Ordynat Michorowski/XXVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Ordynat Michorowski
Podtytuł Powieść
Wydanie trzynaste
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa Karola Rzepeckiego Sp. z o. o.
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XXVIII.

Na placu Trzech Krzyży ordynat nagle stanął. W jadących obok strojnych sankach ujrzał Bohdana z bardzo piękną damą. Była to znana primabalerina.
Bodzio w czapeczce fokowej na zgrabnej głowie, pochylony do swej towarzyszki, mówił coś ogniście i z giestykulacją. Oczy mu błyszczały namiętnym płomieniem. Tak był zapatrzony w swoje cudo baletowe, że nie spostrzegł wcale ordynata.
Sanki z chrzęstem, z brzękiem sutych janczarów, z parskaniem pysznych koni, przemknęły pędem, wlokąc po bokach końce bogatej siatki, która obficie spadała z koni aż na śnieg. Zadzwoniły o bruk hacele podków, trysły iskry, zaszumiały pióropusze, i zaprząg pomknął szumnie ku Nowemu Światu.
— Używa stolicy — uśmiechnął się ordynat.
Własna młodość stanęła mu w myśli, tak samo zapalna i bujna.
— Dokąd ją wiezie? — zaniepokoił się.
Skinął na sanki i kazał ostro jechać.
Wychylony lekko z poza pleców doróżkarza, widział w oddali jadącą parę. Świetny kapelusz damy i czapka Bodzia pochylały się ku sobie. Nareszcie stanęli przed domem, gdzie mieścił się znany kabaret. Ordynat kazał zwolnić. Mijał Bodzia, sunąc stępa po świetlistym szlaku, od lamp elektrycznych.
Bodzio z wdziękiem pomógł wysiąść swej damie, i razem weszli do środka gmachu, powitani głębokim ukłonem szwajcara. Sanki nie opłacone, w oczekiwaniu stanęły opodal.
Waldemar usłyszał jeszcze raźny głos stangreta remizowego do stojących doróżkarzy.
— Będę czekał do rana nim się ta oni nacieszą; dadzą się człowiekowi wyspać.
Zaczął się pakować do środka sań, okrywając nogi futrem.
Ordynat pojechał dalej.
Na estradzie w sali rzęsiście oświetlonej śpiewała drastyczne kuplety młoda niemeczka. Obcisła suknia, naszyta świecidłami, okrywała ją prawie od pasa do kolan, przy których burzyły się falbany gazowe. Ruchy i wyraz twarzy miała cyniczne. Zmysłowo błyskała dużemi zębami z poza grubych, ukarminowanych warg. Oczyma uplastyczniała strofki śpiewek bezwstydnych.
Bohdan ze swą towarzyszką usiedli przy stoliku blisko estrady. Podsunęło się do nich dwóch znajomych młodzieńców, sławnych turystów zakulisowych. Bohdan zaprosił ich do kolacji. Rozpoczęła się zabawa.
W jednej z bocznych lóż, ukryty za firanką, Waldemar Michorowski z daleka przyglądał się kuzynowi. Prawie tuż obok loży, na sali, przy stoliku, siedziało dwóch mężczyzn, rozmawiając z sobą dość głośno.
Ordynat widział rozbawioną twarz Bodzia, patrzał na zalotne uśmieszki primabaleriny, ale nie słyszał słów. Od czasu do czasu jakiś dowcip wywoływał tam burzę śmiechu; piękna dama ogniściej błysnęła oczyma lub też robiła skromną, niewinną minkę, a Bodzio zawadjacko zaglądał jej w twarz.
— Patrz pan, jak to getmańskie bydlątko obnażyło się - mówił jeden z panów przy stoliku obok loży.
Wskazał na kłaniającą się szansonistkę.
— Za co jej brawo dają? — rzekł drugi. — Ma głos ciężki, jak jej narodowa kiełbasa z grochem.
— Ale za to kształty jak z ciosanego marmuru: nogi... albo biust...
— Et! jaki tam marmur!... piaskowiec, pobielony wapnem. Wszystko to, panie, rozlazłe, tylko szkielet jak nadreńskiego mamuta. Albo to wykute w ogniu temperamentu? Ot sobie — żaba: to nie węgierska krew!
Na estradę weszło pięć półnagich dziewcząt, rozpoczął się chór i tańce.
— Patrz pan! Wystawa kobieciny.
— Co za „kobieciny?“
— A no: ciała. Tak jak cielęcina, gęsina, tak tu masz pan kobiecinę w podkasanych gazach. Ekspertów nie brakuje. Niech pan spojrzy na Michorowskiego.
Ordynat drgnął.
Panowie patrzyli na Bohdana, który pożerał oczyma pełne ciała szansonistek.
— Uważa pan, jaki łakomy? Jedną sobie zaangażował, i dobry kąsek, a na te się oblizuje. Jak tak długo pofruwa na tych ziółeczkach, to mu skrzydełka opadną.
— Nic mu, panie, nie będzie! Rasa wypróbowana! A ordynat głębowicki: mało używał? Jednak zawsze zuch.
— No, niebardzo. Jakoś się nie żeni.
— To z innych powodów. Zresztą podobno żeni się z jakąś kuzynką. Ten młodzik gotów mu pół fortuny przeputać.
— Ordynat się nim opiekuje, ale widać niezbyt gorliwie, skoro ten tak używa na primabalerinach.
Waldemar za swoją firanką był pod przykrem uczuciem obawy, by go nie dostrzeżono. Zasunął się głębiej.
Na estradzie zmieniały się śpiewy na sprośne tańce, na monologi swobodnych błazeństw. Jakiś murzyn wykrzykiwał głosem zarzynanego koguta, produkując sztuki magiczne.
Sala wypełniła się chmurą dymu. Panował gwar ożywionych rozmów, strzelały śmiechy, dowcipy i szampan. Śpiewaczki i tancerki weszły na salę, zmieszały się z publiką. Jakiś chłopak obnosił w wielkim słoju kwiaty cięte i sprytnie trafiał tam, gdzie najwięcej płacono. Bodzio ogromny pęk róż ładnym ruchem złożył na talerzu swej towarzyszki. Tu i tam odzywały się podniecone alkoholem, gardłowe chrypienia męskie. Zabawa szła.
Waldemar myślał:
— To jednak konieczne. W naturze ludzkiej znajduje się zawsze gruczołek, zawierający zakaźny miazmat rozpusty. Tylko u jednych jest on odległy od ostrego zęba pokusy i trwa w swem zamknięciu. Nie trącony nie pęka i nie zatruwa. U innych jest w bardzo mocnym pęcherzyku, nasyconym przez etykę lub flegmatyczność krwi. Ale jest; rozdarty mniejszą czy większą siłą, wypływa i draźni. Trzeba posiadać olbrzymią twórczą moc, aby bezkarnie wypluć go z jestestwa swego, gdy już rozciąga nad niem władztwo.
Więc zabawa to trucizna? Czy też tylko musowanie duchowej istoty ludzkiej, podjudzone przez żądzę ciała. Woda nagazowana burzy się, lecz z chwila, gdy ostatni balonik gazu uleci, pozostaje zimną i mdłą.
Piana jest igraszką fal. Im większy temperament wewnętrzny kipi i żyje, tem piana wyżej bucha i staje się zaborczą. I ogarnia skały, niedostępne brzegi dla najgłębszych, lecz poważnych nurtów.
To temperament, nie zabawa.
To raczej twórczość.
Wyrywa się z głębin i szalenie unosi w górę atomy, zrodzone duchową potęgą wewnętrzną, by objąć nowe horyzonty lub zatracić swą lotność na nędznych rozpryskach, po gołoledzi niebezpiecznych raf.
To nie zabawa.
Zabawa jest przedsionkiem rozpusty. Kto nie dojrzy zdradziecko rozwartych podwoi, ten jest jak dobre szumiące wino: kto przekroczy próg gościnny, staje się fermentem.
Większość ludzi nie zdoła oprzeć się podszeptom chochlika, który każdemu trafi w zanadrze, a nic łatwiejszego jak popełnić fałszywy krok pod kierunkiem tego malca. Śmiech jego nęci, widok oślepia, i — powrót już trudny.
Więc się brnie.
Dla umysłu zabawa jest niemal konieczną, uspakaja, niby kroplisty szmer fontanny po monotonnym turkocie pracy. I orzeźwia bystrym strumieniem duszy zapylony ił powszedniości.
Brać zabawę i rozkosz życia, pić ją pełnym haustem, jeno trzeba umieć trzymać, by się jej czara nie chybnęła. Rozleje się, albo zgoła pokaże bezecne dno. Trzeba umieć oddzielić od źródłowisk zabawy żyły rozpustonośne, bo one toczą zgniłą materję. Najpierw nacierają na ciało, potem wraz z niem spodlają ducha.
Waldemar ocknął się. Przyciszony głos i słowa przy stoliku zwróciły jego uwagę.
— Oho! krew Michorowskich! Ciska się kogucik. Patrz pan, patrz pan: awantura!
Patrzyli na Bodzia.
— Jakaś sprzeczka. Magnaciątko rzuca się - szepnął gło[s] drugi.
Przy stoliku z primabaleryną wrzało. Bohdan i jeden z obcych młodzieńców zamieniali z sobą jakieś popędliwe słowa. Twarz Bodzia pałała ogniem gniewu i ironji. Strojna dama miała mjnę zmieszaną i chęć do ucieczki. Kilku lokajów podsunęło się bliżej stolika. Z innych miejsc patrzano ciekawie, ale gwar nie ustawał.
Waldemar dojrzał, iż Bodzio rzucił przeciwnikowi kartę. Baletnica zerwała się z miejsca. On zatrzymał ją energicznie i wymienił bardzo uprzejme ukłony z młodzieńcami, którzy opuścili stolik. Zgromił wzrokiem gapiących się kelnerów, że usunęli się prędko przestraszeni, wstał z miną udzielnego księcia i z wielką dystynkcją, puszczając przodem swą damę, wyszedł z sali. Waldemar dostrzegł, że znikli oboje w drzwiach jednego z dalszych gabinetów.
— Nie darował swego! — mruknął głos obok loży.
— Ponieśli tam szampana. Orgja przed pojedynkiem. Zuch! Pewno o nią się poczubili.
— Jak jelenie. Michorowski zaimponował swą kartą, i zwycięzca.
— Awantura, panie, arabsko-kabaretowa. Ale ten młodzik i lufy się nie zlęknie.
Waldemar słyszał te słowa. Przeniknął go niemiły dreszcz.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.