Strona:Helena Mniszek-Ordynat Michorowski.pdf/12

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Was zabieram do zamku — rzekł do hrabiostwa Trestków.
Dzień już był zupełny, gdy ordynat z swym orszakiem opuszczał pogorzelisko. Rozpalone ruiny buchały jeszcze ogniem... Strażaków ordynat kazał zastąpić innymi ludźmi. Rozdzierano zgliszcza bosakami; kobiety zalewały pojedyńcze ogniska wodą, dźwiganą niemal z pasją. Całą złość i żal tłum wywierał teraz na ogniu. Pastwiono się nad nim, obrzucano błotem, rwano w kawały. Nastąpiła istna orgja zawziętości. Kobiety śród przekleństw ciskały się na płomienie, jak hyeny. Obraz przedstawiał okrutne zniszczenie rozpasanego żywiołu i zwierzęcą zemstę ludu.
Ordynat miał na ustach ironiczny uśmiech.
— Nazywają moich ludzi kulturalnymi, a ot, patrzcie — rzekł do Trestków.
— Barbarzyńcy! Nie trzyma ich się kultura — odpowiedział hrabia. — Daremny trud. Najlepiej machnąć ręką.
— Nie: stale kulturę dawać, aż ich przetrawi — odrzekł Michorowski.
Pani Rita utkwiła w nim oczy, pełne uwielbienia.
Jechano w milczeniu po chrupkim śniegu, poplamionym czarnemi głowniami i kupami sadzy. Nagle hrabia zawołał:
— Jest! Idzie banda!
Ordynat, widząc zbliżających się robotników, skrzywił usta z niesmakiem.
— Czego oni odemnie chcą?...
W oczach odbiła mu się nuda. Był zmęczony.
Z jękiem, szlochem i chrzęstem kolan na śniegu, robotnicza gromada otoczyła Apolla. Klękano, całowano nogi ordynata; kobiety łamały ręce. Wrzaskliwa ruchoma ciżba błagała litości.
— Daruj, jasny panie! My ogłupieli!... Nas zdurzyli... Ale my wierni. Nie wypędzajcie, jasny panie... Nie szlijcie do turmy.. Służyli będziem darmo — gdzie jasny ordynat każe.
— Miłosierdzia, panoczku! litości! Darmo służyć będziem — zawodziły kobiety.
Ordynat znudzonym ruchem poruszył głową.
— Nie chcę waszej krzywdy, ale... nie lubię buntów.
— Miłosierdzia, panoczku! Nie wyganiaj nas... ratuj!
Skomlenia kobiet i błagające oczy mężczyzn, utkwione w ordynata, rozdraźniły go. Cisnący się tłum, czarny, osmolony sadzą, buchał spalenizną i surowym zapachem potu. Michorowski stracił