Niebezpieczne związki/List LXXXI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Pierre Choderlos de Laclos
Tytuł Niebezpieczne związki
Data wydania 1912
Wydawnictwo E. Wende i Spółka
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Tytuł orygin. Les Liaisons dangereuses
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

LIST LXXXI.

Markiza de Merteuil do Wicehrabiego de Valmont.

Ach, jakąż litość budzą we mnie twoje obawy! Jakżeż mi one dowodzą wyższości mojej nad tobą! I ty mnie chcesz pouczać, kierować mną! Nie, cała pycha twojej płci nie wystarczyłaby, aby zapełnić przepaść, jaka nas oddziela. Dlatego, że ty nie umiałbyś przeprowadzić moich zamiarów, uważasz je tem samem za niemożebne! Istoto pyszna a słaba, i tobież to przystało chcieć obliczać moje środki i sądzić o mojej sile! Doprawdy, wicehrabio, nauki twoje zirytowały mnie poprostu i nie umiem ci tego zataić.
Że, aby zamaskować własną nieprawdopodobną niezdarność wobec swojej prezydentowej, roztaczasz mi jako tryumf to, żeś zdołał na chwilę przyprawić o pomięszanie kobietę nieśmiałą i zakochaną w tobie, zgoda na to; że chełpisz się uzyskanem od niej spojrzeniem, wyraźnie jednem spojrzeniem, uśmiecham się i to ci też darowuję. Że, czując mimowoli całą swoją nędzę, pragniesz odwrócić moją uwagę, i puszysz się szczytnym wysiłkiem zbliżenia dwojga dzieci, które oboje rwą się do tego, aby się zobaczyć i które, mówiąc nawiasem, mnie właśnie zawdzięczają zapał tego pragnienia: i na to wreszcie się godzę. Że wreszcie ty przystrajasz się w te świetne czyny, aby mi powiedzieć profesorskim tonem, że lepiej jest obracać swój czas na wykonanie zamysłów, niż na opowiadanie o nich; ta prożnostka nic mi nie szkodzi i również ci ją przebaczam. Ale że możesz jeszcze przypuszczać, iż ja potrzebuję twojej opieki, że zeszłabym na manowce nie postępując ślad w ślad za twemi przestrogami, że mam im poświęcić moją przyjemność, mój kaprys: doprawdy, wicehrabio, zanadto wbiło cię w pychę zaufanie, jakie ci okazuję!
I cóżeś ty uczynił takiego, czegobym ja nie przewyższyła tysiąc razy! Uwiodłeś, zgubiłeś wiele kobiet: ale jakież trudności miałeś do zwalczenia? jakie przeszkody do pokonania? gdzież jest w tem twoja, naprawdę twoja zasługa? Ujmująca postać, czysty dar przypadku; wdzięk, którego trudno nie nabyć ocierając się w świecie; rzetelny dowcip, ale zamiast którego trochę gwary towarzyskiej wystarczyłoby w zupełności; śmiałość dość godna uznania, ale, być może, płynąca jedynie z łatwości pierwszych zdobyczy; oto, jeżeli się nie mylę, wszystkie twoje zasoby: bowiem, co do tej sławy jaką się opromieniasz, nie będziesz wymagał, jak sądzę, abym ci liczyła za wielką zasługę sztukę wywołania lub pochwycenia sposobności skandalu.
Co do przezorności, sprytu, nie mówię już o sobie: ale któraż kobieta nie ma ich więcej od ciebie? Ech! twoja prezydentowa nawet prowadzi cię jak dziecko na pasku.
Wierz mi, wicehrabio, rzadko człowiek nabywa przymiotów, bez których może się obejść. Walcząc bez niebezpieczeństwa, nie potrzebowałeś silić się na przezorność. Wszakże dla was, mężczyzn, niepowodzenie jest tylko jednem powodzeniem mniej. W tej partyi, tak bardzo nierównej, dla nas jest szczęściem nie przegrać, dla was nieszczęściem nie wygrać. Gdybym ci nawet przyznała tyle wrodzonych zdolności, ile my ich mamy, o ileż jeszcze musiałybyśmy cię przewyższyć przez to, iż nieustannie trzeba nam z nich czynić użytek!
Przypuśćmy, godzę się na to, że wy rozwijacie tyleż zręczności w tem, aby nas zwyciężyć, jak my w tem, aby się bronić, albo też aby ulec; przyznasz w takim razie przynajmniej, że z chwilą dojścia do celu staje się wam ona zupełnie zbyteczna. Jedynie zajęci swoim nowym kaprysem, biegniecie za nim bez obawy, bez najmniejszych względów: nie wam zależy przecież na jego trwałości.
Tak jest; te więzy, łączące nawzajem dwoje istot — aby mówić utartym słownikiem miłości — wy sami możecie, wedle swej dobrej woli, zacieśniać lub zrywać; my możemy się czuć szczęśliwe, jeżeli, zmieniając swe uczucia, przełożycie tajemnicę nad rozgłos i zadowolnicie się upakarzającem zerwaniem nie czyniąc z wczorajszego bóstwa jutrzejszej ofiary!
Ale skoro nieszczęśliwa kobieta uczuje pierwszy ciężar swojego łańcucha, na jakież naraża się niebezpieczeństwa, jeśli próbuje uwolnić się z niego, jeśli stara się go bodaj uchylić? Drżąc cała z przestrachu, zaledwie próbuje oddalić od siebie mężczyznę, którego serce jej odpycha całą siłą. Jeśli on upiera się wytrwać, to, co niegdyś poświęciła miłości, teraz jej trzeba poświęcać obawie.

Ramiona tulą jeszcze, choć serce odtrąca...

Z wytężeniem całej przebiegłości musi rozplątywać też same więzy, które wybyście zerwali poprostu. Zdana na łaskę swego nieprzyjaciela, nie posiada żadnych środków obrony, o ile on sam nie okaże się wspaniałomyślnym: a jak spodziewać się tego po mężczyźnie, skoro, o ile niekiedy chwali się go za to, iż posiada tę cnotę, nigdy się go nie potępia za to, iż mu jej zbywa?
Nie zaprzeczysz chyba tym prawdom, które aż pospolitemi się stały przez swą oczywistość. Jeżeli mimo to patrzałeś na mnie, jak kieruję dowoli wypadkami i opinią, jak owych mężczyzn, tak niebezpiecznych, zmieniam w zabawkę mego zachcenia lub fantazyi; jak odbieram jednym chęć szkodzenia mi, drugim zaś siłę potemu; jeśli umiałam naprzemian, stosownie do moich zmiennych upodobań, to przysuwać do moich stóp, to odtrącać daleko od siebie

Tych tyranów, przygiętych do jarzma niewoli...

jeżeli, śród moich częstych zmian gabinetu, dobra sława moja utrzymała się mimo to nietknięta; czyż nie powinieneś był z tego wywnioskować, iż, przyszedłszy na świat po to, aby pomścić swoją płeć a ujarzmić twoją, umiałam snać stworzyć sobie środki, nieznane światu przedemną?
Och! zachowaj swoje przestrogi i obawy dla tych szalonych kobiet, które same nazywają się uczuciowemi; których rozszalała wyobraźnia kazałaby przypuszczać, że natura umieściła ich zmysły w głowie; które, w swym braku zastanowienia mięszają bezustannie Miłość i Kochanka; które w swem złudzeniu mniemają, iż ten właśnie, z którym szukały chwilowej rozkoszy, jest jej jedynym rozdawcą; i pełne zabobonu, chowają dla kapłana tę samą cześć i tę samą wiarę, jaką winniśmy jedynie Bóstwu.
Lękaj się również o te, w których próżność bierze górę nad rozwagą i które nie umieją się w potrzebie pozwolić porzucić.
Drżyj zwłaszcza o te kobiety t. zw. sercowe, wiecznie zajęte w swojej bezczynności, i które miłość zagarnia tak łatwo i z taką potęgą. Te czują potrzebę zaprzątać się nią jeszcze, nawet gdy minęła już chwila użycia; oddając się bez zastrzeżeń kipieniu swojej wyobraźni płodzą owe listy tak słodkie, ale tak niebezpieczne; co więcej, nie lękają się powierzać tych dowodów swej słabości przedmiotowi, który jest ich przyczyną: nieroztropne istoty, które w dzisiejszym kochanku nie umieją widzieć przyszłego wroga.
Ale ja, cóż ja mam wspólnego z temi niepoczytalnemi? Kiedyż to widziałeś mnie, bym oddaliła się od prawideł, jakie sobie zakreśliłam, i abym uchybiła moim zasadom? mówię moim zasadom i mówię to z rozmysłem: bowiem nie są one, jak u innych kobiet, nabyte przypadkiem, przyjęte bez roztrząsania i przestrzegane z nałogu: nie, one są owocem moich głębokich rozmyślań: stworzyłam je i mogę powiedzieć, że jestem mojem własnem dziełem.
Wszedłszy w świat w czasie, kiedy, jako młoda dziewczyna, z urzędu niejako byłam skazana na milczenie i na nieczynność, umiałam skorzystać z tego, aby przyglądać się i zastanawiać. Podczas gdy świat uważał mnie za roztrzepaną lub niepojętną, ja, w istocie nie wiele słuchając tego co do mnie mówiono, tem skwapliwiej chłonęłam to, co starano się przedemną ukryć.
Ta zbawienna ciekawość, bogacąc doświadczenie, nauczyła mnie zarazem sztuki udawania: zmuszona niejednokrotnie ukrywać przedmiot mojej uwagi przed otoczeniem, starałam się manewrować oczami wedle mojej woli; nauczyłam się od tego czasu przybierać, kiedy zechcę, ten wyraz roztargnienia, który tak często zdarzyło ci się podnosić z uznaniem. Zachęcona tą pierwszą zdobyczą, starałam się opanować tak samo grę fizyognomii. Gdy doznawałam jakiej przykrości, uczyłam się przybierać wyraz słodkiej pogody, a nawet uciechy; posunęłam gorliwość tak daleko, iż zadawałam sobie rozmyślne cierpienia, starając się równocześnie zachować oblicze pogodne i zadowolone. Z tą samą wytrwałością i większym jeszcze trudem pracowałam nad tem, by tłumić w sobie objawy niespodziewanej radości. W ten sposób zdobyłam nad moją grą fizyognomii tę władzę, którą niejednokrotnie wydałeś się tak zdumiony.
Byłam wówczas bardzo młoda i jeszcze nie żyłam niemal: ale jedyną mą własnością była moja myśl, i oburzało mnie to, aby mi ją ktoś miał wydrzeć lub podchwycić wbrew mojej woli. Uzbrojona tym pierwszym orężem, spróbowałam jego użytku: nie poprzestając na tem, aby się nie dać przeniknąć, bawiłam się tem, aby się objawiać pod różnorodnemi postaciami. Pewna swoich ruchów i gry mimicznej zwracałam uwagę na słowa; kierowałam sposobem postępowania, stosownie do okoliczności lub nawet stosownie do zachcenia: od tej chwili, wnętrze moje pozostało otwarte wyłącznie dla mnie samej, pokazywałam zeń zaś jedynie to, co chciałam.
Ta praca nad sobą skierowała moją uwagę na wyrazy twarzy i charakter fizyognomii w ogólności; zyskałam na tem ten przenikliwy rzut oka, któremu, jak przekonałam się z doświadczenia nie można ufać bezwzględnie, ale który, na ogół, nie często mnie zawodził.
Nie miałam jeszcze piętnastu lat, a już posiadłam owe talenta, którym większość naszych polityków zawdzięcza swoją reputacyę; a były to dopiero pierwsze podstawy umiejętności, którą pragnęłam sobie przyswoić.
Wyobrażasz sobie, że, jak wszystkie młode dziewczęta, starałam się przeniknąć tajemnice miłości i jej uciech: ale, nie będąc nigdy w klasztorze, nie mając nigdy bliskiej przyjaciółki i dozorowana przez czujną matkę, miałam co do tego pojęcia jedynie nader mgliste i niepewne; natura nawet, na którą później, to pewna, uskarżać się nie miałam powodu, nie dawała mi w tym względzie wskazówki. Możnaby powiedzieć, że pracowała w milczeniu nad wydoskonaleniem swojego dzieła. Głowa moja jedynie kipiała; nie pragnęłam używać, ale chciałam wiedzieć; pragnienie zdobycia świadomości podsunęło mi środki potemu.
Czułam, że jedynym człowiekiem, z którym mogłam mówić o tym przedmiocie bez narażania się, był mój spowiednik. Natychmiast powzięłam decyzyę; przezwyciężyłam odrobinę wstydu i, uzurpując sobie błąd, którego nie popełniłam, obwiniłam się, że czyniłam wszystko to, co robią kobiety. To było moje wyrażenie; ale, mówiąc w ten sposób, nie miałam pojęcia, co ono w istocie oznacza. Nadzieja moja nie ziściła się wprawdzie w zupełności; obawa zdradzenia się stanęła na przeszkodzie; ale poczciwy Ojciec przedstawił mi winę w tak surowem świetle, że wyciągnęłam z tego wniosek, iż rozkosz musi być olbrzymia; do pragnienia wiedzy dołączyła się chęć pokosztowania.
Nie wiem, dokąd ta chęć byłaby mnie zawiodła; przy moim zupełnym braku doświadczenia jedna sposobność byłaby mnie może zgubiła: na szczęście dla mnie, niedługo potem matka oznajmiła mi, iż wychodzę za mąż. Pewność poznania ugasiła natychmiast moją ciekawość i weszłam jako dziewica do sypialni pana de Merteuil.
Oczekiwałam ze spokojem chwili, która miała mi odsłonić wielką tajemnicę, i umiałam zdobyć się na ten wysiłek nad sobą, aby okazać pomięszanie i obawę. Ta pierwsza noc, o której ma się zazwyczaj pojęcia tak straszne lub tak słodkie, dla mnie przedstawiła się jedynie ze strony doświadczalnej. Bacznie śledziłam zarówno cierpienie jak przyjemność, ze wszystkiego starałam się jednako zdać sobie sprawę i w tych różnorodnych wrażeniach widziałam jedynie materyał dla spostrzeżeń i refleksyi.
Wkrótce poczęłam znajdować w tem studyum dość żywe upodobanie: ale, wierna moim zasadom, i czując, może instynktownie, że nikt nie powinien być równie dalekim od mojej ufności, jak mąż, postanowiłam, dlatego właśnie, iż byłam wrażliwą, uchodzić za zupełnie nieczułą w jego oczach. Ten pozorny chłód stał się w następstwie niewzruszoną podstawą jego ślepego zaufania. Dołączyłam do tego, również na podstawie przemyślenia, pozory roztrzepania usprawiedliwione zresztą moim wiekiem. Słowem, nigdy mój mąż nie patrzył na mnie bardziej jak na dziecko, niż wówczas, gdy najśmielej wyprowadzałam go w pole.
Zresztą wyznaję, iż zrazu dałam się porwać wirowi świata i oddałam się całkowicie jego błahym rozrywkom. Ale gdy, po upływie kilku miesięcy, pan de Merteuil wywiózł mnie gdzieś na odludzie do swego majątku, obawa przed nudą obudziła we mnie na nowo zamiłowanie do studyów. Znajdując dokoła jedynie ludzi, których pozycya w stosunku do mnie chroniła mnie od wszelkich podejrzeń, skorzystałam z tego, aby na szerszem polu przeprowadzić moje doświadczenia. Tam to przedewszystkiem upewniłam się, że miłość, którą apoteozują nam jako źródło naszych uciech, jest w rzeczywistości co najwyżej ich pretekstem.
Choroba pana de Merteuil przerwała te miłe ćwiczenia: trzeba, było przenieść się z nim do miasta, gdzie pospieszył szukać pomocy. Umarł, jak ci wiadomo, wkrótce potem; a jakkolwiek, wszystko razem wziąwszy, nie miałam przyczyn użalać się na niego, nie mniej przeto odczułam żywo wartość swobody, jaka otwierała mi się z chwilą mojego wdowieństwa i postanowiłam z niej dobrze skorzystać.
Matka moja spodziewała się, iż osiądę w klasztorze, lub też zamieszkam z nią razem. Uchyliłam się i od jednego i od drugiego projektu; dla względów przyzwoitości uczyniłam jedynie to, iż wróciłam na jakiś czas na wieś, gdzie mi jeszcze pozostało zresztą nieco spostrzeżeń do zebrania.
Dałam im silniejsze podstawy przy pomocy książek; ale nie sądź, że były one wszystkie tego rodzaju, jakbyś mógł przypuszczać. Zgłębiałam nasze obyczaje w romansach, poglądy w dziełach filozofów; badałam nawet w najnowszych moralistach postulaty ich od życia i w ten sposób zyskałam świadomość co można czynić, co powinno się myśleć, a jak powinno się ludziom przedstawiać. Raz wiedząc, czego się trzymać w tym potrójnym przedmiocie, jedynie co do ostatniego dostrzegałam niejakie trudności w wykonaniu; miałam nadzieję, iż uda mi się je zwyciężyć i przemyśliwałam nad środkami potemu.
Niebawem zaczęły mi się przykrzyć sielskie uciechy, zbyt mało urozmaicone dla mojej niespokojnej głowy: czułam potrzebę zalotności, któraby mnie pogodziła z miłością; nie abym pragnęła przeżywać ją w istocie, lecz aby natchnąć się sztuką udawania jej. Napróżno mi mówiono i sama czytałam, że nie da się udać tego uczucia; ja wiedziałam, że aby to osiągnąć, wystarczy połączyć talent aktora z pomysłowością komedyopisarza. Ćwiczyłam się więc w tych obu rodzajach i może nie bez pewnego powodzenia: ale zamiast na scenie szukać czczych oklasków, postanowiłam obrócić dla mego szczęścia to, co tylu innych poświęca swojej próżności.
Rok cały upłynął na tych różnorodnych zajęciach. Koniec żałoby pozwalał mi już zjawić się na widowni, wróciłam tedy do miasta pełna najśmielszych zamysłów. Nie spodziewałam się pierwszej przeszkody, jaką tam napotkam.
Owa długa samotność, owo cnotliwe odcięcie od świata, to wszystko powlekło mnie jakimś pokostem surowości, który przerażał naszych niezwyciężonych; trzymali się na uboczu, wydając mnie na pastwę tłumowi nudziarzy, z których każdy zabiegał się o moją rękę. Nie było mi wprawdzie trudno uwolnić się od tych konkurów; ale odmowy te nie podobały się nieraz mojej rodzinie i traciłam na drobnych utarczkach i przykrościach czas, który obiecywałam sobie spędzić tak rozkosznie. Byłam tedy zmuszona, aby ściągnąć ku sobie jednych a oddalić drugich, dopuścić się paru jawnych lekkomyślności i użyć na skompromitowanie mojej reputacyi tych starań, które miałam zamiar obrócić na jej pielęgnowanie. Udało mi się to łatwo, jak możesz sobie wyobrazić. Ale ponieważ nie wchodziło tu w grę żadne uczucie, zrobiłam tylko to, co uważałam za potrzebne, i odmierzyłam z całą rozwagą dawki mojej nierozwagi.
Skoro tylko osiągnęłam zamierzony skutek natychmiast wykonałam odwrót i powierzyłam zaszczyt mego nawrócenia owej kliczce kobiet, które, niezdolne już szukać tryumfów w swoich powabach, nadrabiają te braki wartością wewnętrzną i cnotą. Ta sztuczka udała mi się lepiej, niż mogłam się tego spodziewać. Wdzięczne matrony stały się memi gorliwemi obrończyniami; ich ślepy zapał dla tego co nazywały swojem dziełem, posuwał się tak daleko, że za najmniejszem słówkiem, jakie ktoś ośmielił się wymierzyć przeciwko mnie, cała partya świętoszek wyruszała do boju z tą niecną potwarzą. Ten sam środek zjednał mi również uznanie naszych lwic salonowych, które, przekonane, iż nie znajdą we mnie współzawodniczki na tem polu, obrały mnie za przedmiot swoich zachwytów, ilekroć chciały dowieść, że nie o wszystkich bez wyjątku kobietach mówią jaknajgorzej.
Mimo to, mój poprzedni manewr ściągnął do mego domu armię wielbicieli. Nie chcąc ich sobie zrażać, a zarazem zmuszona oszczędzać moje wierne protektorki, starałam się przybrać postawę osoby skłonnej poddać się uczuciu, lecz trudnej w wyborze i opancerzonej przeciw łatwym miłostkom nadmierną wybrednością.
Wówczas zaczęłam na wielkiej scenie życia rozwijać zdobyte talenty. Pierwszem mojem staraniem było zyskać sobie sławę niezwyciężonej. Aby to osiągnąć, przyjmowałam jawnie zabiegi jedynie tych mężczyzn, którzy mi się nie podobali. Używałam ich skutecznie aby zapewnić sobie honory zaszczytnej obrony, podczas gdy równocześnie oddawałam się bez niebezpieczeństwa wybranemu kochankowi. Jednakże moja udana bojaźliwość nigdy nie pozwalała mu widywać się ze mną w towarzystwie: toteż oczy świata były w ten sposób skierowane zawsze na wzdychających bez nadziei.
Wiesz, jak mam zwyczaj namyślać się szybko: a to, ponieważ spostrzegłam, że niemal zawsze właśnie te przedwstępne zabiegi zdradzają światu tajemnice kobiet. Mimo wszelakich starań, sposób i ton obejścia przed a po jest zawsze nieco odmienny. Różnica ta nie ujdzie uwagi bystrego spostrzegacza; doszłam tedy, iż mniej jest niebezpiecznem omylić się w wyborze, niż się z nim zdradzić. Zyskuję jeszcze przez to i tę korzyść, że usuwam prawdopodobieństwa, na podstawie których jedynie świat może nas sądzić.
Ostrożności te, jak również reguła, aby nigdy nie pisać, aby nigdy nie wydawać w ręce żadnego dowodu swego ustępstwa, mogłyby wydać się komuś przesadne: dla mnie i to jeszcze nie wystarczało. Zapuściwszy się w głąb własnego serca, śledziłam w niem serce drugich. Dojrzałam, iż każdy bez wyjątku człowiek kryje tam jakiś sekret, który pragnąłby na zawsze osłonić przed światem. Prawdę tę, jak się zdaje, starożytność lepiej znała od nas, a historya Samsona jest może tylko szczęśliwym jej symbolem. Naśladując Dalilę, starałam się zawsze, jak ona, rozwinąć całą mą siłę, aby podchwycić tę doniosłą tajemnicę. Och! iluż Samsonów kędziory znalazły się pod memi nożycami! Ci przestali być dla mnie niebezpieczni: tych jednych pozwoliłam sobie upokorzyć niekiedy. Z innymi do innych umiałam się uciekać sposobów: sztuka doprowadzenia ich samych do niewierności, aby nie zdradzić się z odmianą własnego serca, udana przyjaźń, pozory zaufania, tu i ówdzie oddane przysługi, podsycanie w każdym z osobna tego tak pochlebnego dla mężczyzny mniemania, iż był moim jedynym kochankiem; oto środki, jakie zapewniły mi ich dyskrecyę. Wreszcie, gdy te sposoby zawodziły, umiałam, w przewidywaniu zerwania z mej strony, zdusić zawczasu niebezpieczeństwo zapomocą ośmieszenia lub potwarzy.
Patrzysz na mnie; widzisz jak niezłomnie przestrzegam tych zasad: i ty wątpisz o mej przezorności! Zechciej sobie tedy przypomnieć czas, gdy ty czyniłeś pierwsze względem mnie zabiegi: nigdy żaden hołd nie był mi tyle pochlebny; pragnęłam cię, zanim cię jeszcze poznałam. Olśniona twoim rozgłosem, miałam uczucie, że brak jest ciebie dla mojej chwały; pałałam niecierpliwością zmierzenia się z tobą w pojedynczej utarczce. Mimo to, gdybyś był chciał mnie zgubić, jakież sposoby znalazłbyś po temu? gołosłowne zapewnienia bez żadnej wartości, podejrzane już przez samą twoją reputacyę i wiązka faktów, pozbawionych wszelkiego prawdopodobieństwa, i których wierna opowieść zdawałaby się zaczerpnięta z licho skleconego romansu. To prawda, że później odsłoniłam ci wszystkie moje karty: ale wiesz, jakie interesa nas jednoczą i czy z nas dwojga mnie należałoby nazwać nieostrożną[1]. Skoro raz zadałam sobie trud wyłożenia ci wszystkiego, chcę to już zrobić dokładnie. Słyszę już, jak mi mówisz, że jestem conajmniej na łasce mojej pokojówki. To prawda, że ta dziewczyna, nie znając tajemnicy moich uczuć i poglądów, posiada bądź co bądź sekret mego postępowania. Kiedy mi o tem wspominałeś niegdyś, odpowiedziałam ci tylko, że jestem jej pewna. Odpowiedź ta wystarczyła widocznie wówczas dla twego spokoju, gdyż przecie zwierzyłeś jej później, i to na własny rachunek, tajemnice wcale niebezpieczne. Ale teraz, kiedy nabiłeś sobie głowę Prévanem i straciłeś wszelki sąd o rzeczach, obawiam się, że już mi nie uwierzysz na słowo. Trzeba cię zatem pouczyć.
Po pierwsze jest moją mleczną siostrą: węzeł, który nam wydaje się niczem, lecz który nie jest bez znaczenia dla ludzi jej stanu. Po drugie, posiadam jej tajemnicę i więcej jeszcze niż tajemnicę. Dziewczyna ta stała się w swoim czasie ofiarą nieopatrznej miłości i byłaby zgubiona, gdybym jej wówczas nie ocaliła. Rodzice jej, nieubłagani na punkcie honoru, chcieli poprostu ją zamknąć. Zwrócili się do mnie. W jednem mgnieniu oceniłam, jakie korzyści mogę wyciągnąć z ich gniewu. Pochwaliłam ich zamiar, poczyniłam starania o odpowiedni wyrok i otrzymałam go. Wówczas przerzuciłam się z kolei na drogę łagodności i pociągnęłam na nią również jej rodziców. Korzystając ze względów, jakimi cieszyłam się u starego ministra, nakłoniłam ich wszystkich, aby pozostawili ów wyrok w moich rękach i zostawili mi swobodę zniszczenia go lub wprowadzenia w życie, zależnie od dalszego prowadzenia się dziewczyny. Wie zatem dobrze, że jestem bezwzględną panią jej losu; gdyby zaś, co trudno przypuścić, te potężne środki nie zdołały zapewnić jej wierności, pojmujesz łatwo do jakiego stopnia odsłonięcie jej prowadzenia i oddanie w ręce sprawiedliwości osłabiłoby wiarogodność jej opowiadań.
Do tych ostrożności, które uważam za zasadnicze, łączy się tysiąc innych, zależnych od miejsca i okoliczności, a kierowanych głębokim namysłem, który z czasem przechodzi w przyzwyczajenie. Wyliczanie ich byłoby zbyt uciążliwe: są to jednak wszystko rzeczy pierwszorzędnej wagi. Jeżeli zadasz sobie nieco trudu, możesz je sam z łatwością odtworzyć, zastanowiwszy się dobrze nad całokształtem mego postępowania.
I ty przypuszczasz, że ja poto dołożyłam tylu starań, aby nie zbierać z nich żadnych owoców? że wzniósłszy się, dzięki wytężonej pracy, tak wysoko nad poziom innych kobiet, zgodzę się później pełzać tak jak one pomiędzy nierozwagą a tchórzliwością; że zwłaszcza mogę obawiać się do tego stopnia jakiegoś mężczyzny, aby widzieć swój ratunek jedynie w ucieczce? Nie, mój wicehrabio, nigdy. Trzeba zwyciężyć lub zginąć. Co do Prévana, to chcę go mieć i będę go miała; on chce to rozgłosić i nie rozgłosi: oto w dwóch słowach historya naszego romansu. Do widzenia.

20 września 17**


Przypisy

  1. W dalszym ciągu, w liście CLII, pokaże się jakiego mniej więcej rodzaju mogła być tajemnica p. de Valmont i czytelnik zrozumie, iż niepodobieństwem było bliżej objaśniać go w tym przedmiocie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Pierre Ambroise François Choderlos de Laclos.