Ostatnia msza/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Łada
Tytuł Ostatnia msza
Data wydania 1916
Wydawnictwo Tłocznia „Polaka-Katolika“
Druk Tłocznia „Polaka-Katolika“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


I.

Na Najświętszą Pannę Szkaplerzną, siostra Domicella wezwała mnie do furty.
— Jakiś pan nieznajomy pragnie widzieć się z matką.
— Nie powiedział, skąd jest? Jak się nazywa?
— Nie. Samej matce chce to powiedzieć.
Zrobiło mi się trochę przykro. W tych czasach, takich ciężkich, byle drobnostka niepokoi. Ile razy widziałyśmy, jak z tych drobnostek rosło nieszczęście! Odwiedziny jakiegoś nieznajomego? Może prośba, może i pułapka. Kto wie?
Poprosiłam siostry Serafiny, aby mi towarzyszyła do kraty. Jest najmłodszą z nas, najwięcej ma przytomności umysłu i odwagi; kierujemy się też zazwyczaj zdaniem jej w ważniejszych sprawach.
Choć po niej najmłodszą jestem w naszej klasztornej rodzinie, i dlatego też zrobiono mnie, najniegodniejszą ze wszystkich, przełożoną, po śmierci, nieodżałowanej matki Klary, zostało mi drżenie nóg i wielkie osłabienie od czasu ostatniej rewizyi przed trzema laty. Było to wtedy, kiedy wskutek donosu, że ułatwiamy „uporczywym“ przyjmowanie Sakramentów świętych, chciano klasztor skasować, co Pan Jezus odwrócił. Otóż, szłyśmy, powoli przez wirydarz, w środku klasztoru. Siostra Serafina podtrzymywała mnie.
Wieczór się zbliżał. Po szarych, okopconych murach słońce kładło blaski swe gorące, złociste. W naszym ogródku wszystko zieleniło się i pachniało. Dokoła posągu Matki Bożej róże kwitły gąszczem całym. Pomiędzy bluszczem, oplatającym kolumny krużganku, przelatywały gołębie klasztorne i całe stada wróbli.
Wśród murów grubych, omszonych, cicho było i chłodno. Zdaleka, przez gotycką arkadę świat Boży przeglądał, oko ogarniało dolinę całą, łąki zielone, zboże dojrzewające, strzechy słomiane i sady dwóch wiosek, klasztornych niegdyś. Ludzie kręcili się po polu, daleko, w płótniankach, podobni do białego mrowia. Czasem, na chwilę, wiatr przyniósł echo pieśni wesołej, nawoływanie parobków, śmiechy dziewcząt. I znowu cichło wszystko.
Zatrzymałyśmy się na jedno Zdrowaś przed posągiem Bogarodzicy. Po chwili podniosłyśmy razem głowy, rzucając okiem na wirydarz i pole.
— Czterdzieści lat — szepnęła siostra Serafina bardzo cicho.
— Czterdzieści lat tylko — odparłam z uśmiechem. Siostra jest tu tak krótko! Ja, Bogu dzięki, czterdzieści sześć, a Matka Koleta, wiadomo siostrze przecie, ni mniej ni więcej tylko sześćdziesiąt i osiem.
Uśmiechnęłyśmy się obie.
— Tak; życie całe, długie, w pracy, modlitwie i ciszy. Wielka łaska Boża!
— A tak już źle było z nami, — wtrąciła siostra. Pamięta matka, jakeśmy węzełki już pakowały przed trzema laty i nowennę zaczęły do św. Rafała, patrona wędrowców?
— Bóg się zmiłował!
Stałyśmy w milczeniu przez chwilę. Tyle lat, tyle lat! Wiedziałam, co myśli siostra Serafina. Przed oczyma jej, jak przed mojemi, wirydarz taki pusty i cichy, zaroił się tłumem dziewczątek w szarych sukienkach, uganiających tu o tym czasie, podczas wieczornych rekreacyi. Jakie to były wesołe i poczciwe twarzyczki, jak im dobrze było z nami, a nam ile z niemi Bóg przynosił pociechy i wesela! I naraz... wicher przyszedł północny, zimowy, zmiótł, zniszczył wszystko, wszystko... I konwikt, i ochronka, i szpitalik... Nic nie zostało... Tylko nas kilka starych, opuszczonych, ostatnich.
— Wiele to lat była matka prefektą konwiktu? — szepnęła siostra Serafina, odwracając się odemnie i chowając starannie twarz przy różach, które zaczęła oczyszczać zawzięcie.
— Dwadzieścia lat. Pamięta siostra przecie? Od tego roku, kiedy składałyście ostatnie śluby.
— Prawda. A ja matce pomagałam całych piętnaście lat. Tylko tych parę lat nie, co mnie przeznaczono do infirmeryi. A i wtedy z dziećmi byłam. Mój Boże! Co za życie tu wtedy miałyśmy, ile robiło się dobrego w tych czystych, ślicznych duszyczkach...
— I teraz Pan Jezus nam pozwala pracować dla nich i dla siebie, modlitwą, pokutą.
— Prawda, prawda. Wiem, że grzeszę. żal. A potem strach...
— Bóg mocny.
— Gdybyż choć tu głowę złożyć, byle nie patrzeć jak po nas...
Przerwałam jej. Nie dawałam nigdy rozmowie schodzić na te tory. W klasztorze spokój i pogoda ducha jest najpierwszym z obowiązków po modlitwie, a jakże zachować spokój, myśląc i mówiąc o losie tych murów, od czterystu lat poświęconych chwale Bożej, o skarbie najdroższym, o kościele, którego istnienie związane było z naszem życiem.
Najlepiej było myśli z duszy oddalać, słów nie dopuszczać do ust.
— Nie każmy tak długo czekać naszemu gościowi, moja siostro.
Gość był nieznany, ale mu jakoś dobrze z oczu patrzyło. Zalękniony był widocznie i podrażniony cały. Szpiegowie bywają śmielsi. Gdyśmy weszły do parlatoryum, przedzielonego kratą, wstał, i pokłoniwszy się nam, otworzył drzwi sąsiedniej izby, aby się przekonać, że nikt nie podsłuchuje.
— Czy mam zaszczyt mówić z matką przełożoną? — spytał, wracając.
— Tak jest — odrzekłam.
— Z matką Rozalią, w świecie Joanną Błocką?
— Tak jest, — odparłam — od śmierci ostatniej przełożonej, dwanaście lat sprawuję ten urząd.
— A nikt nas słyszeć nie może?
— Niech pan dobrodziej będzie spokojny zupełnie.
— Bo widzi matka, w takich dziś czasach żyjemy. Nikomu ufać nie można, nigdy być pewnym... A ja z ważnemi sprawami przyjeżdżam. Umyślnie tu przyjeżdżam. Tak, tak, dziesięć mil drogi nałożyłem. A strach!... Ale naprzód przyrzec mi matka musi solennie, że nigdy nikomu nie powie o mnie i moich odwiedzinach.
Przyrzekłam mu najuroczyściej i wcale nawet nie uśmiechałam się z niego. Tyle ludzi widziałam, których zgubiło jedno marne, nieostrożne słowo! Trudnoż było brać za złe trochę ostrożności.
— Czy hrabia Mikołaj C. i ksiądz Ignacy N. w A., siostrom są znani?
— Oczywiście, że tak, Hrabia przecie to był, który nas wpływem swoim uratował przed trzema laty. Do B. jeździł za nami wstawiać się i wygrał. A ksiądz Ignacy? Jakżebyśmy go nie znały! Toż był nasz dobrodziej, opiekun, pośrednik. On nam zjednywał stosunkami poparcie, on wynajdywał jałmużny, któremi żyłyśmy, odkąd zabrano nam wszystko.
— Przysyła mnie tu właśnie ksiądz Ignacy w porozumieniu z hrabią. Mam tu list od niego.
List był treści obojętnej, z wyjątkiem ostatniego frazesu:
„Resztę dopowie ustnie oddawca, któremu proszę zaufać, jak mnie samemu“.
Przeczytawszy, podniosłyśmy oczy na naszego gościa, z milczącem, niespokojnem pytaniem.
Zrozumiał je i schylił głowę z wyrazem bolesnego zakłopotania.
— Tak jest, — zaczął wreszcie — niewesołe wieści przynoszę, a niestety pewne. Przysłano mnie, aby ostrzedz, uprzedzić...
— Boże mój! Klasztor nasz...
— Zniesiony. Tak. Ale rzecz trzymają w sekrecie. Za tydzień zjeżdża komisya.
— A kościół, kościół?
Spuścił głowę jeszcze niżej.
— Zniesiony także — szepnął. Dziekan ma być wezwany przez policyę do zabrania Przenajświętszego sakramentu i aparatów kościelnych.
— I to już ostatecznie, nieodwołalnie, bez ratunku?
Nie odpowiedział, wzrok schylając ku ziemi. Po co było pytać? Gdyby był ratunek, nie przysłanoby go tutaj.
Przez chwilę siedziałyśmy w milczeniu, martwe. Nie jeden raz przeciągały chmury nad naszym domem zakonnym. Czasem, zdawało się, już za chwilę padnie piorun... I mijało jakoś. Bóg łaskaw, ratował. A teraz...
— Za grzechy nasze — szepnęła siostra Serafina.
— Bogu dzięki i chwała za wszystko, — odrzekłam, ale słowa więzły mi w gardle.
— Ksiądz Ignacy przysyła mnie głównie dlatego — rzekł nasz gość — abyście siostry co możecie z kościelnych i klasztornych rzeczy, umieściły zawczasu w bezpiecznem miejscu, a same odrazu wybrały wyjazdy zagranicę, jeśli wybór zostawią.
Mówił jeszcze dalej, dając instrukcye, jak mamy postępować. Aleśmy nie słyszały nic prawie. Co nas to obchodziło, co z nami będzie? Kilka staruszek niedołężnych, rok wcześniej, czy rok później pójdzie na tamten świat, tu czy gdzieindziej, co na tem zależało? Ale nasz kościół, nasze świętości, nasze groby!
Trzeba było jednak serce krzepić, znaleść dobre słowo dla nieznanego gościa, który dla nas trudził się i narażał, ugościć go, o ile na to stać było nasze ubóstwo, a wreszcie podzielić się nieszczęściem wspólnem z siostrami.
Gdyśmy odeszły od furty, dzwonek się odezwał właśnie, wzywający do chóru, po którym następował wieczorny posiłek.
Siostra Serafina uchwyciła mnie za rękę.
— Nie dziś, matko, — szepnęła — nie dziś jeszcze... prawda?
Skinęłam w milczeniu głową. Niechże jeszcze jedna noc spokojnie upłynie pod tym dachem dla biednych, starych siostrzyczek...
Ostatnia!
Do chóru schodziła już tylko połowa sióstr. Było nas dość wiele, i to dawało nadzieję, że klasztoru nie zamkną tak prędko — ale wszystkie były takie stare... I zbiedzone także, i chore. Siostra Eustachia od trzech lat nie ruszała się z łóżka, siostra Salezya i Ignacya nie mogły nigdy prawie z celi wychodzić, siostra Koleta i siostra Józefa żadnych funkcyi nie spełniały dla podeszłego wieku, młodsza od nich o kilka lat siostra Agnieszka zdziecinniała od jakiegoś czasu całkiem. Wciąż bełkotała i śmiała się, lub płakała jak dziecko. Inne siostry zapadały też nieustannie. Tej oczy dolegały, tamtej reumatyzmy, a trzeciej nogi puchły — i tak ciągle. Nic dziwnego. Klasztor był od lat dwudziestu nie odnawiany, wszystkie dachy zaciekały, wilgoć, zimno, bo palić nie było czem, chyba ktoś z obywateli sąsiednich przysłał furę chrustu. Ale i oni sami nieraz potrzebowali pomocy. Przytem doktór, apteka... Poczciwy Krościelski leczył, prawda, za darmo, a Steiner za lekarstwa nie brał, ale wiadomo, w takich warunkach trudno lekarza i lekarstw nadużywać. Więc tylko w koniecznej potrzebie...
Nazajutrz był właśnie dzień Komunii świętej. Po Mszy wezwałam siostry do kapitularza.
Nie schodziłyśmy się tam teraz, bo całe to skrzydło klasztoru najbardziej było uszkodzone. Okna powybijał grad i wicher, mury zieleniły się od pleśni, na mozaikowej posadzce stały całe jeziora od ostatniej ulewy. Rzeźbione stalle przeniesiono w połowie do suchszej części gmachu, aby je od zniszczenia uchronić. Tylko wielki Chrystus na środkowej ścianie, pysznie rzeźbiony przez włoskiego mistrza z czasów Odrodzenia, wisiał nietknięty, czarny od pyłów i pajęczyny, patrząc posępnie na otaczające go zniszczenie.
Biedne siostrzyczki zaniepokoiły się wezwaniem do kapitularza. Zrozumiały, że chodziło o rzecz ważną, a dla nas ważna nowina nie mogła być dobrą.
Śpieszyły też, drepcąc i wlokąc schorzałemi nogami. Siostrę Urszulę, rekonwalescentkę, podtrzymywała siostra Serafina. Nawet siostra Koleta przywlokła się, prowadzona pod ręce.
W stallach zbutwiałych, poczerniałych, wilgotnych, jedenaście nas zajęło miejsca.
Nie kazałam im czekać długo.
— Pan Jezus krzyż swój na nas wkłada. Za tydzień mamy dom ten opuścić.
Nikt głosu nie podniósł, nie westchnął. Oczy pozostały spuszczone, tylko głowy trzęsące się od starości i wzruszenia, pochyliły się trochę niżej. W sercach czytał Bóg.
I za chwilę krótką z jedenastu ust wyszedł, obijając się głuchym szmerem o krzyżowe sklepienie, jeden wyraz:
Deo gratias! (Bogu dzięki.)
W krótkich słowach wtajemniczyłam siostry w treść rozmowy z wysłańcem ks. Ignacego. Wezwałam je do narady. Po godzinie wszystko było już obmyślone i ułożone.
— A teraz pójdźmy do kaplicy, Panu Jezusowi podziękować za ten krzyżyk.
W niezwykłej porze dźwięk hymnu pochwalnego, Te Deum, rozległ się po pustym i cichym kościele. Głosy były bardzo drżące. W tym kościele najmłodsza z nas od lat czterdziestu co dzień Boga chwaliła. Tu był nasz skarb, serce nasze, nasze życie...
A teraz...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Gnatowski.