Strona:Helena Mniszek-Ordynat Michorowski.pdf/92

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ale miał dla Luci głęboką litość, współczuł jej, jak zranionej siostrze. Chciał ją ratować, lecz widział, że wszelkie usiłowania na nic. Męczyło go to niewymownie. Odgadywał skryte zamiary dziadka i wzburzały go. Gniótł w sobie niechęć, która często z dziką pasją występowała przeciw Luci. Bunt obrażonej duszy, gniew i szyderstwo wypełzało coraz jawniej. Szaloną wolą opanowywał zgrzyt wewnętrzny, ale przeczuwał, że pomimo wysiłków może wybuchnąć brutalnie.
Podniecając się przykrą rozterką duchową, szedł ociężale przez ciche, zaśnieżone ulice Alei Ujazdowskich, schowany prawie w cieniu drzew. Gdzieś w pobliżu Łazienek usiadł zamyślony na ławce. Wspomnienie nagłe uderzyło go złotym i bolesnym biczem.
Zadrżał. W przymkniętych oczach rozsnuł się śnieżny, lecz ciepły wieczór marcowy. Blask latarni migocze wśród drzew tych samych Alei. Jest jakoś dziwnie słodko i dziwnie muzykalnie. Drobne płatki śniegu sypią senne i topnieją na futrzanym kołpaczku siedzącej nawprost niego kobiety. Jadą razem środkiem Alei w odkrytym landzie. Obok niej, staruszka, matrona, patrzy na ulicę, a oni oboje utopili chciwy wzrok w swych źrenicach rozmiłowanych i piją, piją bezdenny czar, piją zachwyt własnych serc, piją aż do zawrotu głowy. Powóz niesie lekko, jakby na puchach łabędzich, słychać jedynie rytmiczny stuk kopyt na drewnianym bruku, lecz i to ma swą wyłączną melodję. Jadą, zda się, w nieskończoność. On w swoich dłoniach ma jej ręce, które sam obnażył z rękawiczek i tuli pieściwie. Postać jej widzi w blaskach lamp, taką ukochaną, taką oddaną mu, jedyną.
Kiedy, niekiedy słowo jakieś, ciche a potężne w swem znaczeniu przefrunie z jego ust na jej wargi, one zaś uśmiechają się, jak stokrocie pod dotknięciem słońca i kwitną, pachną — dla niego!
Jadą tak długo, w tej ciszy anielskiej, w tej niezgłębionej rozmowie serc, w tem zapatrzeniu się w siebie. A śnieg sypie, sypie jakby okruchy gwiazd, i topnieje na tej postaci. Więc ona wchłania w siebie gwiazdy? Z tylu promieni drobniusich tworzy się jedna gwiazda, przejasna, aerolit cudowny, złotolita gwieździca: jest nią — ona sama. I promienieje, sieje dokoła oślepiające strumienie blasków. Na niego spada najdrogocenniejszy, niewysłowiony, piękny — i odurza go.