazów.
— Życie i śmierć... Tak, tak, śmierć, połączenie z Panem Jezusem... szczęście... niebo... Do jutra.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Gnatowski.