Ordynat Michorowski/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Ordynat Michorowski
Podtytuł Powieść
Wydanie trzynaste
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa Karola Rzepeckiego Sp. z o. o.
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
X.

Ordynat poznał po Luci i Brochwiczu, że kwestja rozstrzygnęła się niepomyślnie. Był zdziwiony, ale nie pytał o nic. Uderzył go wyraz oczu Luci, gdy patrzała na niego, jakby zalękniony, czy niepewny. Unikała go wyraźnie.
Po obiedzie usiedli wszyscy na terasie, gdzie podano czarną kawę. Lucia rozlewała w filiżanki. Przed ordynatem Jacenty położył tekę pocztową, pełną listów, świeżo przywiezioną z Głębowicz. Taki był zwyczaj, że gdy ordynat bawił w Słodkowcach, korespondencję odwożono mu natychmiast, choćby miał wracać wieczorem... Ordynat otworzył list pierwszy z brzegu, przeczytał szybko kilkanaście słów, zmarszczył się, potem uśmiechnął i podał list Luci, która niosła mu kawę.
— Przeczytaj! To zabawne.
Dziewczyna spojrzała zdziwiona, wzięła list w drugą rękę, i nie stawiając filiżanki, zaczęła czytać. Nagle zbladła, ręce jej zatrzęsły się. Czarna wstążka rozlanej kawy splamiła jej suknię; filiżanka u jej stóp rozprysła się na cząsteczki. Lucia stała, jak uderzona w skroń, ze spodkiem w jednej i z listem w drugiej ręce. Zmieszana, z ognistą czerwienią na twarzy, nie wiedziała co z sobą począć pod wzrokiem dziadka i Brochwicza.
— Co to za list? — spytał pan Maciej.
— Ach! głupstwo! To z Biało-Czerkas — odrzekł Michorowski z niezadowoleniem.
— Co się stało? na Boga!
— Nic nadzwyczajnego. Fermenty i rozruchy. Na Luci to zawsze robi wrażenie — uśmiechnął się Waldemar łagodząco.
Ale dziewczyna wyszła z pokoju. Zmięty list ze stołu ordynat chował do kieszeni. Gdy Brochwicz poprosił o niego wzrokiem, z przychylnem skinieniem brwi oddał mu go Waldemar i zajął dziadka gazetami.
Brochwicz czytał:
„Jaśnie wielmożny panie ordynacie. U nas chłopy buntują się. Chodzą jakieś ludzie i rozrzucają złe papiery. Mają spalić nasze młyny i wyrżnąć całą administrację. A najgorsze to, że wyjechało podobno kilku łajdaków, żeby zabić jaśnie wielmożnego pana ordynata w ordynacji, bo mówią, że teraz na panów koniec przyszedł, i że wszystkich będą rżnąć.
„Przepraszam jaśnie wielmożnego pana ordynata, że mam śmiałość pisać, ale mi strasznie na sercu leży ten spisek, bo to jest pewne, że pojechali.
„Niech się jaśnie wielmożny pan wystrzega, bo broń Boże nieszczęścia... “
I tak dalej i dalej...
Brochwicz spojrzał na podpis.
„Gałkowski, leśniczy z Biało-Czerkas.“
Gorąco uderzyło na mózg Jerzego. Zmiął list machinalnie, spojrzał na skorupki filiżanki i na plamę czarną na terakocie posadzki. Duszność ogarnęła go tak silnie, że nie mógł pozostać na miejscu. Wstał i bez słowa podszedł do balustrady. Patrzał na dywany kwiatów, malujące się pięknemi wzorami w powodzi słońca, na bogactwo jesiennych barw, rozwielmożnionych wśród parkowych drzew, na brylantowe odpryski fontanny, i wszędzie widział wielką odkrytą prawdę.
Już nie męczył się pytaniem: kto jest ten drugi? Czuł szum w głowie, i brakło mu oddechu.
Lucia powróciła na taras przebrana i z czerwonemi oczyma. Była cicha, poważna, prawie surowa. Gdy na pożegnanie Brochwicz całował jej rękę, szepnęła cichutko:
— Niech mi pan wybaczy i zrozumie.
— Ja już... zrozumiałem — odrzekł Jerzy bezmiernie smutno.
Zwarli się oczyma długo, uważnie. Lucia nie spuściła powiek, tylko róż ją oblał, zapłonęła. Odczuła, że Brochwicz odkrył prawdę.
— Ja pragnę szczęścia pani, ale... dla każdego szczęście inaczej kwitnie — rzekł jeszcze.
— Tak, odszepnęła Lucia. — Niech pan będzie moim bratem.
— Nie, pani; o tem nie marzyłem. Mężczyźnie, który kocha kobietę miłością... wielką, nie można dawać braterstwa zamiast wzajemności.
Lucia teraz spuściła oczy.
Ręce ich rozerwały się, bo oboje nic już do powiedzenia nie mieli.
Gdy panowie wsiadali do powozu, Lucia skinęła na Waldemara. Podszedł do niej z kapeluszem w ręku.
— Waldy... Słuchaj, Waldy! proszę cię w imieniu dziadzia i... w swojem: bądź uważny. Ten list...
Ordynat lekko ogarnął ją ramieniem i dotknął ustami jej jasnych włosów.
— Nie obawiaj się dziecko. To strachy na lachy, później ci to wytłumaczę.
Stali zakryci trochę filarem ganku. Waldemar spytał szeptem:
— Cóż Jurek?...
Lucia drgnęła. Odrzekła niecierpliwie:
— Nic; skończyłam.
— Bez nadziei?
— Bez żadnej! Mówmy o tobie, Waldy. Nie wyjeżdżaj teraz bez strzelca: dobrze?
— Za tydzień jadę do Biało-Czerkas.
— Waldy?.
— Nic mi nie grozi. Do widzenia!
Błękitne oczy Luci zaszły łzami.
— Do widzenia Waldy.
Powóz ruszył, ona zaś stała, oparta o filar z głuchym żalem w piersi, z piekącym bólem w sercu. Po jakimś czasie dłoń jej zacisnęła się stanowczo, zsunęły się groźne brwi, i Lucia rzekła z mocą, pełnym głosem:
— Nie pojedzie tam! nie!
Z podniesioną głową weszła do pałacu.
Ordynat z Brochwiczem jadąc, prawie nie mówili do siebie. Coś padło pomiędzy nich. W Głębowiczach już Brochwicz rzekł.
— Jutro cię pożegnam. Wyjeżdżam.
— Więc obaj myliliśmy się co do Luci — zagadnął Michorowski.
— Ja nie. Przeczułem dobrze. Kocha innego, i... wiem kogo.
Ordynat nie podjął tej kwestji.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.