Nowe prądy/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Nowe prądy
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa. Tom XXIV
Nowele, opowiadania, fragmenty. Tom III
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Indeks stron
V.

ANASTAZY USIŁUJE ZBLIŻYĆ SIĘ DO SWEJ CZELADKI
I ZAPEWNIĆ IM UDZIAŁ W ZYSKACH PRZEWAŻNIE MORALNYCH.

Autorowie, dla których miłość, uwieńczona małżeństwem, stanowi początek i koniec wszelkiej mądrości, lubią niezmiernie zapraszać czytelników na ślub młodej pary, opowiadać, jak wyglądał on i jak ona, co mówili, co myśleli, w jaki sposób weszli do nowego rodzinnego gniazdka i co było potem. Dyskretniejszy od nich, nie będę wdawał się w publikowanie tajemnic małżeńskich, lecz powiem krótko, że państwo młodzi po weselu wprowadzili się na nowe mieszkanie, położone nad postępowemi warsztatami, i porobili niezbędne przygotowania do podjęcia u siebie kilkudziesięciu braci rzemieślników.
Nadszedł nareszcie ów dzień na wieki pamiętny w historji kunsztu szewckiego.
Uroczystość zainaugurował pan Anastazy mówką, którą tu przytoczymy w streszczeniu:
„Drodzy koledzy!
„Szczęśliwym nazwać się mogę, stając dziś jako naczelnik przedsiębiorstwa w gronie tych, z którymi niegdyś dzieliłem trudy, pracę w charakterze robotnika...“
— Chyba się niebardzo spracował! — szepnął ktoś w tłumie.
„Obecne usiłowania moje skierowane będą do tego, aby podnieść wasz poziom moralny i umysłowy, obznajmić was z postępami cywilizowanego świata...“
— Wolałby lepiej płacić — odezwano się.
„Starać się też będę o poprawienie materjalnych warunków waszego bytu...“
— Oj! to! to! — krzyknęło wielu.
„Na początek, ponieważ środki moje są ograniczone, postanowiłem grzebać darmo każdego z was, gdy umrze...“
(Cisza...)
„Chcę także otworzyć kasę wkładowo-zaliczkową i w tym celu zapytuję: czy niema między wami takich, którzyby chcieli odłożyć w tej chwili jakąś drobną sumkę na oszczędności?...“
(Nastało milczenie tak wielkie, jak przed pierwszym dniem stworzenia świata.)
„Więc jeżeli nie dziś, to może później zechce z was który odkładać?...“
(Głęboka cisza.)
„Umyśliłem też otworzyć szereg wykładów teoretycznych w niedziele i święta i proszę tych, którzy należeć do nich pragną, aby wystąpili naprzód...“
(Na te słowa zgromadzeni gwałtownie cofają się wtył, okazując w sposób niedwuznaczny, że tymczasem żaden z nich nie pragnie należeć do wykładów teoretycznych.)
Anastazy trochę zmieszał się, kończył więc szybko.
„Nareszcie postanowiłem każdemu z was, oprócz zwykłego zarobku, wypłacać w końcu roku tantjemy z zysku ogólnego i mam nadzieję, że jeżeli interesy dobrze pójdą, na każdego z was przypadnie tym sposobem po kilkanaście a może i kilkadziesiąt rubli...“
Nie dano mu dokończyć. Tłum, jak jeden mąż, schwycił Anastazego na ręce i podniósł wgórę. Hałasowali przytem tak, że aż przechodzący reporter jednego z pism codziennych stanął na ulicy i zapytał innego przechodnia:
— Co to być może?
— Musi się dom walić — odparł zapytany.
Reporter, słysząc krzyk i rumor, nie sprawdzał już faktu naocznie, co zresztą było połączone z pewnemi niedogodnościami, ale wskoczył w dorożkę — i przybywszy do redakcji, napisał długi artykuł o zawaleniu się sufitu w pewnym domu. Ale to już do rzeczy nie należy.
Zkolei Anastazy zaprosił kolegów na górę, gdzie oczekiwała ich wiotka Łucja. Koński pobiegł naprzód, a za nim goście, potykający się o dywan na schodach, tupiący i wogóle bardzo ożywieni.
— Jest to najszczęśliwszy dzień w mojem życiu! — szepnął reformator do swej tkliwej małżonki.
— I w mojem też! — odparła tkliwa małżonka wielkiemu reformatorowi.
— Cele nasze spełnione... — mówił Anastazy. — Ci dzielni ludzie staną się nasieniem lepszej przyszłości.
— A ty jej twórcą! — dodała piękna Łucja z brylantową łzą w oku.
Tymczasem nasiona przyszłości powoli zapełniały przedpokój, nie śmiejąc czy nie chcąc wejść do salonu. Tylko najodważniejsi przez otwarte drzwi wytykali głowy, lecz wnet potem cofali je, jak kot łapy z gorącego popiołu.
Anastazy i Łucja, aby czeladce swej okazać idealną stronę małżeńskiego pożycia, utworzyli na środku sali bardzo malowniczą grupę. On spracowanem ramieniem objął jej wiotką kibić, a ona delikatną dłoń oparła na jego męskim karku. W taki sposób ustawieni, z bijącemi sercami, oczekiwali gości. Goście chrząkali, wycierali nogi o słomiankę, potrącali się wzajemnie, lecz nie wchodzili.
— Proszę was, koledzy — zawołał Anastazy.
— No idźże pan, panie Kociołek! — mówiono w przedpokoju.
— Nie on!... Dzięglewicz starszy i sam był majstrem.
Tłum zwiększył się i tak napełnił przedpokój, że drzwi trzeszczeć zaczęły.
— Wejdźcież, koledzy! — wołał zaniepokojony Koński.
— Gdzie Dzięglewicz?... Dzięglewicz!... — szemrano.
— Jestem! — odezwał się głos z sieni i w tej chwili tłum, popchnięty ztyłu przez Dzięglewicza, z trzaskiem i łoskotem wpadł do salonu jak fala.
Łucja, zobaczywszy mężczyzn w czerwonych i zielonych krawatach, w butach palonych, w paletotach koloru musztardowego, lub surdutach, które niedość przystawały do figur ich właścicieli — zmieszała się; strach ją przejął na myśl: co się stanie z salonem i meblami?
Dzięglewicz wystąpił na środek: wykonał pewną liczbę ruchów, świadczących, że chce wypowiedzieć mówkę. Gospodarze i goście ucichli.
— Panowie koledzy!... czeladzie!... i ty, panie pryncypał i twoja małżonko!...
Dzięglewicz miał potężną łysinę, którą osłaniał zapomocą kilku kosmyków mocno upomadowanych włosów. Ponieważ zaś sądził ciągle, że mu spadają, odsłaniając wciąż przed światem jego przykre kalectwo, gładził je więc co kilka minut — pociągając ręką po zatłuszczonej głowie od tyłu ku przodowi.
— Za przeproszeniem państwa, ja, jako najstarszy w tej gromadzie i przytem jako zbankretowany majster po spaleniu się, upraszam o łaskawe posłuchanie — mówił Dzięglewicz. — Ty, panie pryncypał i twoja małżonko, żeście się pobrali, to jeszcze nic, bo to lada kto potrafi, nie wymieniając głupiego Kostusia, który onegdaj ożenił się, choć nie ma ani mieszkania, ani łóżka.
— Oooo!... — zdziwił się skompromitowany Kostuś.
— Cicho! cicho! — uspokoili go inni.
Dzięglewicz przeciągnął ręką po głowie i mówił:
— Ale toście mądrze zrobili, żeście nas, ubożuchną czeladkę swoją, zaprosili na ten oto obrządek fabryki otworzenia, że nie gardzicie nami...
— Prawda! prawda!... — zawołała gromada.
— Kapuściński nie pchaj się! boś nie w stajni!... I to dobrze robicie, ty panie pryncypał i twoja małżonka, iże dbacie o czeladkę swoją, sztafirując głowami, aby nam było lepiej na świecie.
— Prawda!... prawda!... To psiakość gada jak na prelekcji.
— Zato my też będziemy dbali o wasze jak o swoje, żeby wam ubytku nie przyczynić w towarze...
— Oj będziemy!... będziemy!...
— A Pan Bóg miłosierny zeszłe wam fortunę i błogosławieństwo, na starość lekkie skonanie, a po śmierci duszne zbawienie.
Dzięglewicz skończył, potarł znowu ręką zatłuszczoną głowę, pokręcił wąsa, a potem zbliżywszy się do nadobnej Łucji, ucałował jej paluszki. Kilkudziesięciu pozostałych kolegów zrobiło to samo, przyczem piękna małżonka reformatora, nie znając nazwisk swych gości, klasyfikowała ich wedle pomady, jakiej który używał.
Pomada różana — całuje Łucję w rękę jak należy.
Gęsi szmalec — w rękaw.
Ditto — ściska jej palce tak, że ledwie nie krzyknęła.
Fiksatuar — całuje w lewą rękę.
Pomada topolowa — ociera z pośpiechem jej wielkim palcem swoje wąsy — i tak dalej.
Idealna Łucja w pierwszej chwili po wejściu czeladzi doświadczyła bardzo niemiłych wrażeń, byli to bowiem ludzie prości, niezgrabni i cudacznie ubrani. Przypatrzywszy się im jednak bliżej, nabrała jakoś serca. Każdy z nich bowiem starał się służyć jej, o ile umiał. Na fotelu ani na kanapie żaden nie usiadł, talerza na stole nie oparł, bojąc się uszkodzić mebli. Wszyscy rozmawiali pocichu jak w kościele i okazywali zarówno Anastazemu jak i Łucji tysiączne oznaki przychylności. Najdziwniejsze jednak było to, że pili bardzo umiarkowanie.
W jednym kącie usłyszała Łucja następującą rozmowę:
— Oj ty, plucho jakiś!... przecie jeżeli plujesz na taką śliczną podłogę, to miej choć zwyczaj nogą zatrzeć.
— Widzisz go, jaki mądry!... W takim domu nie pluje się na podłogę!...
— Tylko gdzie?
— Ma się wiedzieć, że albo w piec, albo w doniczki...
Łucja aż pobladła. Spostrzegł to mąż i zapytał:
— Cóż, nie podobają ci się?
— Owszem — odparła. — Są to ludzie bardzo uczciwi, ale strasznie ordynaryjni.
— Poczekajże, przedstawię ci inteligentnego młodzieńca. Ukończył cztery klasy i wogóle dużo nad sobą pracuje. — I po chwili przyprowadził jej franta w modnym surducie, który nawet do jedzenia nie zdejmował rękawiczek.
Po zaznajomieniu się, usiedli obok siebie na krzesłach i Łucja zapytała:
— Pan podobno dużo czyta?
— O tak, pani — odparł frant — po całych dniach, po całych nocach...
— Cóż głównie?
— Rozmaicie — ale głównie to filozofów.
Łucja zdziwiła się i zapytała nieśmiało:
— Któregoż pan ceni najwięcej?
— Kilku... kilku!... Jednego tego, co to... ech! bodajże cię... A drugiego tego... jakoś zapomniałem nazwiska. Ja tak zawsze zapominam, jak tylko się spocę...
— Do jakiejże narodowości należą ci filozofowie?
Frant począł wykręcać się.
— To trudno wiedzieć, proszę pani!... Tacy wielcy ludzie, jak filozofowie, do wszystkich narodów należą...
Łucja szybko pożegnała go. Zdawało jej się, że każdy z obecnych tu nieinteligentnych czeladników wart był więcej, aniżeli młody blagier, który studjował filozofję.
Zjadłszy, co im dano, czeladnicy poczęli po raz drugi całować rączki interesującej Łucji, a następnie jak weszli tak i wyszli hurmem wpośród głębokich ukłonów. Tylko w najciemniejszym kącie przedpokoju został jeden z nich, nazwany nieparlamentarnie przez Dzięglewicza — głupim Kostusiem.
Anastazy zbliżył się do niego i zapytał, czem mu może służyć.
— Proszę pana majstra — rzekł biedak, obracając czapkę w ręku — przecie pan majster obiecał nam w końcu roku dodawać po kilkanaście rubli?
— Tak jest, mój bracie — odparł trochę zdziwiony Anastazy. — Więc cóż z tego?
— To możeby mi pan majster z tego dał dziś choć ze trzy ruble, bo mi bardzo potrzeba. Już ja tam i reszty wyrzeknę się, abym dostał teraz trochę. Zawsze pan majster duży procent zyska, a ja będę miał wygodę!
Istotnie dać komuś trzy ruble na początku roku za kilkanaście — płatnych w końcu, był to wcale dobry interes, Anastazemu jednak zrobiło się bardzo markotno. Dał mu pieniądze z tem przecie wyjaśnieniem, że nie jest to obiecana tantjema, ale tylko przyjacielska pożyczka.
Z tem wszystkiem Kostusiowi nie mogło się pomieścić w głowie, dlaczego pan majster nie przyjął tak korzystnego układu. Miałżeby stracić wiarę w możność wypłacenia swoim robotnikom tantjemy w końcu roku? Lecz w takim razie pocóż ją obiecywał?



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.