Niewierny Tomasz

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Karol Baliński
Tytuł Niewierny Tomasz
Wydawca W. Dyniewicz
Publishing Company
Data wydania 1911/1912
Miejsce wyd. Chicago Ill.
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Niewierny
Tomasz
Jak przymierzył, to uwierzył.


Powiastka osnuta na prawdziwem zdarzeniu.
Karol Baliński - Niewierny Tomasz page005.jpg
Chicago Ill.
Drukiem i nakładem W. Dyniewicz Publishing Company
1911.



Niewierny Tomasz
Karol Baliński - Niewierny Tomasz page003.jpg



Karol Baliński - Niewierny Tomasz page007.jpg


Tomasz, rolnik, z dziada, pradziada, kmieć z kmiecia, utrzymywał, że na świecie niema żadnej innej roboty, tylko jedynie gospodarka rolna. Wszystkie inne prace i zajęcia wyśmiewał. Niczem był dla niego rzemieślnik, urzędnik i inni. — „To sami próżniacy“ — mówił. Szczególnie z kobiecej roboty drwił ciągle, chociaż Kunda, żona jego, zaręczała, że babska robota koło domu jest ciągłą nigdy nieskończona. Tomasz jednak obstawał ostro przy swojem zdaniu, że chcąc raz koniec położyć sprzeczkom, dnia pewnego rzekł po niejakim namyśle do żony:
— Wiesz co Kundo? aby cię przekonać, że ja mówię dokumentnie, a ty pleciesz banialuki — i że chłopska robota w polu, to jest dopiero robota, co się zowie, a kobieca w domu, czyste bzdurstwo, to jutro tak będzie; ty pojedziesz za mnie orać do południa pole pod lasem, a ja zostanę w domu i za ciebie twoją robotę będę orabiał.
— Za mnie, w domu? — powie Kunda, — albo ty dałbyś sobie radę?
— Głupstwo! — burknie Tomasz — zaraz ci powiem, jak będzie. Ot tak, krótko: ugotuję obiad, zjem, tobie zostawię, posprzątam, izbę zamiotę i będę sobie leżał z Maciusiem pod stodołą na trawie, zanim ty po zoraniu na południe wrócisz.
Przystała Kunda na takie postanowienie męża. Nazajutrz raniutenko o wschodzie słońca, odmówiwszy pacierz, wzięła dzbanek mleka oraz kawał razowego chleba na śniadanie i z pługiem zaprzężonym wołami udała się pod las orać swą ziemię. Tomasz śmiejąc się z baby, został w domu i stosownie do danej obietnicy zaczął się krzątać. Najprzód przyniósł wody, zamiótł izbę i wystawił prosiętom w szaflu jedzenie, jeszcze poprzedniego dnia wieczorem przez Kundę przygotowane. Ale zamiatając, robił okrutny hałas; stukał przytem drzwiami, o które wciąż się zaczepiał, to wyrzucając śmiecie, to wychodząc z szaflem. Prosięta znowu zajadając na podwórzu, gryzły się i kwiczały przeraźliwie.
To też wkrótce obudził się synek, Maciuś, leżący w kolebce. Tomasz zaczął kołysać i śpiewał mu: lu — lu — lu — lu, spij mój synulu. Ale, że dziecko było głodne, zaczęło coraz głośniej krzyczeć.
Tomasz domyślił się wreszcie, że je trzeba nakarmić. Poszedł więc do obory, wydoił krowę, która przy tem kopnęła go kilka razy, wlał część mleka do małego garnuszka, a resztę udoju wyniósł do lamusa. Czerstwą kukiełkę, którą znalazł w szafie, do garnuszka wdrobił i przyrządził dla dziecka papkę jak mu się zdawało, należytą. Wziąwszy więc Maciusia na kolana, zaczął karmić.
Maciuś zrazu chętnie ową papkę zjadał, lecz że bułka była czerstwa, wszystko mleko w nią wsiąkło; dziecko się zatknęło i dostało czkawki. Tomasz sam w końcu zauważył że papka jest za gęsta i że wypadałoby dolać mleka. Lecz cóż, kiedy mleko było już w lamusie i trzeba było daleko chodzić. Tomasz, chcąc prędzej z tem karmieniem dziecka się załatwić, dodał do papki wody z konewki blisko stojącej.
Rozrzedzony pokarm łatwiej Maciuś przełykał. Więc znowu przyszła Tomaszowi myśl, że gdyby dziecko odrazu nakarmić, to by spało, i nie przeszkadzałoby mu w robocie. A koniecznie chciał na swojem postawić, i wszystko na czas mieć w domu zrobione. Wpakował tedy całą miseczkę mleka w małego Maćka, niejako gwałtem i z wodą i z bułką. Po takiem nakarmieniu, ku wielkiej radości Tomasza, dziecko padło jak kloc na podściółkę i bez kołysania usnęło.
— A co, jakem sobie gracko postąpił — mówił do siebie zadowolony Tomasz. — Kunda całą godzinę by chłopca tryndała, aby się dzieckiem nabawić. Przez to właśnie idzie jej robota bardzo powoli. No, a teraz pomyślmy o obiedzie, ażeby go na czas ugotować. Ja jej pokażę, co to chłop umie i znaczy; przekonam, że baba zawsze babą. Ale,... co tu gotować? Wczoraj był barszcz z rurą i kaszą; dziś niech będą kluski ze słoniną i ziemniaki. Śperka jest, pokraję grubo, będą skwary należyte.
Tomasz lubił kluski i ziemniaki tłusto kraszone; zresztą mąka, ziemniaki i słonina były w domu, po mięso zaś trzeba było chodzić do miasta. Sama droga zabrałaby dużo czasu, a tu właśnie szło o to, aby się z obiadem nie spóźnić. Więc, dla pośpiechu, rozpaliwszy ogień z samego smolnego drzewa, przystawił doń garnek z wodą; potem z komory przyniósł mąki i zaczął miesić na stolnicy ciasto na owe zamierzone kluski.
Chodząc po mąkę, po wodę, albo po drzewo, z pośpiechu nie zamykał drzwi do izby; lecz na tę drobnostkę nie zwrócił uwagi, tembardziej, że wiosna była pogodna i ciepła.
Gniecie tedy Tomasz swoje kluski, ogień pali się raźno na kominie, woda wre w garnku, słonina w rynce się smaży. O! Tomasz zadowolony. Wtem dziecko się budzi i zaczyna głośno płakać. Biedactwo przeładowane zimną papką, widocznie miało powód do przebudzenia się. Ale Tomasz na to obojętny, dziecko nogą kołysze, a rękami kluski gniecie. Tymczasem ogień na kominie mocno się pali, a woda kipiąc, wciąż pryska w smażącą się słoninę. Tomasz i na to uwagi nie zwraca, aby tylko prędzej z temi kluskami się uporać.
Wtem buchnął płomień, zajęły się w rondlu skwarki — rynka się pali. Tomasz z obawy pożaru lub spalenia się smacznej okrasy, chcąc ugasić płomień, porywa rynkę i wstawia ją do szaflika, w którym były pomyje. Dzieciak przez ten czas wrzeszczy, jak gdyby go kto darł ze skóry — zanosi się i o mało nie pęknie. Tomasz zniecierpliwiony tym krzykiem, biegnie do kołyski zobaczyć, co się tam stało. Podnosi pierzynkę...
— A ty psiawełno! ty szkaradniku! coś ty narobił? dam ja ci! — woła oburzony i ogląda się po izbie, czy nie leży gdzie rózga na podorędziu...
Tymczasem ogień wciąż na kominie dobrze się pali, a woda kipi. Słonina wprawdzie w szaflu zgaszona, ale trzebaż wypadku, że gniotąc kluski i kołysząc dziecko, w pośród tego całego zamieszania, Tomasz nie zważał, jak wgniótł w ciasto sznurek, którym się opasywał. Potem biegnąc szybko do kolebki na wrzask Maćka i podnosząc poduszkę, owym sznurkiem ściągnął ciasto na ziemię. A że drzwi były otwarte, do izby wpadł prosiak i ciasto porwał. Następnie przyszły sobie z podwórza dwie kury i kogut i zaczęły w kącie rozgrzebywać śmiecie i je wywlekać na środek izby.
Przez ten czas ogień zalany wybiegając z garnka wodą, zgasł; garnek zaś, prawie próżny, bo woda całkiem wykipiała, rozpękł się na kawałki.
Tomasz za głowę się chwycił. Znów zaczął rozpalać ogień i nie spostrzegł, że za prosięciem wpadła do izby suka z podwórza. Kogut, przestraszony pojawieniem się jej, poleciał przez stół do okna, a zanim kilka zaraz kur także przestraszonych skoczyło do okna i szyby potłukły. Suka tymczasem najspokojniej przestygłą słoninę z rynki smacznie sobie wyjadła, a wylizując rynkę do ostatka, rynkę stłukła.
I w sam raz, kiedy Tomasz przed chałupą małego Maćka obmywał, wjechała na podwórze Kunda, bo już było południe. Z daleka ujrzawszy jak Tomasz małego Maćka zimną wodą oblewał i bił do tego jeszcze rózgą, jednym skokiem przypadła do dziecka, porwała je na ręce i uspokajała najczulszemi słowami, łając zarazem męża.
— Cyt, cyt, kochanie, tatulo cię tu bili, pewno nic jeść nie dali... biedny ty biedny! ale teraz matula ci jeść dadzą, łezki obetrą, cicho dziecino moja złocista...
Wkrótce też Maciuś uspokojony zupełnie, przewracał się i figlował na kolanach matki, mile się do niej uśmiechając. Dopiero wtedy, załatwiwszy się z dzieckiem, kobieta chciała się posilić po pracy, bo przez pół dnia orała przecie.
— No, Tomaszu, dawaj obiad! — zawołała.
Ale Tomasza ani na podwórzu, ani w izbie nigdzie widać nie było. Umknął przez komorę do sadu i tam schował się w krzaki.
Kunda idzie do izby, patrzy i aż ręce załamała. Na kominie niedopalone głównie, zalane wodą, dymią, w izbie aż czarno od swędu ze spalonej słoniny i dymu. Garnek próżny rozpękł się, skorupy leżą na ziemi. Pod stołem prosię mlaskujac, kończy zjadać resztę ciasta. Suka wylizuje sumiennie rozbitą rynkę... trzy szyby w oknie stłuczone... Chryste Panie! czy tu bies harce wyprawiał, czy co takiego? Co tu się porobiło?
Kunda nie wie, co to wszystko znaczy, a widząc drzwi od komory otwarte, domyśliła się, że Tomasz uciekł do ogrodu.
Chciała wejść za nim; on musi jej wytłómaczyć to wszystko, a przytem powiedzieć, gdzie obiad, boć przecie babie jeść się chciało po pracy. Ale przedewszystkiem zbliża się do kolebki, aby dziecko do snu ułożyć. Podnosi pierzynkę i aż... wrzasnęła. No! bo co tam było w kołysce! To choć nie trudno powiedzieć, ale nie uchodzi. Dosyć, że Kunda na ten widok załamała ręce i rzekła do siebie:
— Oto mi obiad!
Oj! że nie w dobrym, to w niedobrym humorze wypadła biedna Kunda do ogrodu! Bo to wróciła spracowana, głodna — i oto jakie spustoszenie zastała! Tomasza odnalazła niełatwo. Siedział on w krzakach z miną tak smutną, z nosem tak strasznie spuszczonym, że poczciwe Kundzisko wnet się udobruchało. Jak jeszcze biedny Tomasz zaczął płaczliwie opowiadać swoje przygody, Kunda, aż się pokładała ze śmiechu.
Skończyło się na tem, że Kunda sama zgotowała obiad i oboje zjedli go ze smakiem. A ów niewierny Tomasz, jak sam przymierzył, tak wreszcie uwierzył: że gospodarnej żony robota jest w domu mozolna, użyteczna i nieskończona nigdy, bo gdy się jedna skończy, musi się zabrać do drugiej; i że matki w pielęgnowaniu dzieci nikt zastąpić nie potrafi.

Karol Baliński.
Karol Baliński - Niewierny Tomasz page015.jpg



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Baliński.