Noc majowa (Kraszewski, 1884)/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Noc majowa
Wydawca Księgarnia Teodora Paprockiego i S-ki
Data wydania 1884
Druk Emil Skiwski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Noc była majowa, ale nie ów ideał majowéj nocy, opiewanéj przez poetów.
Noc smutna, pospolita, prozaiczna tego miesiąca, który przy całym swym wdzięku i blaskach jest może jednym z najkapryśniejszych w roku. Umie on być jak lipiec skwarnym, jak listopad zimnym, jak marzec śnieżnym i szronami smagającym, smutnym jak jesień i jak lato wesołym. Ma wszystkie dziwactwa wieku, do którego bywa porównywanym.
Noc była majowa, ale chłodna; po krótkiéj burzy deszcz spokojny padał, jakby zaspany i znużony.
Drzewa stały świeżemi już liśćmi okryte, odświeżone, wonne, nieporuszane najmniejszym wiatru powiewem.
Na niebie nie było księżyca, ani gwiazd, powłoka szara, jednostajna okrywała je oponą ciężką i grubą.
Słowik z obowiązku nucił w krzaku tę pieśń stróża u kolebki, która jest śpiewem ojca i piastuna nie kochanka, choć dla nas miłosnemi brzmi dźwiękami.
Lecz i pieśń nie rozlegała się tak wesoło jak zwykle: odzywały się w niéj tęsknoty, troski, trwogi życia i bóle jego.
Wśród krajobrazu, którego szczegóły noc kradła, na równinie gajami poprzecinanéj, stał dwór szlachecki, jak zwykle, między dziedzińcem a ogrodem. O téj godzinie późnéj dwór już był na wpół uśpiony.
Z téj strony, z któréj go otaczało podwórze, oficyny i budowy gospodarskie — panowała cisza — wszystko zdawało się w śnie głębokim pogrążone.
Psy podwórzowe, pozwijane w kłębki, leżały w ganku i przy drzwiach sieni. W napół otwartém wnijściu do kuchni, spóźniona para — parobczak w siermiężce na jednę rękę wdzianéj i dziewczyna z fartuchem do ust podniesionym — szeptali coś jeszcze do siebie.
Niekiedy na starych olchach nagle zaklekotał rozgniewany bocian; słychać było jak trzepotał skrzydłami, gniewając się na wróble, które w jego pańskiém gnieździe swoje małe przytuliska pomieściły bez pozwolenia.
Z drugiéj strony dworu odwieczne drzewa, krzaki gęste bzu, jaśminu, akacyi, podsuwały się prawie pod okna same. Gałęzie ich zwieszały się ku ścianom, tak że z ganku, okrytego bluszczem i winem dzikiém, wprost pod niemi przejść było można w główną ulicę lipową, ogród na wpół przecinającą.
Czuć tu było poszanowanie tego co od wieków miało czas się rozrosnąć, wybujać i jakby jednym dachem zielonym okryć wijące się dołem ścieżki, starannie piaskiem wysypane.
Z téj strony także znaczna część dworu ciemną była tak jak ta, która w podwórze wychodziła. Ze trzech tylko okien otwartych, światło bladą smugą wysuwało się na ogród, gdzieniegdzie posrebrzając liście drzew i zawieszone na nich deszczu kropelki.
Okna te wszystkie jeden duży pokój oświecały. Na stoliku przy ścianie paliła się lampa, przy któréj blasku dostrzedz było można dwa łóżka małżeńskie, usłane i przygotowane do spoczynku.
Z drugiéj strony za parawanikiem stało małe łóżeczko dziecinne.
Na jednéj ze ścian zawieszony portret mężczyzny w młodym wieku, z wyrazem smutnym i zadumanym na twarzy; promień od lampy, padający nań, oświecał go dziwnie i drgając nadawał mu jakieś życie, którego może nie miał we dnie.
Był to wizerunek człowieka, który wiele cierpiał lub wiele cierpieć był przeznaczony. Trudno było odgadnąć — przeczucie losu jego, czy ból doznany takim go czynił chmurnym i znękanym.
Znaczna część portretu przysłonięta była krepą czarną, dawniéj zawieszoną starannie, teraz rozdartą, spyloną i na samém obliczu rozdartą.
Z ogrodu wszystkie te szczegóły przez okna pootwierane dla wpuszczenia wieczornego chłodu, wyraźnie rozeznać można było. Płomień lampy świeżém powietrzem, wchodzącém z zewnątrz, poruszany, migotał, a po smutnéj twarzy portretu przechodziły jakby cienie i światła wrażeń pogrobowych.
Sypialnia nie była wytworna, ale, jak zwykle w zamożnym szlacheckim domu, urządzona starannie i z myślą aby w niéj miło żyć można.
W głowach obu łóżek widzieć się dawały połyskujące w mroku, stare poświęcane, na blachach złoconych obrazki, krzyże, gromnice i wianki — te memento mori, bez których dawniéj nikt nie usypiał pod szlachecką strzechą.
Na jednéj z kanapek, przy ścianach umieszczonych, leżała rzucona niedbale, świeżo zdjęta suknia kobieca, chustka i drobne stroju przybory; na drugiéj, lat może dziesięciu dziewczę z główką okrytą włoskami jasnemi, potarganemi dzienną zabawą, usnęło nierozebrane, zmęczone, sparte na jednéj rączce; — z drugiéj, spuszczonéj na podłogę, upadł był pasek od sukienki odpięty.
Sen niespodzianie pochwycił dziecinę i zamknął powieki, choć usteczka jeszcze się do niedokończonéj zabawy uśmiechały.
Trochę opodal od uśpionéj siedziały dwie osoby zajęte cichą, na chwilę przerwaną rozmową.
Mężczyzna, wcale niepodobny do zawieszonego na ścianie portretu, dosyć zażywny, rumiany, z rysami twarzy pospolitemi, głowę miał krągłą z nizkiém czołem, oczy małe szare, usta trochę oddęte, na których górnéj wardze zuchowaty wąsik się kręcił.
Twarz nie zdradzała wielkiéj intelligencyi.
Była to natura pospolita, zdrowa, spokojna, nie sięgająca myślami daleko i nie tęskniąca za niczém niepoścignioném. Podobnych jéj spotyka się pomiędzy hreczkosiejami, a choć się one niczém uderzającém nie odznaczają, są przecież typem tego plemienia rycerskiego niegdyś, na roli siedzącego trochę bezczynnie.
Szlachcic to był z krwi i kości, za młodu zapewne hoży i świeży chłopak — teraz jeszcze mężczyzna przystojny, ale jak medal trochę starty, nie pociągający już oczu.
Strój jego, który opowiadał że był u siebie w domu, charakterystycznie był wiejskim. Składał się z szaraczkowego lekkiego ubrania, butów długich, a że szeroka pierś prędzéj się ochłodzić potrzebowała niż ogrzać — nie widać było na niéj kamizelki. Kurtka leżała na nim pomięta, rozpięta szeroko, a przez rozwartą nieco koszulę, pierś włosami okryta przeglądała.
W tłustéj, jakby nabrzmiałéj, z krótkiemi palcami ręce, trzymał zagasłe cygaro, a z rysów znużonych wyczytać się dawała chęć do snu, którą potwierdzało lekkie ziewanie, usilnie tłumione.
Ręka z cygarem, wywieszona za poręcz krzesełka niedbale — niekiedy machinalnie, bezmyślnie je cisnęła i okręcała.
Obok, na wygodniejszém krzesełku, siedziała kobieta młoda jeszcze, jeszcze piękna, ale twarzy przekwitłéj i uwiędłéj przedwcześnie. W rysach jéj dostrzedz było można jakby coś pokrewnego, coś zbliżającego je do portretu zawieszonego na ścianie.
Obu wyraz, pełen boleści, był jeden.
Oblicze to niewieście było niegdyś cudownie ukształtowane ręką natury, tworzące krótkotrwałe arcydzieła. Dziś jeszcze nos, usta, czoło, nadewszystko kunsztowna oprawa ślicznych czarnych dużych oczu, pełnych wyrazu, a wpadłych głęboko i jakby łzami zmęczonych — stanowiły całość pełną harmonii, typ bolejącéj i zbolałéj, choć, skrzepłéj już cierpieniem istoty.
Na ustach jéj uśmiech nawet, który wywołało spojrzenie na uśpioną dziecinę, miał w sobie coś niewymownie tęsknego, męczeńskiego prawie.
Włosy ciemne, okalające owal nieco przedłużony, policzki trochę wpadłe i blade — rozrzucone były w nieładzie, nadając ogółowi fizyognomii coś rozpaczliwie niemal zaniedbanego.
Była to twarz kobiety, która się wszelkiéj wyrzekła zalotności, a od świata nic już się nie zdawała żądać.
Wieczorne ubranie, spięte na piersiach niedbale, okrywało kibić piękną, wysmukłą, ale bez żadnego starania narzuconym szlafroczkiem osłoniętą. Jedną ręką podpierała głowę jakby ciążącą, drugą trzymała zwieszoną tak prawie jak dziewczę uśpione. Kształty dwóch tych rąk zupełnie podobne do siebie, łatwo się domyśleć dawały matki i córki.
W małżeństwie tém trudno było dopatrzeć węzła, coby je mógł łączyć z sobą. Kobieta stała na wysokościach, których mąż nigdy nie mógł dosięgnąć ani myślą, ni uczuciem. Były to dwie natury nierówne, wagi nie jednéj, do zrozumienia się niestworzone.
Pewna tylko dobroduszność w mężczyznie i znużenie w kobiecie tłumaczyły związek ich z sobą.
Takie było wnętrze sypialni, w chwili gdy dostrzeżony sen dziecka przerwał rozmowę małżonków.
Mąż patrzał znudzony w okno, na którego czarném tle kropelki deszczu spadającego błyskały, jak przelatujące brylanty, i nikły w mrokach. Ona oczy miała wlepione w dziecię, z taką macierzyńską czułością, z takiém rozrzewnieniem miłości, iż się łez prawie w nich było można domyślać.
Słowik tymczasem w bzach wyśpiewywał, a cichy szmer deszczu wiosennego towarzyszył mu, grając na szerokich liściach blizkich kasztanów.
U drzwi ogromny wyżeł pstrokaty, wychudły, stary, spoczywał na podesłanym dywaniku; musiał on być ulubieńcem państwa, gdy tu nawet wolno mu było im towarzyszyć.
Westchnienia psa i mruczenie przez sen, nie tyle uwagę pana zwracały co saméj gospodyni, która z wielką troskliwością spoglądała na inwalida.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.