Nieruchomość Nr 000/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Nieruchomość № 000
Pochodzenie Wybór pism w X tomach
Tom I
Wydawca nakładem autora
Data wydania 1891
Druk Drukarnia „Wieku“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron


І.

Będzie temu lat... nie tak bardzo wiele. Most żelazny na Wiśle, pod Cytadellą, już był, i nieraz, w pogodny dzień letni, wieczorem, przechodziliśmy po nim z poczciwym p. Faramuzińskim na drugą stronę rzeki na spacer, między linie dróg żelaznych, pod wiadukty, aż het ku Szwedzkim górom, na żółte piaski Pelcowizny, albo ku gmachom fabrycznym, najeżonym kominami wielkiemi. Zwykle chadzaliśmy w tamtą stronę, wyjątkowo tylko do Marymontu, a jeden raz w rok aż do Bielan. Czasem braliśmy się od mostu na prawo i przez park prazki peregrynowaliśmy ku staremu mostowi — niekiedy na lewo, między fortem Śliwickiego a rzeką, wędrowaliśmy w cieniu ogromnych wierzb, rozrosłych niepomiernie na wilgotnym gruncie wybrzeża.
Bywało nim się namyślimy, jaki obrać kierunek, stoimy na moście i patrzymy na wodę, która płynie cicho, spokojnie, tylko przy filarach mostowych pieniąc się trochę i wirując.
Patrzymy na berlinki stojące na kotwicach przy brzegu, na cierpliwych rybaków zapuszczających w wodę podrywki, widzimy, jak piaskarze na starej krypie siedząc, zwir i piasek dobywają z dna rzeki. To znów elegancka łódka ślizga się leciutko po fali i unosi wioślarzy przybranych w jaskrawe kurtki; jaskółki muskają wodę skrzydłami, a ta woda toczy się i toczy bez końca...
Długie pasy tratew płyną powoli ku Gdańskowi, oryle śpiewają, z oddalenia widać czarne kłęby dymu buchające z komina parostatku, do warszawskiej spieszącego przystani.
Stoimy z p. Faramuzińskim i patrzymy na rzekę... w tem świst przeraźliwy się rozlega, turkot, brzęk... Pociąg przechodzi nad naszemi głowami i osypuje je deszczem popiołu. Żelazny most ugina się i trzęsie, huk ogłusza; zdaje się, że wszystko runie w wodę. Pomimowoli chwytamy za poręcz, a Faramuziński śmieje się...
— To — powiada — lubię, to rozumiem... to jest dopiero prawdziwy postęp!... Boże! Boże! Czegóż to człowiek doczekał! Takie dzieła rąk ludzkich, takie genialności! Pamiętam, proszę cię, most łyżwowy od ulicy Bednarskiej — a teraz... teraz... Dawniej wrony tylko przelatywały po nad Wisłą, a teraz to całe pociągi żelazne, ciężkie, ważące licho wie ile centnarów! Postęp, postęp, a co będzie za lat sto, albo za dwieście, na świecie?! Może ludzie zupełnie bez mostów i bez dróg żelaznych obchodzić się potrafią, i elektryczność nosić ich będzie w powietrzu, z żonami, z dziećmi, z tłomokami, ze wszystkiem. Mam swój własny grób familijny na Powązkach... Zbudowałem go na to, żeby położyć się w nim na wieczne czasy i leżeć aż do dnia sądu ostatecznego, ale dużo, dużo dałbym za to, żeby po upływie lat stu, wypuszczono mnie ztamtąd choćby na jeden dzień, na dwie godziny wreszcie... żebym zobaczył co się dzieje, i jak też Warszawa wygląda... ale nie wypuszczą, nie — próżne marzenia!...
Wydobył srebrną tabakierkę, zażył tabaki, otarł spocone czoło czerwonym w kraty fularem — i westchnął...
— Ciągłe zmiany — mówił dalej — ciągłe nowości! Nowe wynalazki, nowe domy, nowe ulice, coraz to inny świat, ale to dobrze... to właśnie jest postęp... to lubię! Nie tak jak drudzy, co to, proszę cię, chcieliby się zasklepić w skorupie na kształt żółwi. Nie taki, jak moja kochana sąsiadka pani Klejnowa. Krzyż pański mam z tą babą, utrapienie, koniec świata! Bo proszę cię, sam osądź. Powiada do mnie, że dach zacieka. Radzę więc, jak komu dobremu: zrzuć pani stare skorupy, pobij się pani blachą, pomaluj się pani na czerwono, będzie i niebardzo drogo i dobrze... postępowo będzie — a ona powiada: nie! tyle lat siedziałam pod dachówką, będę siedziała i dłużej! Cóż to, mówi, pan Faramuziński sobie myśli, że holenderska dachówka to żarty!? Wieki trwa i wieki trwać powinna. Niechże sobie trwa — odrzekłem i poszedłem do domu — bo co się z babą spierać?! Na drugi dzień, patrzę, oho! już dwóch mularzy sprowadziła, siedzą na dachu, pacykują gliną, wapnem, a baba tryumfuje. Postawiła na swojem, ma dachówkę! Na przyszły rok znów będzie to samo, dach zacznie zaciekać, Klejnowa będzie lamentowała, ja będę radził blachę, a ona swoje zrobi...
— Może zmieni zdanie — rzekłem.
— Zkąd?! jakim cudem! Ta wojna o dach trwa już między nami od lat piętnastu. Co wiosna powtarza się ta sama historya, ja swoje, ona swoje... a dom niszczeje, upada... I czy to tylko o to jedno! Wyobraź sobie, ma baba emfiteutykę i czynsz płaci, na magistrackim placu siedzi... Powiadam: — Wykup się pani, spłać od razu, plac nabądź, hypotekę ureguluj, na cudzem nie siedź, bądź obywatelką i dziedziczką. Mówię, jak sam widzisz, nie głupio; radzę poczciwie, po dobremu, a ona swoje! — Tyle lat — mówi — czynsz płaciłam; i nieboszczyk mąż mój, świeć Panie nad jego duszą, też płacił, więc zmian żadnych nie trzeba. Będę opłacała dalej, i basta; a co do mego obywatelstwa, to i małe dzieci wiedzą, że jestem dziedziczka i pani, że we własnym domu siedzę, tak jak nieboszczyk mąż mój siedział, i o łaskę nikogo nie proszę. Znają mnie tu wszyscy bardzo dobrze i wiedzą, żem z nieba nie spadła, anim z pod ziemi nie wyrosła... tylko że obywatelka warszawska sobie jestem a w swojej nieruchomości siedzę. — Ha — powiadam — skoro panią znają, niechże znają. Chcesz pani siedzieć na emfiteutyce, siedź, ale jak pani kiedy plac odbiorą, to nie wiem, gdzie kamienicę podziejesz... chyba weźmiesz na plecy i wyniesiesz za miasto...
Zasapał się p. Faramuziński, zaczerwienił, zagniewał.
— Wyrzekłbym się — mówił — wyrzekłbym od dawna i przyjaźni i znajomości i całego stosunku, ale z racyi opieki nie mogę... na żaden sposób. Muszę czekać do czasu, ale niechno Andzia dojdzie do pełnoletności, albo wyjdzie za mąż — kłaniam uniżenie! Na herbatkę, jeżeli pani Klejnowa koniecznie prosić będzie, owszem; na Nowy Rok, na Wielkanoc, na imieniny, przyjdę; ale co się tyczy rady, pomocy w interesach — aus! Niech szuka kogo chce, niech idzie do adwokata, do budowniczych, do kogo jej się podoba... Co mi po tem? alboż nie mam swoich interesów? Zawsze jest to gadanie: pan Faramuziński kawaler, pan Faramuziński nie ma dzieci, pan Faramuziński ma czas. Także racya! że ktoś nie ma dzieci, to zaraz powinien mieć czas! Przepraszam, właśnie że nie mam czasu, a choćbym miał, to dla siebie, na swój własny użytek. Po radę przychodzą, a słuchać nie chcą. Na cóż więc rada? Chodźmy.
Poszliśmy. Z wysokiego nasypu zeszliśmy na drugą stronę rzeki, ku parkowi. Przed nami roztaczał się prześliczny widok na całą Warszawę, malowniczo rozłożoną na wzgórzystem wybrzeżu.
— Patrz-no — mówił mój towarzysz — patrz na te mury... to książka. Słowo honoru daję, książka, i to nie byle jaka: historyczna, historyczna mój panie. Czytać z niej można tak jak z druku, tylko że zamiast liter masz domy, zamiast przecinków wieże. Boże miłosierny! cóż tu tego! Zacząwszy od kościoła Panny Maryi, aż tam daleko za Ujazdów rozłożyła się ta księga. Mógłbym o każdej karcie coś powiedzieć, bo i czytywało się trochę, i od dziadka, od ojca, dużom się różnych rzeczy nasłuchał, a ojciec mój nieboszczyk lubił opowiadać. Zazwyczaj milczący bywał, ale gdy go wyciągnięto na słówko, gdy się rozgawędził, rozgadał — to już snuł z pamięci jak z motka, historyę za historyą, opowieść za opowieścią. Stare dzieje! Tu, uważasz, jak oto wieża Panny Maryi, Sakramentki, w tej stronie moja kamieniczka stoi i tej utrapionej baby, Klejnowej. Nieboszczyk Klejn po ojcu ją wziął, a ojciec jego kupił ją od Dmuchalewskiego rzeźnika, który ją swego czasu w posagu dostał za żoną. Zacności był człowieczysko ów Klejn, musiałeś go znać?
— Nie.
— Godna dusza i obywatel porządny, co się zowie. Zdrów był jak ćwik, żyć mógłby Bóg wie dokąd, ale nieszczęście się stało, wypadkowym sposobem życie stracił. Długa to i smutna historyą. Opowiem ci ją kiedy.
— Czemuż nie zaraz?
— Ot, zachciałeś?! Jakże można na spacerze? Rozumiem jeszcze idąc rozmawiać, ale opowiadać porządnie nie sposób. Do opowiadania trzeba zasiąść wygodnie, głowę na ręku podeprzeć, myśli zebrać... bo to, proszę cię i drobny szczególik ma nieraz duże znaczenie, a w roztargnieniu opuścić łatwo. Panią Klejnową znasz chyba?
— Z widzenia.
— Ho! ho! żebyś ją był znał temu lat dwadzieścia, trzydzieści, było na co spojrzeć! Cukierek, malina, przylepka!... Ja pamiętam — i gdybyś chciał koniecznie wiedzieć dla czego się nie ożeniłem, to Klejnowa mogłaby coś o tem powiedzieć. Ona jedna, więcej nikt, na to daję słowo uczciwego człowieka, a wiesz, że Faramuziński takiem zaklęciem nie szafuje... To, proszę cię, dawne dzieje. Jeszcze się wówczas nie śniło nikomu, że ona będzie Klejnową... Znałem ją, najprzód jako małą Micie, potem jako pannę Michalinę. Śliczności stworzenie! Jej ojciec miał kamieniczkę na ulicy Kościelnej, nazywał się Migdalski, z fachu był rękawicznik. Robił dobre interesa, dwunastu czeladników trzymał, do pierwszorzędnych sklepów swoje wyroby dostarczał. Ktoby się spodziewał, że z tej ślicznej, zachwycającej Michalinki, będzie taki, panie dobrodzieju, Herod!... Nieboszczyk Klejn, poczciwe człowieczysko i dość oczytany nawet, bał się jej jak ognia. Co ona chciała, to było święte; wszystko w domu działo się podług jej woli. Mąż powie: tak, a ona: nie! i jest nie, bez żadnej apelacyi...
Usiedliśmy w parku na ławce, Faramuziński zapalił cygaro.
— Jemu i tego wolno nie było — rzekł z westchnieniem.
— Komu? — zapytałem.
— A nieboszczykowi Klejnowi, Do ogrodu Saskiego na cygarko uciekał... Słyszałeś, aż do ogrodu Saskiego!
— Z tego, co mi pan mówisz, przekonywam się, że pańska sąsiadka jest przyjemne ziółko, i gdyby nie to, że, jak pan twierdzisz, przyszła na świat w Warszawie, na ulicy Kościelnej, to możnaby myśleć, że jest z piekła rodem...
— No, no — rzekł Faramuziński — tak znowuż źle nie jest... Jużcić, że Herod baba, to Herod; że dojść z nią do ładu nie sposób, to prawda; że rady dobrej nie usłucha, to fakt; że wszyscy jej boją się jak ognia, to wiadomo; że Andzia, stróż, a nawet lokatorowie w kamienicy drżą przed nią, temu przeczyć nie myślę. Ale przytem... proszę cię, charakter prawy, serce złote, dusza wzniosła, cnota nieposzlakowana!... Wiesz, to jest cnota jak mur! co to, jak mur! jak kazamat, jak cytadela! Ja o tem coś wiem... Co tu gadać! prawe dziecko Warszawy i to nie tej waszej nowomodnej Warszawy od Marszałkowskiej lub Nowego-Światu, ale prawdziwej Warszawy, starej jak fukierowska piwnica, pięknej, dawnej Warszawy, co ma za sobą wieki dziejów, co jest pierwszą kartą w kamiennej księdze. Niech ci się nie zdaje, że to nic! Baba-Herod — jużci Herod, ale dusza złota! U Panny Maryi ją chrzcili, u panny Maryi ślub brała pierwszy, u Panny Maryi drugiego brać nie chciała...
Machnął ręką, otarł spocone czoło fularem i umilkł. Przyśpieszył kroku i szedł szybko, niespokojny, wzruszony...
— Wiesz pan co — rzekłem, chcąc starego na słówko wyciągnąć — teraz już nie mam pojęcia, co o tej pani myśleć. To ją pan ganisz, wszelkich z nią stosunków, znajomości się wyrzekasz, to znów wynosisz pod niebiosa. Nie rozumiem.
— Zrozumiesz, zrozumiesz, opowiem ci wszystko, ale nie tu, nie... Ot, wiesz co, wstąpimy do Fukiera wracając, tam opowiem.
Przeszliśmy przez most i Nowym Zjazdem w górę. Faramuziński szedł milcząc; widać we wspomnieniach utonął... Przechodnie trącali go, nie zważał na to; żyd z ogromnym koszem na plecach trącił go i prawie w rynsztok zepchnął, on się ani obejrzał; przyspieszył kroku, że ledwie nadążyć mu mogłem.
Przez Plac Zamkowy, skierowaliśmy się w wązką uliczkę Świętojańską. Ze sklepów zalatywała ostra woń skór, powietrze było duszne i ciężkie.
— Uf! — rzekł mój towarzysz — tu żyję... tu oddycham! Mów sobie co chcesz, a ja powiadam, że prawdziwa Warszawa od Fary się zaczyna a na Kościelnej kończy. Dodałbym jeszcze Rybaki, choć to właściwie raczej przedmieście niż miasto. Uf! Tu widzisz jest życie, ruch jest, wszystko blizko, dorożki można nie znać. Chcesz się pomodlić, masz kościół jeden, drugi, trzeci, choćby siódmy; chcesz co kupić, tuż targ, sklepy, składy. Masz czego dusza zapragnie. Powiadasz, że ciasno — głupstwo! Gdzież, pytam, w mieście może być przestronno? Komu duszno, kto lubi przestrzenie i zapach siana, niech mieszka na wsi, niech się osiedli w chałupie pod lasem, albo w czystem polu z zającami, wilkami, i niech się cieszy że mu dobrze... Duszno, to nieprawda, to wymysł, frazes! Ojcowie, dziadowie, pradziadowie nasi mieszkali tu i było im dobrze i mieli zdrowie lepsze niż dzisiejsi ludzie, chociaż nie zbogacali aptekarzy i nie rozsypywali proszków po podwórzach... Widzisz ten dom wysoki, o trzech oknach frontu, cztery piętra?
— Widzę.
— To był dom mego dziadka. Siostra mego ojca, Petronela Faramuzińska, wyszła była za mąż za niejakiego Kacperkiewicza. Panie odpuść, co to było za małżeństwo! On do niczego, hulaka, roboty nie pilnował, na interesach się nie znał, dom, panie dobrodzieju zadłużył, obciążył, procentami się zarzynał, nareszcie i procentów płacić już nie mógł. Zlicytowali, zmarnowali, sprzedali na amen. Kacperkiewiczowa, niby moja ciotka, wpadła ze zmartwienia w ciężką chorobę. Kwękała, jęczała, płakała nad spustoszeniem swego dziedzictwa, i umarła biedaczka ze zgryzoty. On znów zaczął pić na potęgę i zapił się. Został po nich syn, sierota, niby mój cioteczny brat. Ten promował się nieźle, skończył szkoły, wszedł na aplikacyę, dosłużył się posady w Komisyi Spraw Wewnętrznych i ożenił się z panną Dąbkowską, córką swego zwierzchnika, naczelnika sekcyi. Z początku dobrze im było, postarali się o tranzlokacyę na prowincyę, do Pińczowa, ale w niedługim czasie on umarł. Wdowa wychowywała jedynego syna też nie długo, gdyż poszła za mężem — chłopiec został osierocony. To mój siostrzeniec, Franciszek Kacperkiewicz, śliczny chłopak, dziś ma dwadzieścia pięć lat, pracuje w garbarni... poznasz go kiedy... No, jesteśmy u celu, proszę bardzo...
Weszliśmy przez sień, do wielkiej średniowiecznej izby, o wysokich łukowatych sklepieniach. Dokoła ścian stały piękne ławy drewniane.
Faramuziński wybrał stoliczek na uboczu, odosobniony; zresztą niewiele osób znajdowało się w izbie można było mówić swobodnie.
— Za zdrowie pańskiej sąsiadki! — rzekłem, biorąc lampkę do ręki.
— Za zdrowie!... Naturalnie, chociaż różnie bywało między nami, i różnie bywa dotychczas, choć kłócimy się nieraz ząb za ząb, ale zdrowia jej życzę. Ach! żebyś ją był widział przed trzydziestu laty! Wiadomo, że w Warszawie pięknych kobiet nie brak, ale Michalinka była z miłych najmilsza, z ładnych najładniejsza! Czoło, proszę cię, alabaster! twarz — różyczka, usta — wisienka, ząbki — perły, warkocze jak z hebanu, czarne, grube — a oko! no, jeżelim kiedy w życiu widział równie piękne oczy, to niech w ziemię wrosnę po sam pas! Jak spojrzała, to ci się od razu robiło i gorąco i zimno. Brewka śliczna, aksamitna, rzęsy długie; dodaj do tego ładny wzrost, figurkę, zgrabność, a będziesz miał pojęcie, — ale co ja mówię! wcale nie będziesz miał pojęcia, wyobrażenia mieć nie będziesz!... Nie zdaje mi się, żeby mógł istnieć na świecie człowiek, zdolny, jedynie za pomocą imaginacyi, odtworzyć sobie w myśli równie piękny i wspaniały obraz; trzeba było własnemi oczyma widzieć. Mówią, że Andzia do niej podobna. Istotnie, niby coś jest, ale gdzież jej do matki! cień podobieństwa zaledwie... a przecież Andzia za piękność uchodzi, wszyscy tak utrzymują, a ten wisus, mój siostrzeniec, Franuś Kacperkiewicz, najwięcej. Tak, mój kochany, dajmy na to, że zgadzam się z Franusiem; przyznaję, że Andzia jest piękna, ale zarazem twierdzę, utrzymuję i gotów jestem przysięgę na to wykonać, że swego czasu matka Andzi była stokroć piękniejsza. Ona jeszcze i dziś, chociaż między nami mówiąc, ma już czterdzieści ośm lat jak obszył, jest wcale przystojna, powiedziałbym więcej, jest okazała, imponująca piękność. Twarz świeża, bez zmarszczek, oko żywe, włosy czarne jak heban, a że cokolwieczek nabrała tuszy, to nic, do twarzy jej z tem, wygląda wspanialej.
— Uważam, że pan jeszcze i dziś gotów ją uwielbiać — wtrąciłem.
— Ba! i przed trzydziestu laty, i przed piętnastu, i wczoraj, i dziś, i w każdej chwili do ołtarza iść mogę...
— I nie bałbyś się pan?
— Czego?
— No, przecież sam mówiłeś, że Herod...
— Prawda, prawda.. ale któraż to kobieta nie Herod? — a przecież żenią się ludzie i głów im z karku nikt nie zdejmuje. Ja nie miałem tego szczęścia — dodał z westchnieniem, — i zdaje się, że już go mieć nie będę... Ja! ostatni Faramuziński z naszej linii. Nie było przeznaczenia... nie dał mi Pan Bóg potomka. Ha, cóż robić! Kamienicę zapiszę Kacperkiewiczowi, trochę pieniędzy, co mam w listach zastawnych, na dobroczynność... i po wszystkiem. Czy też zgadniesz, ile ja od Klejnowej odkoszy już dostałem?
— Myślę, że jeden wystarcza.
— Jak komu, mnie nie. Mam charakter stały, a nawet dość uparty, niepowodzenie nie zdoła mnie zrazić. Nie udało się raz, próbowałem drugi; nie udało drugi, to trzeci, i tak do siedmiu. Siedm odkoszów ta baba mi dała, jak ci dobrze życzę, siedm! ale to nic, zobaczymy co będzie za innym razem.
— Chciałbyś pan jeszcze próbować?!
— A dla czego nie?
— Jak to? Kłócisz się pan z nią o dach, o emfiteutykę, o najmniejszy drobiazg, mówisz, że jak Andzia za mąż pójdzie wyrzekniesz się wszelkiej znajomości, że bywać będziesz tam tylko na Nowy Rok i Wielkanoc...
— To się tak mówi — rzekł mrugając oczyma — tak się mówi. Sto razy zarzekałem się już, ale cóż robić? Przyszle stróża, prosi, żebym przyszedł, bo ma pilny interes. Jakże odmówić? Nie pójść, gdy kobieta wzywa — do czego podobne!? Takim gburem nie jestem. Więc idę, słucham co mówi, odpowiadam, kłócę się z nią ząb za ząb, zaczerwienię się, zacietrzewię, zakaszlę — no, i na pożegnanie... wycałuję ją po rękach, i na drugi, albo na trzeci dzień, przychodzę bez wołania, z własnej woli... To mi życie wypełnia. Tak... tak... ja bez tej znajomości, bez sprzeczek z Klejnową umarłbym już od dawna. Co chcesz! takie usposobienie dziwaczne. Ona zawsze w moich oczach jest ta sama Michalinka co dawniej.
— Podziwiam stałość...
Faramuziński jednym tchem lampkę osuszył, wsparł głowę na dłoniach i zamyślił się.
— Wiesz со? — rzekł po chwili, — historya moich oświadczyn jest dość dziwna. Pierwszy raz, kiedy jeszcze była panną, wystąpiłem nieśmiało, delikatnie; ona spuściła oczka w ziemię, słuchała zapłoniona, drżąca, odpowiedziała mi słodziutko, delikatnie, szeptem, ze łzami prawie... Ach, jaka była śliczna w tem zakłopotaniu! jaka śliczna! Obraz, powiadam ci, kopersztych, posąg z białego, trochę zaróżowionego, marmuru! Odpowiedziała: — „Panie Faramuziński, mnie to boli, mnie przykro, ja oceniam pańskie uczucie, pańskie przywiązanie, i gdyby moje serce było wolne... ale, powiada, ja już kocham, bardzo kogoś kocham.“ Przykra rzecz, zrobiło mi się gorzko, jak gdybym funt tureckiego pieprzu zjadł, ale cóż poradzić, skoro ona kogoś kocha? Westchnąłem z żalu, że to kochanie innego uszczęśliwić miało, i życzyłem jej jak najlepszej doli w przyszłości. Rozstaliśmy się po przyjacielsku, w zgodzie, i ona wyszła za Klejna. Byłem na weselu, tańczyłem nawet, chociaż mi się łzy w oczach kręciły; a nad ranem, kiedy się już widno zaczęło robić, ogarnęła mnie taka pasya, taki żal, taka zawziętość, że jak puściłem się z panną młodą mazura, jak zacząłem wybijać hołubce, to powiadam ci, podłoga się trzęsła, szyby drżały, zdawało się, że dom runie. Wszyscy mówili: „Patrzcie, patrzcie, oto tancerz! oto życie, oto ogień!“ — Nie prawda: nie tancerz, nie życie, nie ogień, ale rozpacz i wściekłość takiego mazura tańczyły! Klamka zapadła, Michalinka została mężatką, a moje marzenia, nadzieje, widoki szczęścia perdu. Radzili mi, żebym się ożenił na złość, alem nie chciał, nie mogłem.
Westchnął, zapalił świeże cygaro, i wpatrując się w niebieskawe kłęby dymu, mówił:
— Bywałem u nich w domu prawie co dzień i zawsze mnie oboje mile witali. Patrzałem z bliska na ich pożycie. On był łagodny, potulny, spokojnego charakteru, dobre człowieczysko, ale jak to mówią, ciepłe kluski. Ona zaś żywiec, iskra, ogień, sama energia. Ma się rozumieć, że od razu wzięła go pod pantofel...
— To nie miałeś pan czego zazdrościć — rzekłem.
— Hm... widzisz mój dobrodzieju, nie miałem, albo i miałem; pantofel pantoflowi nierówny, bywają różne. Opanowała go zupełnie, to prawda, pozbawiła woli, ale wynagradzała mu to przywiązaniem, wiernością, sercem. Przez dziesięć lat blizko byli bezdzietni, nareszcie doczekali się córeczki, tej właśnie Andzi, o której mówiłem. Co to było za szczęście! jak się oboje cieszyli, opowiedzieć nie umiem; i czy dasz wiarę, że i ja radowałem się także razem z nimi, bom się przyzwyczaił do tych ludzi i przywiązał. Andzia rosła na pociechę, nauczyła się chodzić, szczebiotać, istny aniołek. Przynosiłem jej ze Starego Miasta cukierki, a z Podwala zabawki. Śliczny dzieciak był — ale Klejn nie długo swojem szczęściem się cieszył. Skończył marnie życie, przejechany na ulicy przez powóz. Biedna pani Michalina, że ona wypadek ten przeżyła, że nie wypłakała oczu, to cud, prawdziwy cud, słowo daję. Przywieźli go biedaka potłuczonego, zakrwawionego, z połamanemi kościami. Jeszcze mi ten obraz stoi przed oczyma, jeszcze go widzę. O mało nie zemdlałem, ale ona nie straciła głowy, ona jedna! Rozesłała na wszystkie strony po doktorów i to po najsławniejszych. Leczyli go, zszywali, łatali, wyjmowali z niego pogruchotane żebra. Na samo wspomnienie zimno się robi. Blizko trzy miesiące męczył się nieborak, aż nareszcie Bóg się zmiłował i położył kres cierpieniom, które nie do zniesienia były. Umarł tedy Klejn, pochowali go, a pani Michalina została sama z Andzią, no i ze mną także, bo nieboszczyk, który z całą przytomnością umysłu życie kończył, przed śmiercią prosił mnie i zaklinał, żebym się zaopiekował wdową i sierotą. Ma się rozumieć, żem pragnął obowiązek ten najsumienniej i najuczciwiej spełnić; ale nie tak to łatwo z panią Klejnową dojść do ładu. Zaraz w pierwszym tygodniu po pogrzebie, sprzeczkę z nią miałem o stróża, który wielki koronny pijak był i częściej przesiadywał w kozie niż w bramie. Ja mówię: „Wypędź pani Onufrego na cztery wiatry, bo gałgan jest i pijak“, — a ona odpowiada: „Nie wypędzę, on się poprawi; był za nieboszczyka, niech będzie i za mnie.“ Spolitykowałem, zmilczałem, bo cóż było robić? Chce trzymać pijaka, niech go trzyma, skoro taka jej wola... ale mniejsza o to, miałem ja co innego w głowie...
— Domyślam się.
— Nie wielka sztuka dorozumieć się. Jak ona wyglądała w żałobie! Malowidło dalibóg. Dwadzieścia ośm latek, róża kwitnąca, jabłuszko dojrzałe, nie cukierek to już, nie ciasteczko, ale tort, tort co się zowie wspaniały! Liczyłem dni i godziny, kiedy się żałoba skończy. Rok i sześć niedziel, jak obszył, nosiła czarną suknię i długą, krepową zasłonę, dotrzymała do terminu jak najpunktualniej, najakuratniej, a po terminie, taśmy i welon odrzuciła, ale sukni czarnej nie zdjęła. Myślałem sobie: już czas, teraz uderzę, niech się co chce dzieje. Poszedłem do niej na herbatę, Andzia usnęła na kanapie, byliśmy sami z Klejnową. Przemówiłem do niej godnie, poważnie, do rozumu i serca, a żem przedtem wypił lampeczkę wina na kuraż, więc byłem taki wymowny, że kamień chybabym poruszył... Tak, tak, mój kochany, kamień, ale nie ją...
— Odmówiła?
— Najzupełniej. Rozmawialiśmy długo. Odpowiedziała mi poważnie, z pewnym dla mnie szacunkiem, z podziwem dla stałości uczuć, których czas zachwiać nie zdołał. Mówiła chyba z godzinę, że żal po mężu jeszcze zbyt świeży, że chciałaby nieboszczykowi pozostać wierną do śmierci. Takie oto zawracanie głowy... bo żywemu wierność dochowywać — rozumiem, ale nieboszczykowi, który się już w proszek rozsypał, cóż choćby po dwudziestu czterech wiernościach? Powiadam: „Pani potrzebujesz opieki.“ „Dam sobie rady.“ „Pani masz kłopoty z domem, z lokatorami, rzemieślnikami, z meldunkami, ze stróżem.“ „Mała rzecz.“ „Może się zdarzyć wypadek, w którym się pani nie obejdziesz bez pomocy mężczyzny.“ „A to, powiada, poproszę p. Faramuzińskiego, on taki poczciwy, nie odmówi...“ Róbże co chcesz z takim zawziętym, koźlim uporem. Ani w prawo ani w lewo, ani tak, ani siak, jednem słowem nic. Ha, myślę sobie, upór na upór, zobaczymy, kto kogo przetrzyma? Poczekałem rok i znowuż oświadczyłem się...
— Ależ pan jesteś wytrwały...
— W naszym rodzie wszyscy tacy. Co Faramuziński, to uparty i stały. Nie jesteśmy szlachtą, nie mamy herbów, ale dewizą naszą jest hasło: „Nie daj się, nie ustąp.“ To niby dewiza Faramuzińskich. Mogę być dumny z niej, niby jaki hrabia lub baron ze swego herbu. Ale wracam do rzeczy. Pierwsze moje oświadczyny były delikatne, słodziutkie, cichutkie; — drugie poważne, jak ci oto opowiadałem i spokojne... trzecie trochę już ze sprzeczką, nawet z dość ostrą sprzeczką. Zaczęło się od dachu. Powiada ona: „Mówią mi, że dach popsuty, zacieka, i kawalerom z facyatki kapie woda na głowy. Tego im tylko trzeba, żeby mieć powód do niezapłacenia. Chciałam przekonać się sama, lecz dostać się nie mogę. Onufry się nie zna, rzemieślnicy mnie oszukują. Co rok mnie ten dach Bóg wie ile kosztuje i co rok z nim kłopot.“ A ja mówię: „Dobrze pani tak, bardzo dobrze, ślicznie, szkoda że jeszcze nie gorzej! Dla czego pani za mąż wyjść nie chce? Boże wielki! gdybym ja był pani mężem, tobym jak kot chodził po dachach, po piwnicach, wszędzie, gdzieby tylko było potrzeba. Dla czego pani mnie odrzuca? Czy nie jestem człowiek poważny, porządny, obywatel warszawski z dziada pradziada? Czemże to Faramuziński gorszy od Migdalskich, a tembardziej od Klejna? Nie mamże to kamieniczki porządnej, o trzech oknach frontu, z oficyną, na własnym placu? Nie mamże to kapitaliku w listach? Nie mamże to ładnych ruchomości, sreber stołowych i precyozów po matce? Czy nie ubierałbym pani w atłasy, nie stroił brylantami i kamieniami drogiemi? Czy nie kochałbym Andzi, tej ślicznej pani jedynaczki, czybym jej nie wyposażył uczciwie? Cóż to pani myślisz? Mnie do trumny potrzebny będzie tylko czarny garnitur, białe rękawiczki i pantofle za rubla, a kamienica komu by się dostała? Andzi — a kapitalik komu? Andzi — a ruchomości, srebra i precyoza? Andzi. Pani miałabyś męża, Andzia ojca, i dachby nie zaciekał, o meldunki nie byłoby kłopotów, nie potrzebowałabyś pani kłócić się z rzemieślnikami, procesować niewypłacalnych lokatorów. Ale pani nie chcesz męża dla siebie, nie chcesz ojca i sukcesyi dla Andzi, nic pani nie chcesz, wszystkiem pani pogardzasz! Krzywdzisz pani siebie, więdniejesz pani w opuszczeniu i wdowieństwie jak kwiat na jesieni, marnujesz się nie wiadomo na co, po co i dla jakiego celu? Źle pani robisz, nie dobrze pani postępujesz. Żeby nieboszczyk Ludwik (niby Klejn, bo mu tak na imię było) mógł z grobu wstać i przemówić, toby powiedział: Wstydź się Michalinko, głupstwo robisz, że zrażasz poczciwego człowieka i mego przyjaciela, tego przyjaciela, który cię kochał jeszcze wprzód niż ja i kocha bardziej niż ja, któryby za tobą w ogień skoczył, dla ciebie na kawałki dał się pokrajać, na proszek utłuc... Wstydź się!“ Rozchodziłem się, wypowiedziałem wszystko com miał na sercu, do słowa jej przyjść nie dałem. Myślę sobie: przekonam ją, upokorzę, zawstydzę, otworzę jej oczy, że przejrzy nareszcie, zrozumie, że dobra jej pragnę...
— A ona?
— Ona? O! nie pozostała mi dłużna w odpowiedzi. Krzyknęła na mnie, jak na swego Azorka, oczy jej się zaiskrzyły, twarz zaczerwieniła i dopiero jak zacznie, jak zacznie: „A to pan, powiada, taki jesteś przyjaciel, taki życzliwy, tak to cenisz pamięć nieboszczyka, że mu chcesz żonę zabierać? co?“ Tłómaczę się, powiadam: nieboszczyka cenię, masz pani najlepszy dowód, że póki żył, ja nie zdradziłem niczem com czuł, com myślał, co w mojem sercu się działo, pary z ust nie puściłem, nie szepnąłem pani ani jednego słówka... Ledwiem to wymówił, jak ta się zerwie, jak skoczy na środek pokoju, i dopiero do mnie: „Proszę! nie zdradzałeś pan swoich romansowych sentymentów, nie szeptałeś do mnie! co za łaska! A czy panu się zdaje, że pozwoliłabym na to? czy jestem podobna do takiej, do której można szeptać?... Niech no by kto spróbował!! Jabym do męża na skargę nie poszła, ani go o pomoc nie prosiła, umiałabym się obronić sama od takiego, któryby się szeptać ośmielił! Języka w ustach by zapomniał! Szeptać! proszę ja kogo, trzeba wiedzieć, do kogo się szepcze...“ Ha! cnota, widzisz, cnota silna, warowna jak forteca... Wyszamerowała mnie tak, że istotnie sam nie wiedziałem co mówić, zabrałem kapelusz i uciekłem jak zmyty. Zatrzymała mnie w progu i rzekła: „Niech no pan swoją drogą jutro na herbatę przychodzi, tylko proszę o niepotrzebnych rzeczach nie mówić, bo się rozgniewam, a wiadomo, że jak jestem zła, to nie zważając na osobę, każdemu powiem słowa prawdy, bez żadnej ceremonii, nie owijając w bawełnę...“
Pod względem powierzchowności, Faramuziński osobliwie nie wyglądał. Był to człowieczek średniego wzrostu, nie otyły ani szczupły, nie wysoki i nie nizki; twarz miał niewyraźną, pospolitą, taką, jakich się tysiące spotyka, a całą jej ozdobą były oczy, w których malowała się dobroduszna poczciwość. Ubierał się porządnie, nawet z pewną pretensyą, zapewne ze względu na nieustanne, a tak niefortunne konkury. Włosy i niewielkie wąsiki, które zaczynały już siwieć, czernił znakomitym jakimś płynem, i skutkiem używania go, dosyć dobrze zakonserwowana jego czupryna była przy samej głowie biaława, dalej jakby pomarańczowa, jeszcze dalej zielonkowata, a nareszcie czarna nienaturalną, w przyrodzie nigdy nie spotykaną czarnością. Każdy włos, oddzielnie wziąwszy, tak wyglądał, jak gdyby w części pomalowany był wapnem, w części gummigutą, grynszpanem i na końca szuwaksem. Nie przeszkadzało to p. Faramuzińskiemu zaczesywać włosów w czubek nad skroniami, co nadawało mu minę trochę czupurną, a w jego własnych oczach pełną energii i zamaszystości młodzieńczej.
Człowiek ten nie chciał, nie mógł się zestarzeć, ze względu na swój sentyment, na Klejnową, której serce i rękę spodziewał się kiedyś nareszcie pozyskać.
Faktem jest, że skoro zobaczył pierwszy siwy włos na swej głowie, zaraz go wyrwał; z drugim, dziesiątym, setnym postąpił tak samo, ale że te siwe włosy mnożyły się szybko, że przybywało ich coraz więcej, więc zląkł się, że wyrywając je, łysiny się dorobi. Porzucił tedy szczypczyki i zaczął używać farby, którą mu polecił jakiś znakomity fryzyer, stawiacz baniek i golarz, oraz zarazem dentysta sławny i znany na obudwóch Fretówkach, wązkiej i szerokiej, a nawet na Święto-Jerskiej i Mostowej.
Znakomity płyn uspokoił potrosze obawy Faramuzińskiego, który się starości lękał jak ognia i do swoich lat przyznawać się nie chciał.
„Póki serce młode, póty i człowiek młody“, myślał i zamykał oczy na czas, który mu skronie i czoło zmarszczkami przyozdabiać zaczynał. Konkurent pani Klejnowej lubił kwiaty, miał w swojem mieszkaniu kilkadziesiąt doniczek na oknach, a podczas lata bukiety niewykwintne kupował i swojej sąsiadce je zanosił.
— Później — mówił, ciągnąc opowiadanie, które był przerwał na chwilę — oświadczałem się jej jeszcze pięć razy, przy okazyi różnych kłopotów, interesów lub niepowodzeń. Już to nie były oświadczyny cichutkie i słodziutkie jak pierwsze, ani poważne jak drugie, ale całe w sprzeczkach, w gniewie, w kłótni nieraz nawet bardzo ostrej i gwałtownej. Przy ostatnich oświadczynach skakaliśmy sobie do oczu jak dwa koguty, ona aż płakała ze złości, jam o mało apopleksyi nie dostał, i może szkoda, żem nie dostał, niechby się ta niepewność raz już skończyła! Powiedz mi, proszę, dla czego ja do małżeństwa szczęścia nie mam? Z moich znajomych ten się ożenił, tamten się ożenił, dziesiąty, piętnasty, setny... a ja zawsze jeden, zawsze samotny. Mówiłem przecież do niej: „Pani Andzia zamąż pójdzie, pani zostaniesz sama jedna, opuszczona, będziesz siedziała w kamienicy jak grzyb!“ — a ona na to: „Pan też siedzisz jak grzyb i dobrze panu jest.“ „Wcale nie dobrze, mówię, bo mi smutno.“ „A mnie nie, powiada, mnie wesoło.“ Wesoło jej! słyszysz? Mnie dyabli biorą z gniewu, a jej wesoło! Są chwile, w których niecierpię, nienawidzę tej baby, jestem na nią tak zły, że powiadam, powiadam... ale dla czego nienawidzę, dla czegom na nią zły?... bo ją od tylu lat kocham... no, tak, kocham, czegoż się wstydzić?
Duszkiem lampkę wychylił, machnął ręką, wstał z ławy.
— No, no — rzekł — może jeszcze nie koniec życia... zobaczymy kto zwycięży?
— Dałbyś pan pokój tym zamiarom — wtrąciłem — do czego to podobne? Zapomnij o nielitościwej sąsiadce i zostaw ją własnemu losowi, a sam pocieszaj się jak możesz. Nie jesteś pan biedny, możesz sobie i na zbytek nawet pozwolić. Pojedź za granicę, zabaw się, świat zobacz, a jeżeli koniecznie pragniesz ożenić się, toć Warszawa duża, panien w niej jak maku. Niejedna chętnieby wyszła za pana, i byłaby jak najlepszą żoną... tylko otrząśnij się pan trochę ze starych sentymentów. Jesteś pan jeszcze w sile wieku, niejednej kobiecie możesz głowę zawrócić, tylko energii trochę! ostro, wąsy do góry i przekonać Klejnową, że...
Spojrzał na mnie bystro, i wziąwszy za klapę od tużurka, zapytał:
— Słuchaj-no, czyś ty mój przyjaciel, czy wróg?
— Całe życie przyjaciel...
— W takim razie, jeżeliś przyjaciel, to nie rób mi żadnych uwag w tym przedmiocie... bo widzisz, ja tego nie lubię, nie cierpię i nie znoszę, nienawidzę — i nie chcę!





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.