Strona:Helena Mniszek-Ordynat Michorowski.pdf/35

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Zmieszana, z ognistą czerwienią na twarzy, nie wiedziała co z sobą począć pod wzrokiem dziadka i Brochwicza.
— Co to za list? — spytał pan Maciej.
— Ach! głupstwo! To z Biało-Czerkas — odrzekł Michorowski z niezadowoleniem.
— Co się stało? na Boga!
— Nic nadzwyczajnego. Fermenty i rozruchy. Na Luci to zawsze robi wrażenie — uśmiechnął się Waldemar łagodząco.
Ale dziewczyna wyszła z pokoju. Zmięty list ze stołu ordynat chował do kieszeni. Gdy Brochwicz poprosił o niego wzrokiem, z przychylnem skinieniem brwi oddał mu go Waldemar i zajął dziadka gazetami.
Brochwicz czytał:
„Jaśnie wielmożny panie ordynacie. U nas chłopy buntują się. Chodzą jakieś ludzie i rozrzucają złe papiery. Mają spalić nasze młyny i wyrżnąć całą administrację. A najgorsze to, że wyjechało podobno kilku łajdaków, żeby zabić jaśnie wielmożnego pana ordynata w ordynacji, bo mówią, że teraz na panów koniec przyszedł, i że wszystkich będą rżnąć.
„Przepraszam jaśnie wielmożnego pana ordynata, że mam śmiałość pisać, ale mi strasznie na sercu leży ten spisek, bo to jest pewne, że pojechali.
„Niech się jaśnie wielmożny pan wystrzega, bo broń Boże nieszczęścia... “
I tak dalej i dalej...
Brochwicz spojrzał na podpis.
„Gałkowski, leśniczy z Biało-Czerkas.“
Gorąco uderzyło na mózg Jerzego. Zmiął list machinalnie, spojrzał na skorupki filiżanki i na plamę czarną na terakocie posadzki. Duszność ogarnęła go tak silnie, że nie mógł pozostać na miejscu. Wstał i bez słowa podszedł do balustrady. Patrzał na dywany kwiatów, malujące się pięknemi wzorami w powodzi słońca, na bogactwo jesiennych barw, rozwielmożnionych wśród parkowych drzew, na brylantowe odpryski fontanny, i wszędzie widział wielką odkrytą prawdę.
Już nie męczył się pytaniem: kto jest ten drugi? Czuł szum w głowie, i brakło mu oddechu.
Lucia powróciła na taras przebrana i z czerwonemi oczyma. Była cicha, poważna, prawie surowa. Gdy na pożegnanie Brochwicz całował jej rękę, szepnęła cichutko: