Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 03.djvu/159

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jestem! — odezwał się głos z sieni i w tej chwili tłum, popchnięty ztyłu przez Dzięglewicza, z trzaskiem i łoskotem wpadł do salonu jak fala.
Łucja, zobaczywszy mężczyzn w czerwonych i zielonych krawatach, w butach palonych, w paletotach koloru musztardowego, lub surdutach, które niedość przystawały do figur ich właścicieli — zmieszała się; strach ją przejął na myśl: co się stanie z salonem i meblami?
Dzięglewicz wystąpił na środek: wykonał pewną liczbę ruchów, świadczących, że chce wypowiedzieć mówkę. Gospodarze i goście ucichli.
— Panowie koledzy!... czeladzie!... i ty, panie pryncypał i twoja małżonko!...
Dzięglewicz miał potężną łysinę, którą osłaniał zapomocą kilku kosmyków mocno upomadowanych włosów. Ponieważ zaś sądził ciągle, że mu spadają, odsłaniając wciąż przed światem jego przykre kalectwo, gładził je więc co kilka minut — pociągając ręką po zatłuszczonej głowie od tyłu ku przodowi.
— Za przeproszeniem państwa, ja, jako najstarszy w tej gromadzie i przytem jako zbankretowany majster po spaleniu się, upraszam o łaskawe posłuchanie — mówił Dzięglewicz. — Ty, panie pryncypał i twoja małżonko, żeście się pobrali, to jeszcze nic, bo to lada kto potrafi, nie wymieniając głupiego Kostusia, który onegdaj ożenił się, choć nie ma ani mieszkania, ani łóżka.
— Oooo!... — zdziwił się skompromitowany Kostuś.
— Cicho! cicho! — uspokoili go inni.
Dzięglewicz przeciągnął ręką po głowie i mówił:
— Ale toście mądrze zrobili, żeście nas, ubożuchną czeladkę swoją, zaprosili na ten oto obrządek fabryki otworzenia, że nie gardzicie nami...
— Prawda! prawda!... — zawołała gromada.
— Kapuściński nie pchaj się! boś nie w stajni!... I to dobrze robicie, ty panie pryncypał i twoja małżonka, iże dbacie