Ordynat Michorowski/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Ordynat Michorowski
Podtytuł Powieść
Wydanie trzynaste
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa Karola Rzepeckiego Sp. z o. o.
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
V.

W staroświeckim gabinecie w Słodkowcach cicho rozmawiało dwóch panów.
— Więc załatwiłeś się z nimi polubownie? To dobrze; ale czy się nie rozzuchwalą? pytał stary pan Maciej Michorowski.
— Zagroziłem wydaleniem w razie ponowienia buntu — odrzekł ordynat. Doszedłem całej sprawy: poprostu byli otumanieni. Zresztą nie oni podpalili. Główny błąd administracji, że pozwol[iła] na burzenie umysłów. Ostatecznie, mnie się nie stała wiel[ka] krzywda... ale robotnicy poszkodowani bardzo. Pomimo en[er]gicznego ratunku, cały dobytek poszedł z dymem.
— A ty ich pewno wspomożesz? — rzekł staruszek z uśm[ie]chem.
No, skoro nie rozpędziłem na cztery wiatry, to tembardz[iej] nie dam im zginąć z głodu. Młyny będę odbudowywał, więc robo[ty] dla nich jest na całe lato.
— I gorzelnię postawisz.
— Wątpię.
Ordynat zaczął chodzić wzdłuż gabinetu. Pan Maciej z[a]myślił się.
Po chwili spytał znowu:
— Podwyższyłeś im płacę?
— O nie! Tego bym nie zrobił pod presją. Zresztą wyn[a]grodzenie mają bardzo dobre, i sami o tem wiedzą. Prócz kilk[u] narwańców, ogół nawet tego nie wymagał.
— A pamiętasz — w Szalach?...
Ordynat zatrzymał się.
— Tak, ale Ćwilecki nie wypłacał swym ludziom inaczej, niż po dziesięciu terminach, i to po wielkich prośbach. Wogóle wszystkie warunki u niego były okropne.
Moim ludziom wytłumaczyłem bezzasadność ich postępku. Zrozumieli, są skruszeni i znowu służą mi z ufnością. Zawziętość natomiast przeciw agitatorom jest taka, że obawiam się rozlewu krwi w razie pojawienia się nowych.
— O, nowi nieprędko się pojawią!
Znowu umilkli. Waldemar chodził po gabinecie, pan Maciej patrzał w okno na szare drzewa parku i gromady trzepoczących się wróbli.
Głowa starca była zupełnie biała, białe wąsy i brwi, twarz pomarszczona, bolesna, plecy zgarbione. Przedstawiał ruinę człowieka. Tylko w oczach gorzała jeszcze dusza żywa, myśląca, chwilami tragiczna. Pomiędzy brwiami ból zastygł i wrył się w ciało głęboką brózdą. Po tym człowieku życie przeszło ciężkiem kołem, zostawiając po sobie wybitne ślady walk i nieszczęść. Lecz najwięcej białego włosa na głowę a bolesnych brózd na czoło rzucił ponury dramat, który zgnębił jego wnuka. Zgon narzeczonej Waldemara stał się dla starca najostrzejszym kamieniem z życiowego młyna.
Teraz miał nowe zmartwienie i obawy o wnuczkę. Ocknął się z zamyślenia i rzekł:
— Otrzymałem list od Luci. Są z matką w Nicei, ale Lucia chce wracać do Belgji. Pisze, że woli klasztor niż to życie, jakie jej urządza Idalka. Zresztą sam zobacz.
Podał ordynatowi duży arkusz zapisanego papieru, Waldemar przeczytał. Twarz skrzywiła mu się ironicznie. — Zawołał:
— Ciotka zawsze była warjatką! Przepraszam dziadzia.
— Ach! nie krępuj się, Waldy. Wiem, jaką jest Idalka. Te dwie kobiety razem przebywać nie mogą, chociaż są najbliżej w świecie spokrewnione.
— Ciotka chyba chce się wydać za mąż. To jedynie motywuje te wieczne bale, maskarady i otaczanie się cudzoziemskimi adonisami.
— No, może myśli o Luci.
— Skoro jednak Lucia nie chce, nie widzę racji gwałtem ją prowadzić do ołtarza.
— Cóż zatem robić?... Tak zostawić nie można. Lucia jest rozstrojona.
— Niech dziadzio napisze do ciotki; może na święta przyjadą?
Staruszek smutnie zwiesił głowę?
— Idalka nie przyjedzie: zanadto ją absorbuje zagranica. Zresztą boi się rozruchów.
Waldemar wzruszył ramionami.
Do pokoju wszedł cicho służący. Stanął przy drzwiach i chrząknął znacząco.
Pan Maciej drgnął niespokojnie. Ordynat spytał!
— Cóż tam znowu?
— Nowa bieda, jaśnie panie.
— No?...
— W Szalach znowu strajk. Ograbiony pałac...
— Jaki pałac?! Czyś zwarjował?! Przecie pałac ograbiony dawniej.
— A to pewnie pawilon. Kasjer zabity, i hrabstwo uciekli.
— Kto ci to mówił?
— Precz idzie słuch, jaśnie panie. Jechał stamtąd gajowy i mówił to samo.
— Czy on jest?
— Nie, pojechał.
— Niech natychmiast strzelec Jur konno jedzie do Szal, zobaczy i dowie się dokładniej. Prędko!
Służący wybiegł. Ordynat spojrzał na bladą twarz pana Macieja i rzekł spokojnie:
— Proszę się, dziadziu, nie przejmować... To jeszcze nic pewnego. Trochę w to wątpię: byłoby za prędko jedno po drugiem.
Pan Maciej gorączkowo potrząsnął ramieniem. Oczy starca gorzały, na policzkach wystąpiły wypieki.
— Waldy, ja się boję o ciebie! Słyszysz?! — Truchleję o ciebie... Takie czasy!
Ordynat siadł, wziął rękę dziadka, tulił do siebie. W twarzy miał wzruszenie. Przenmówił łagodnie, jak do dziecka:
— Cicho, cicho, spokoju. No niech się dziadzio nie obawia.. no niema czego! Nic mi się nie stanie.
— Ale dziś nie pojedziesz?
— Zaczekam na wieści z Szal.
Zmrok zapadł. Szara godzina rozesłała swą makatę, owijając nią wszystko dokoła. Na dworze padał drobny, gęsty śnieg, pomieszany z deszczem. Wicher ciskał go na szyby okien i wył przeciągle. Z parku dochodziło skrzypienie starych drzew, jękliwe, jakby ktoś głośno żebrał. Pan Maciej i ordynat siedzieli w fotelach zamyśleni. Starzec przeżuwał szczękami i mełł w ustach słowa modlitwy. Suche, sztywniejące palce przesuwały paciorki różańca. Ordynat zimny wzrok skierował na okno i siedział jak posąg. Tylko poruszające się często brwi i nozdrza świadczyły, że poza tą chłodną powierzchnią kipią, ścierają się uczucia i myśli.
Obaj usłyszeli jednocześnie cichy szmer przy drzwiach. Od progu posunęła się do nich żywym ruchem smukła postać, cała w czerni. Poprzedzał ją lekki szum jedwabiu i wątły zapach wrzosu.
— Lucia! — zawołał Waldemar, gwałtownie powstając z miejsca.
Odezwało się łkanie.
Ordynat zerwał gazowy welon, przemoczony od deszczu. W szarzyźnie pokoju zabłysła szczupła twarzyczka Luci Elzonowskiej, w burzy popielatych włosów. Dziewczyna z płaczem zarzuciła ręce na szyję Waldemara.
— Jestem z wami!... Jestem! Nareszcie!...
Waldemar uścisnął ją i oddał w ramiona zdumionego dziadka.
Pan Maciej nie pytał o nic. Głaskał wnuczkę po twarzy, po rozwianych włosach, patrzał jej w oczy, jakby chcąc się przekonać, że jest ta sama. Nie widział jej dawno i nie mógł się nią nacieszyć.
Dziewczyna z objęć dziadka rzucała się w ramiona Waldemara, wypowiadając krótkie, urywane zdania, przeplatane płaczem i śmiechem.
— Gdzież zostawiłaś mamę? — spytał pan Maciej.
Lucia spochmurniała.
— Ja, dziadziu, uciekłam. Z mamą pogniewałam się. Mama jest w Monte Carlo.
— I nie bałaś się sama jechać?...
— Cóż mi się mogło stać? Jestem dorosłą. Ale wrażenia straszne. Już od granicy począwszy... Warszawa...
Nagle rzuciła się do Waldemara, i chwytając go za ręce, zawołała z lękiem:
— Ale tu... tu!... Te strzały... W Romnach!... Waldy!.. jak to było?... To straszne!
— Któż ci już naopowiadał? Ciekawym!
— Żydek z Rudowej, który mię przywiózł.
Pan Maciej oburzył się.
— Jakto?! Przyjechałaś wynajętym powozem?
—Taką sobie nędzną dryndulką, dziadziu — zaśmiała się Lucia. — Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie te wieści. Boże! i dziadzo tu sam!... Okropność!
Pan Maciej przygarnął ją do siebie z czułością.
— Widzisz, że nie sam: Waldy nademną czuwa i Ksawery...
— Ach! pana Ksawerego nie powitałam! Gdzież on jest?... Przyjął mię tylko Jacenty i nie poznał. Musiałam się wylegitymować.
Przytuliła się serdecznie do ramienia staruszka. Szepnęła z uczuciem:
— Teraz, dziadziu, ja się tobą zaopiekuję. Nie odstąpię cię nigdy. Będziemy razem przebywali złe i dobre wypadki.
— A nie boisz się dziecko? Tu rozruchy zaledwie się zaczynają... mogą się wzmocnić.
— Nie, dziadziu.... Ale tu jesteśmy u siebie w ojczyźnie. Nie godzi się nam jej opuszczać w takiej chwili i... bawić się u obcych.
Pan Maciej odsunął wnuczkę od siebie, popatrzał na nią badawczo.
— Jak ty się zmieniłaś, Luciu!
Ona zapłonęła.
— Spoważniałam, dziadziu, nabrałam rozumu; teraz inaczej myślę.
Waldemar pocałował ją w rękę. W oczach miał iskry zadowolenia.
— Jesteś dzielną dziewczyną, Luciu! — rzekł z uznaniem.
Krwisty rumieniec zabarwił jej policzki.
— Zawdzięczam to tobie, Waldy, i... Stefci — dokończyła szeptem.
W tem za drzwiami rozległ się hałas i prędkie kroki. Do pokoju wpadł blady Jacenty, za nim strzelec Jur i młodszy pokojowiec. Wszyscy, spiorunowani wzrokiem ordynata, stanęli w miejscu i zaczęli cofać się w tył. Ale pan Maciej krzyknął:
— Co się stało?!
Milczeli, lękając się odezwać.
Ordynat podszedł do nich.
— Albo zachowywać się spokojnie, albo już mówić! Co się stało?...
— W Szalach ograbiona kasa! kasjer zabity; hrabstwo uciekli. W Ożarowie strajk; palą budynki hrabiego... bunt! — wyrecytował jednym tchem przerażony Jur.
— Jezus, Marja! — jęknął pan Maciej.
Ordynat wypchnął za drzwi służących i sam za nimi wyszedł.
— Uderzyć w dzwon pożarny. Niech straż rusza. Jeden pojedzie do Głębowicz po tamtą i romeńską. Tu Jur — ani kroku z pałacu; być na rozkazy pana. Dla mnie siodłać konia. Żywo!
Wydał polecenie i sam wszedł do gabinetu.
— Pożegnam was. Jadę do Ożarowa. Proszę być spokojnym, dziadziu!...
Z za okna rozległ się przytłumiony głos dzwonu. Bił wolno, rytmicznie, lecz tak przejmująco, jakby w każdym dźwięku zamykał tysiące ludzkich jęczeń.
Waldemar podniósł rękę do czoła.
— Ha! burza idzie! — rzekł do siebie i wyszedł z gabinetu.
W kilka minut cwałował na czele straży ogniowej, wyprzedzając dowódcę.
Od strony Ożarowa świeciła rozległa łuna.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.