Ordynat Michorowski/XXVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Ordynat Michorowski
Podtytuł Powieść
Wydanie trzynaste
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa Karola Rzepeckiego Sp. z o. o.
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XXVII.

Pierwszy, niepokalanie biały śnieg spadł obficie na ulice Warszawy. Miasto wyglądało odświętnie a zacisznie. Białe aksamity powlokły dachy, drapowały się pod oknami, zwisały frendzliście z nagich gałęzi drzewnych, słały swe zbrudzone już kobierce na brukach ulic. Mróz był tęgi i rozsiał w powietrzu mnóstwo skrzących pyłów, niby iskierek po roztrzaskanym brylancie. W świetle lamp elektrycznych szkliste tumany mrozu skupiały się gęsto, tworząc powietrzną kopalnię drogocennych igieł.
Raźnie rozdzwoniły się janczary sanek na ulicach. Zgrabne płozy migały tu i tam w szybkim, ślizgim biegu. Dumnie jakoś kłusowały konie, pokryte cennemi siatkami, strojne w pióra i kity.
Wieczorem ruch jakby się wzmagał. Środkiem ulic gnały sanki prywatne i dorożkarskie, wioząc zakapturzone panie do teatru. Sunęły gęsto karety, poprzedzane klasycznym tupotem spasionych koni; wlokły się drobnym truchtem pospolite dryndy z przygarbioną postacią dryndziarza na koźle. Piesza publika spacerowała wolniej, gwarząc wesoło i przypatrując się sankującym. Długie słupy pary przeplatały ciemne postacie osób. Rzęsiste światła lały się hojnie na chodniki z wystaw sklepowych i wielkich lampjonów, odznaczających pewne cukiernie lub większe sklepy. Tu i owdzie mrugały niezliczoną ilością źrenic lampki różnobarwne teatrów złudzeń.
W Alejach Ujazdowskich wśród publiczności rzadszej nieco, szedł Waldemar Michorowski. Przed oczyma jego jaskrawym zygzakiem rysowały się słowa:
„Lucia mię kocha“.
Nie mógł odpędzić z myśli tej pewności, która już występowała zbyt wyraźnie.
Po odmowie, danej księciu Zygfrydowi, Lucia nie strzegła troskliwie swych uczuć. Wieść głucha rozeszła się prędko, pochłaniana i komentowana.
Oczekiwano następstw. Ordynat widział zwrócone na siebie oczy tłumu salonowego, ale co gorsze, czuł wśród nich nieśmiałe, błagające źrenice Luci. Prześladowały go one, wpijały mu się uparcie do duszy, oplątując spojrzeniem niby pajęczą nitką, niby jakimś mrokiem, co zwolna, ale silnie opanowuje we władztwo swe zastygły po zorzach dzień. Czuł, że nie ogarniają go miłosne pęta, że brak im słodyczy, ale że jednak są to — pęta niewolne, jakby obowiązujące, które spadły nań prosto z życia, bez poprzedniej wibracji w duszy. Wsączało się to despotycznie w istotę jego ducha, bez cichej fletni, grającej cudne melodje zachwytów i szalonych upojeń. Zamarłe pieśni przebrzmiałych nokturnów nie ocknęły się; ani jeden dźwięk nie drgnął rzewliwą tęsknotą na omdlałych tonach arf, ongi dzwoniących epopeje. Struny, rozkołysane dawniej w hejnał rozkoszny, nie pordzewiały, lecz zwinęły się szczelnie w zazdrosny krąg, wskroś którego przepływał chłód pustkowia.
Jakieś nowe, niesłychane misterjum upoiste, na uroczych pasmach światłości spłynięte do duszy, mogłoby rozbudzić z odrętwienia te struny czarodziejskie, śpiące w bolesnym letargu. Jeśli nie były zabite huraganem, co zgłuszył ich śpiew? Jeśli w szarpaniu się tragicznem nie zginęły bez ratunku? Jeśli nie uległy wiekuistemu snowi?!
Dotąd w zaniku swym trwały. Pajęcze pęta świadomości uczuć Luci nie były twórczą pobudką: niepokoiły — nie budząc. Zamknięta świętość w duszy ordynata, nie skaziła swej boskości. Dogmat, zawarty w niej, palił się tym samym ogniem ofiarnym na stosie ściętych kwiatów przeszłości. I pachniały lilje przeżywanych uczuć. I dym wonnych kadzideł zjawisk prześnionych nie rozpłynął się w zapomnieniu.
Ekstaza przeszła w wizję nieziemską i pałała jaśnią. Żadna iskra nie struchlała, nie było popiołów. W świątyni jego miłości, szemrał ten sam szept modlitewny drogich ust kapłanki i bielała zawsze w tajemniczych półcieniach ubóstwiona jej postać.
Nawała nowych wrażeń nie potrafiła zwiać tego jedynego obrazu, którego czas wżłabiał tylko głębiej w skrwawione serce.
Więc odczuć egzaltowanej miłości Luci Waldemar nie mógł i nie starał się. Same pragnienie uważałby za świętokradztwo.
Ale miał dla Luci głęboką litość, współczuł jej, jak zranionej siostrze. Chciał ją ratować, lecz widział, że wszelkie usiłowania na nic. Męczyło go to niewymownie. Odgadywał skryte zamiary dziadka i wzburzały go. Gniótł w sobie niechęć, która często z dziką pasją występowała przeciw Luci. Bunt obrażonej duszy, gniew i szyderstwo wypełzało coraz jawniej. Szaloną wolą opanowywał zgrzyt wewnętrzny, ale przeczuwał, że pomimo wysiłków może wybuchnąć brutalnie.
Podniecając się przykrą rozterką duchową, szedł ociężale przez ciche, zaśnieżone ulice Alei Ujazdowskich, schowany prawie w cieniu drzew. Gdzieś w pobliżu Łazienek usiadł zamyślony na ławce. Wspomnienie nagłe uderzyło go złotym i bolesnym biczem.
Zadrżał. W przymkniętych oczach rozsnuł się śnieżny, lecz ciepły wieczór marcowy. Blask latarni migocze wśród drzew tych samych Alei. Jest jakoś dziwnie słodko i dziwnie muzykalnie. Drobne płatki śniegu sypią senne i topnieją na futrzanym kołpaczku siedzącej na wprost niego kobiety. Jadą razem środkiem Alei w odkrytyrm landzie. Obok niej, staruszka, matrona, patrzy na ulicę, a oni oboje utopili chciwy wzrok w swych źrenicach rozmiłowanych i piją, piją bezdenny czar, piją zachwyt własnych serc, piją aż do zawrotu głowy. Powóz niesie lekko, jakby na puchach łabędzich, słychać jedynie rytmiczny stuk kopyt na drewnianym bruku, lecz i to ma swą wyłączną melodję. Jadą, zda się, w nieskończoność. On w swoich dłoniach ma jej ręce, które sam obnażył z rękawiczek i tuli pieściwie. Postać jej widzi w blaskach lamp, taką ukochaną, taką oddaną mu, jedyną.
Kiedy, niekiedy słowo jakieś, ciche a potężne w swem znaczeniu przefrunie z jego ust na jej wargi, one zaś uśmiechają się, jak stokrocie pod dotknięciem słońca i kwitną, pachną — dla niego!
Jadą tak długo, w tej ciszy anielskiej, w tej niezgłębionej rozmowie serc, w tem zapatrzeniu się w siebie. A śnieg sypie, sypie jakby okruchy gwiazd, i topnieje na tej postaci. Więc ona wchłania w siebie gwiazdy? Z tylu promieni drobniusich tworzy się jedna gwiazda, przejasna, aerolit cudowny, złotolita gwieździca: jest nią — ona sama. I promienieje, sieje dokoła oślepiające strumienie blasków. Na niego spada najdrogocenniejszy, niewysłowiony, piękny — i odurza go.
O wspomnienie niebiańskie! O śnie, śnie nigdy nie powrotny!
Ordynat podniósł powieki. Śnieg sypie, sypie, jak w marzeniu, co uleciało w mroźny przestwór. Błyszczą latarnie, jęczą dzwonki rozpędzonych sanek. Wszystko tak jak wtedy, tylko smutek czarny łazi tu bezkarnie, depcze po duszy, naigrawa się z marzeń. Podły twór! Nie zawrze szyderczej paszczęki, nie odwróci ślepi urągliwych. Żyje i mnoży swe plugawe potomstwo i karmi je żałobą ludzką. Wszędzie go tu pełno. Łapy swe ohydne rozciąga od brzegu w brzeg i zieje z pyska nędzą na tych, co tu... wspominać chcą.
Podły twór!
Ordynat wzdrygnął się. Wstał, i zgarbiony, jakby cały ogrom smutku dźwigał na swych barkach, poszedł wolno w stronę miasta. Rękę schowaną w kieszeni futra zacisnął ze strasznym bólem.
— I oni chcą mnie?!... warknęły jego usta równie wściekle, jak żałośnie.
Pogarda drgnęła mu w źrenicach.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.