Strona:Helena Mniszek-Ordynat Michorowski.pdf/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Niech mi pan wybaczy i zrozumie.
— Ja już... zrozumiałem — odrzekł Jerzy bezmiernie smutno.
Zwarli się oczyma długo, uważnie. Lucia nie spuściła powiek, tylko róż ją oblał, zapłonęła. Odczuła, że Brochwicz odkrył prawdę.
— Ja pragnę szczęścia pani, ale... dla każdego szczęście inaczej kwitnie — rzekł jeszcze.
— Tak, odszepnęła Lucia. — Niech pan będzie moim bratem.
— Nie, pani; o tem nie marzyłem. Mężczyźnie, który kocha kobietę miłością... wielką, nie można dawać braterstwa zamiast wzajemności.
Lucia teraz spuściła oczy.
Ręce ich rozerwały się, bo oboje nic już do powiedzenia nie mieli.
Gdy panowie wsiadali do powozu, Lucia skinęła na Waldemara. Podszedł do niej z kapeluszem w ręku.
— Waldy... Słuchaj, Waldy! proszę cię w imieniu dziadzia i... w swojem: bądź uważny. Ten list...
Ordynat lekko ogarnął ją ramieniem i dotknął ustami jej jasnych włosów.
— Nie obawiaj się dziecko. To strachy na lachy, później ci to wytłumaczę.
Stali zakryci trochę filarem ganku. Waldemar spytał szeptem:
— Cóż Jurek?...
Lucia drgnęła. Odrzekła niecierpliwie:
— Nic; skończyłam.
— Bez nadziei?
— Bez żadnej! Mówmy o tobie, Waldy. Nie wyjeżdżaj teraz bez strzelca: dobrze?
— Za tydzień jadę do Biało-Czerkas.
— Waldy?
— Nic mi nie grozi. Do widzenia!
Błękitne oczy Luci zaszły łzami.
— Do widzenia Waldy.
Powóz ruszył, ona zaś stała, oparta o filar z głuchym żalem w piersi, z piekącym bólem w sercu. Po jakimś czasie dłoń jej zacisnęła się stanowczo, zsunęły się groźne brwi, i Lucia rzekła z mocą, pełnym głosem:
— Nie pojedzie tam! nie!