Noc majowa (Kraszewski, 1884)/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Noc majowa
Wydawca Księgarnia Teodora Paprockiego i S-ki
Data wydania 1884
Druk Emil Skiwski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

∗             ∗

Noc była ciemna bardzo, lecz ktoby był mógł przeniknąć jéj głębie, za ogrodem dwór otaczającym, dostrzegłby jakąś postać podejrzaną, która się do oparkanienia zwolna, ostrożnie, ale z widoczną znajomością miejscowości zbliżała.
Tuż za ogrodzeniem, przechodziła droga szeroka, gościniec drzewami pochylonemi wysadzany... Brzozy jego i wierzby, powykrzywiane wichrami, wśród nocy, wyglądały jak fantastyczny jakiś orszak tanecznic śmierci, rozpierzchłych szeroko i w czarną dal, żałobnym lecących korowodem.
Z gościńca tego domyślać się było można, iż wędrownik zwrócić się musiał pod parkan oddzielający ogród od pola zasianego, na którém już bujnie podrastała pszenica.
Wśród mroków nocy, człowiek ten podkradający się tak ostrożnie i nieśmiało, — wzrostu słusznego, zbudowany silnie — najpodobniejszym był do pospolitego złodzieja.
Oglądał się dokoła, szedł to krokiem przyśpieszonym, to wolnym — stawał, oglądał się, przysłuchiwał.
Zdala od wsi słychać było przerywane psów naszczekiwanie... Niektóre z nich wyły i milkły nagle, jakby się same zlękły swego głosu.
Przychodzeń zdawał się liczyć kroki, szukać czegoś, w końcu ręką natrafił na furtkę, która z téj strony prowadziła w pole.
Musiał wiedzieć o niéj i znać ją zdawna, bo ruchem śmiałym i pewnym ujął jéj klamkę, pocisnął — ale wnijście było z wnętrza zaryglowane.
Raz i drugi wstrząsnął nią mocno, a że się furtka opierała, rozgorączkowany i zniecierpliwiony, oburącz chwycił drzwiczki, które skrzypiąc i trzeszcząc — uległy.
Obejrzał się niespokojnie, czekając chwilę i nastawiając ucha, lecz hałasu tego nikt nie zdawał się słyszeć, wbiegł więc pospiesznie w ogród zarosły i ciemny, zamykając za sobą wyłamaną furtkę...
Tu takie mroki panowały, pod szerokiemi drzew gęsto skupionych konarami, że człowiek nieznający miejscowości, byłby się w nich łatwo obłąkał.
Przychodzeń stanął chwilę, twarz zwróciwszy w stronę dworu — ale nie żeby szukał i badał kierunek w którym się miał puścić; zdawał się słabnąć raczéj — bo oparł się o pień staréj lipy.
Nie trwało to jednak długo.
Podniósł głowę, oczy rozwarły się szeroko i jakby władzą przenikania ciemności obdarzone, poczęły rozglądać się na wszystkie strony.
I żywo rzucił się naprzód, zwyciężywszy chwilowe wahanie, rozsuwając przed sobą pozwieszane gałęzie, a za każdym ich szelestem, wstrzymując się onieśmielony — i po chwili znowu przyspieszając kroku.
Chciał co prędzéj wydobyć się z gęstwiny i zdradzić obawiał, nogi pod nim dygotały, ręce z siłą konwulsyjną kruszyły co napotkały na drodze.
Ścieżkami umiejętnie wybieranemi, które go w najkrótszym czasie mogły doprowadzić do dworu — szedł to zbyt żywo, to krokiem ociężałym i powolnym.
Uczucie jakieś pędziło go, prowadziło — nagliło, rozum i obawa wstrzymywały.
Z poza gałęzi drzew gęsto splecionych, przedarł się nareszcie promyk światła od okien sypialni. Schyliwszy się mógł już dostrzedz na jaśniejszém tle niebios, czarno występujący dwór cały i okna, w których drżał blady blask lampy...
Stanął.
Słowik śpiewał tęskno a niespokojnie, deszcz kropił spadając na liście, kogut zapiał gdzieś w dali i na głos ten, powołujący do czuwania, odpowiedziały inne na wsi i folwarku.
We dworze cicho było — dokoła żadnéj żywéj duszy.
Po wilgotnéj ziemi mógł przychodzeń stąpać nie będąc słyszanym. Zwrócił się w prawo ku oknom oświeconym, które za każdym krokiem, daléj mu we wnętrze sięgnąć dozwalały.
Wzrok jego wytężył się ku nim, uwiązł w nich z potęgą, która zdawała się dosyć silną, by mury przebiła. Z miejsca jednak na którém stał nie wiele więcéj widać było, nad zamglony obraz objęty ramami okien i drgające w nich firanki.
I znowu sił mu nie stało, pochwycił się za piersi jakby go suknia dusiła — głowę dźwignął, odetchnął ciężko. Padający na przychodnia słaby odblask od okien, dawał teraz widzieć lepiéj tę postać zagadkową.
Był to mężczyzna lat średnich, opalony nie słońcem ale wichrami i pracą, wybladły — z twarzą wymizerniałą, na któréj sterczały kości obleczone skórą stwardniałą.
Twarz miała jakieś dalekie podobieństwo rysów z wizerunkiem zawieszonym w sypialni, lecz tamto było dziecię dostatków, pieszczone, a to nędzarz wygłodniały i człowiek jakby należący do gminu.
Rysy też miały wyraz więcéj męzki, energiczniejszy i rozpaczliwszy razem. Oczy jego nadzwyczajném błyskały światłem, sypały się z nich iskry, strzelały płomienie, usta drżały, marszczyły się policzki, czoło fałdowało.
Strój miał na sobie z prostego sukna, krojem któryby przystał ubogiemu oficyaliście lub zaściankowemu szlachetce.
Pod zwierzchnią suknią widać było na sznurkach prostych zwieszoną torebkę; kij gruby trzymał pod pachą, bo rąk obu potrzebował dla torowania sobie drogi między gałęźmi.
Na głowie pomięta czapka, nasunięta na czoło, z pod któréj wymykały się przerzedziałe włosy — nie miała barwy, ni kształtu.
Zbliżyć się ku dworowi nie śmiał jeszcze — a ciągnęło go ku niemu. Pochylał się rozgarniając krzaków gałęzie, stawając i cofając... Poruszony krzew jeden spłoszył śpiewającego słowika który furknął z niego i siadł znowu na straży gniazda i rodziny.
W prawo mała ścieżka, wśród różnobarwnych rabatów kwiecistych prowadziła do okien samych pod ścianą dworu.
Na palcach począł nią podsuwać się ku oknom włóczęga.
Z za gęstego krzaku bzu, który właśnie rozkwitał i cały był okryty wonnemi gronami, mógł już stanąwszy sięgnąć wzrokiem w głąb sypialni, a nawet usłyszeć śród nocnéj ciszy wyraźnie się rozchodzącą małżonków rozmowę...
Spojrzał i jak skamieniały stanął z załamanemi rękami.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.