Ordynat Michorowski/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Ordynat Michorowski
Podtytuł Powieść
Wydanie trzynaste
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa Karola Rzepeckiego Sp. z o. o.
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
IV.

Żywioł przycichał. Już tylko gdzieniegdzie wystrzelał słup jaskrawych płomieni. Otchłań ognista rozlała się nizko przy ziemi kończąc piekielne dzieło.
Dogorywała gorzelnia, zabudowania jej i młyny parowe. Zdołano zaledwo w części uratować mieszkania robotników.
Sikawki parowe i ręczne działały bez przerwy; straże z Głębowicz, Słodkowic i Romnów, a także straż z Obronnego nie ustawały w pracy. Ale żar i mnóstwo rozpalonych głowni utrudniały ratunek. Pogorzelisko otaczał obóz ludzki; naród napływał gromadnie z okolicznych folwarków i wsi. Jedni biegali ratować, inni wyrzekali głośno.
Szloch poszkodowanych napełnił powietrze. Rozległy się przekleństwa i ciężkie westchnienia zachrypłych piersi. Głosy nad niepojętą dla tych ludzi dobrocią ordynata, rozbrzmiewały donośnie. On ich nie słyszał. Stał oddalony od pożaru — w otoczenia kilku powozów z okolicy i konnych mężczyzn. Rozmawiał z hrabstwem Trestka, również na koniach. Był nawet wesół, tylko z lekką chmurą na czole.
Na wschodzie niebo zaczęło różowieć — inaczej niż łuna, jaśniej, weselej. Słońce, blade, wznosiło się w górę, przysłonięte dymami pożogi. Mętny dzień rozświetlał zmęczone twarze zielonym blaskiem.
Przerażenie zastygło w rysach ludzi, kopeć osiadły na skórze i ten trupi refleks marcowego dnia w samem zaraniu, nadawał zgnębionym gromadom wygląd niebożczyków.
Hrabia Trestka mówił do ordynata:
— Straszny objaw ten pożar! Jeśli łotry zdołały podburzyć do tego stopnia pańskich ludzi, to, dalibóg! koniec świata. Cóż mówić o mnie?... Chyba zemknę za granicę.
— No, w tej okolicy nieprędko się taka rzecz powtórzy — rzekł w zamyśleniu ordynat.
— Ajej! To samo mówiliśmy po dewastacji w Szalach. Czemu nie? — fala płynie. Pana oni kochają, a jednak... No, i moją Ritę kochają w Ożarowie; może przez nią i mnie oszczędzą.
— Nie licz na to — odrzekła hrabina.
— Ale wie pan, co mi się zdaje?... — mówił Trestka. Gorzelnia padła ofiarą głównie dlatego, że spirytus denaturowany. Inaczej łajdaki rozbiliby tylko kufy, aby się spić.
Ordynat machnął ręką.
— To na jedno wychodzi.
— Wcale nie: bo-by się pochorowali przynajmniej: a zresztą spitych powiązało by się jak baranów i do policji. O szelmy! Do czego to teraz dochodzi? Sapristi! Jabym wiedział jak z nimi postąpić.
Hrabina Rita rzuciła na męża niechętne spojrzenie, gorycz ugryzła ją w serce boleśnie.
Ona odczuła co myślał w tej chwili ordynat. Wzrok jego błądził po rumowisku dymiących węgli, jakby szukając, nie kary, lecz pomocy dla ciemnych nizin ludzkich, które siłą konieczności wywołanej nędzą, sybarytyzmem możnych, idą na oślep za tymi co ukazują im raj poza gruzami. Żądza, jeśli nie równości, to chociaż sprawiedliwości materjalnej, pędzi tych domniemanych wodzów do czynów krwawych i otumanienia tłumu.
Ordynat wzdrygnął się. Inna myśl napłynęła mu do mózgu.
— Jednak świetną była groza wybuchu! Ale cóż za widok! — mówił Michorowski.
Pani Rita patrzała na niego zdumiona.
— Podziwiam pana. W takich warunkach mógł pan zachwycać się widokiem?...
— No, jeszcze wtedy nie strzelano do mnie.
— Ależ sama groza... Okropność!
— Cóż pan zrobi z tym ptaszkiem, skoro wyzdrowieje? — zapytał Trestka.
— Ha! pójdzie w świat. Może się poprawi...
W tej chwili przygalopował gorzelany. Stanął przed ordynatem z wahaniem mnąc kapelusz w ręku.
— Co tam nowego?
— Robotnicy chcą przeprosić pana ordynata — rzekł nieśmiało. — Wszyscy co do jednego są zawstydzeni i upokorzeni. Mówią, że ich obałamucono.
— Bardzo wierzę — rzekł ordynat — gdyż inaczej nie gubiliby samych siebie.
Gorzelany spojrzał bystro i spuścił oczy.
— Czy mogą przeprosić?... — zapytał.
— Powiedz im pan: niech się najpierw wyśpią! ja ich sam zawołam.
Gorzelany skłonił si, i odjechał.
— Jeśli istnieje państwo archanielskie to napewno u pana — zawołał hrabia Trestka. — Tym łajdakom udało się, że na pana trafili. Gdzieindziej poszliby wszyscy w dyby; nie mówiąc o agitatorze, który dawno witałby się z Abrahamem.
— Źle mówisz, drogi — przerwała hrabina. — Wątpię, czy gdzieindziej za taki strzał lud pragnąłby krwi agitatora. Pragnienie zemsty nad nim to dowód oślepienia tych mas, lecz i miłości dla ordynata.
— Jednak ferment musiał się dawno szerzyć?...
— O tak! z początku nie słuchano podjudzań różnych wędrowców, zbito nawet paru; potem ogólny prąd pociągnął ku sobie. Dużo dopełniły broszury tajemnie rozdawane.
Ordynat umilkł, gdyż wiele osób z okolicy żegnało się z nim, odjeżdżając.
— Was zabieram do zamku — rzekł do hrabiostwa Trestków.
Dzień już był zupełny, gdy ordynat z swym orszakiem opuszczał pogorzelisko. Rozpalone ruiny buchały jeszcze ogniem... Strażaków ordynat kazał zastąpić innymi ludźmi. Rozdzierano zgliszcza bosakami; kobiety zalewały pojedyńcze ogniska wodą, dźwiganą niemal z pasją. Całą złość i żal tłum wywierał teraz na ogniu. Pastwiono się nad nim, obrzucano błotem, rwano w kawały. Nastąpiła istna orgja zawziętości. Kobiety śród przekleństw ciskały się na płomienie, jak hyeny. Obraz przedstawiał okrutne zniszczenie rozpasanego żywiołu i zwierzęcą zemstę ludu.
Ordynat miał na ustach ironiczny uśmiech.
— Nazywają moich ludzi kulturalnymi, a ot, patrzcie — rzekł do Trestków.
— Barbarzyńcy! Nie trzyma ich się kultura — odpowiedział hrabia. — Daremny trud. Najlepiej machnąć ręką.
— Nie: stale kulturę dawać, aż ich przetrawi — odrzekł Michorowski.
Pani Rita utkwiła w nim oczy, pełne uwielbienia.
Jechano w milczeniu po chrupkim śniegu, poplamionym czarnemi głowniami i kupami sadzy. Nagle hrabia zawołał:
— Jest! Idzie banda!
Ordynat, widząc zbliżających się robotników, skrzywił usta z niesmakiem.
— Czego oni odemnie chcą?...
W oczach odbiła mu się nuda. Był zmęczony.
Z jękiem, szlochem i chrzęstem kolan na śniegu, robotnicza gromada otoczyła Apolla. Klękano, całowano nogi ordynata; kobiety łamały ręce. Wrzaskliwa ruchoma ciżba błagała litości.
— Daruj, jasny panie! My ogłupieli!... Nas zdurzyli... Ale my wierni. Nie wypędzajcie, jasny panie... Nie szlijcie do turmy.. Służyli będziem darmo — gdzie jasny ordynat każe.
— Miłosierdzia, panoczku! litości! Darmo służyć będziem — zawodziły kobiety.
Ordynat znudzonym ruchem poruszył głową.
— Nie chcę waszej krzywdy, ale... nie lubię buntów.
— Miłosierdzia, panoczku! Nie wyganiaj nas... ratuj!
Skomlenia kobiet i błagające oczy mężczyzn, utkwione w ordynata, rozdraźniły go. Cisnący się tłum, czarny, osmolony sadzą, buchał spalenizną i surowym zapachem potu. Michorowski stracił cierpliwość, nerwy odmawiały mu posłuszeństwa. Rzekł jeszcze spokojnie:
— Ja was nie wypędzam, ale teraz idźcie spać i mnie dajcie odpocząć.
Ruszył koniem naprzód.
Zdumieni jego spokojem i niespodziewaną obietnicą, ludzie stali w milczeniu. Gdy ocknąwszy się, posyłali za nim błogosławieństwa, ordynat był już daleko.
W zamku jednak nie położył się spać. Siedział w swym gabinecie, na fotelu, z głową opartą na ręku. Oczy zanurzył w wiszącym naprzeciw portrecie zmarłej narzeczonej — i tak pozostał długie godziny.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.