Neftzowie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz
Przerwa-Tetmajer
Tytuł Neftzowie
Pochodzenie W czas wojny
Data wydania 1915
Wydawnictwo Księgarnia Wydawnicza J. Czerneckiego
Drukarz E. i Dr. K. Koziańscy
Miejsce wyd. Kraków
Źródło skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron
NEFTZOWIE.


Młody Neftze, siedmnastoletni chłopak, dopadł nareszcie dziewczynę. Chwycił ją z tyłu wpół, pod ręce, i krzyknął: Nie uciekniesz!
Dziewczyna, zadyszana, szarpnęła się i próbowała wyrwać, ale młody Neftze trzymał ją silnie i przyparł już ciało swoje do jej ciała.
— Nie uciekniesz, psiakrew! — powtórzył.
— Puść mnie pan! — stęknęła dziewczyna.
— Oho! właśnie! Masz!
I usiłował ją pocałować w usta, ale dziewczyna wykręciła głowę.
— Nie dasz, nie dasz? — wyrzęził roznamiętniony chłopiec.
— Puść mnie pan — odpowiedziała dziewczyna — jestem chora.
— Nic! głupstwo!...
— Kiedy ja nie jestem tak chora, jak pan myśli — jestem chora...
Taki nacisk położyła na to słowo i tak wzdrygnęła się ciałem, że młody Neftze mimowoli zwolnił uścisk i jakkolwiek zupełnie dziewczyny nie puścił z rąk, cofnął się od niej za plecami.
— Cóż ci jest?
— To już od trzech lat...
— Od trzech lat? A ileż ty ich masz?
— Szesnaście.
— Szesnaście? — wykrzyknął młody Neftze zdumiony. — Szesnaście?! Toś wtedy miała trzynaście lat?!
— A tak, dopiero trzynaście.
— No i co się stało? Jużeś się zakochała?
— Właśnie że to! Akurat! Zakochałam się! Za dwa złote musiałam się dać.
— Za dwa złote? I jakto musiałaś?
— A bo mi ojciec kazał. Nie było co jeść, wszystko się wysprzedało, matka wszystko zastawiła, co było, powiedział mi ojciec: Jóźka, idź na miasto, kto cię zechce, niech cię weźmie; abyś co pieniędzy przyniosła, bo wyzdychamy.
— Czem jest twój ojciec?
— On już niczem nie jest.
— Bo co?
— Bo umarł. On był w pańskiego ojca fabryce robotnikiem; pracował w przędzalni.
Młodego Neftzego dreszcz przeszedł.
— Tak? — bąknął. — U mojego ojca był robotnikiem, pracował w przędzalni? A dla czego nie udał się o zapomogę?
— Albo to tu dawali, czy dają zapomogi?!
— A dlaczego na was przyszła taka bieda — wtenczas?
— Bo się ojciec stawił majstrowi i za karę go wydalono.
— A dlaczego się stawił?
— Bo mu majster powiedział: ty świnio!
— A za co go majster tak przezwał?
— Bo się ojciec upił w swoje imieniny i nie przyszedł do roboty na drugi dzień, aż o trzeciej po południu.
— I ojciec nie apelował?
— Niby skarżył się?
— Tak.
— Poszedł do dyrektora.
— No i co?
— Dyrektor mu powiedział, że mu go bardzo żal, ale musi być dla przykładu ukarany, bo jakby wszyscy tak robili i jakby dziesięć tysięcy robotników po swoich imieninach nie przychodziło rano do roboty, toby fabrykę dyabli wzięli.
— A no — miał racyę chyba...
Dziewczyna popatrzała na młodego Neftzego dużemi oczyma.
— Pan taki sam zbój, jak i oni — warknęła przez nienawistne zęby.
Młody Neftze puścił ją zupełnie z rąk i spytał, udając, że nie słyszy:
— A do mego ojca nie udawał się?
— Nie wiem po co? Chyba, żeby mu kazał bluzę ściągnąć.
Krew oblała młodego Neftzego; zmieszał się i stropił.
— Słuchaj no — ozwał się po chwili. — Ty pewnie potrzebujesz pieniędzy...
— Jużci pewnie — przerwała mu dziewczyna — potrzebować to potrzebuję. Przecie nas jest sześcioro w domu, a matka ledwo co przy fabryce zarobi, mojego i siostry zarobku byłoby też o dużo za mało. Ale teraz to sobie już prędzej dopomożemy.
Uśmiechnęła się cynicznie.
— Każdy nas zna — dodała.
— Jakto?
— A to się pan spytaj gdziebądź o Pasternakówny, Józię i Kasię.
— Siostra twoja także?
— A także. Ja ją sama wyprowadziłam.
— Młodsza?
— Dopiero ma czternaście lat i trzy miesiące.
— I dawno już?
— Ale, pewnie drugi rok, albo i trzeci.
Młody Neftze zatrząsł się pomimo woli.
— No, a jakże, kiedyś chora?...
— A to co? To dlatego mam z głodu skapać? A ten się pytał o to, co mnie urządził? Jeszcze! Może będę opowiadać?! Wszystkie chore zresztą.
— Czemużeś mnie powiedziała?
Dziewczyna popatrzała znowu na młodego Neftzego.
— Jakoś mi się pana żal zrobiło — rzekła po chwili. — Nasz, czy on zdrów, czy on chory, co mu tam? Tak, czy tak, ledwo zipie. Chude to, blade, nędzne. Ale pan, chłopiec, jak malowanie, czerwony, przystojny, bogaty.
— Mogłaś się zemścić na mnie — przerwał jej młody Neftze, spuszczając oczy, jakby pod ciężką nową myślą.
Dziewczyna rzuciła głową.
— A prawda! — rzekła. — Prawda! Mogłam się zemścić!
I trzasnęła w palce u rąk.
Młody Neftze objął ją delikatnie wpół i odezwał się prawie że tkliwie: Siądźmy.
I popchnął lekko dziewczynę ku tramom drzewa za stodołą.
Oparła się.
— Co panu z tego przyjdzie? — spytała.
— Nic. Chodź. Siądźmy. Widzisz, jak ładnie słońce zachodzi. Porozmawiamy.
— Słońce zachodzi? — powtórzyła dziewczyna, jakby nie rozumiejąc. — No to co?
— Ładnie jest.
— Ładnie? Ładnie, tylko się czasu niema na to patrzeć.
— Cóż robisz o tej porze?
— Wychodzę, jak i dziś, na wały za miasto.
— Tędy?
— Tędy najbliżej. Ja idę tędy, a siostra idzie koło studni, pod Farą. Potem, w nocy, schodzimy się w pustym dołku — tak się nazywa to miejsce — i mówimy sobie, ile która uzbierała.
— Dużo wam dają?
— Różnie — pięć kopiejek, dziesięć, złoty — czasem się trafi frajer, co i dwa złote da. To najczęściej z wojska.
— Dużo was tam chodzi?
— Tam, od kolejowego nasypu po łąkę, to tylko my dwie z siostrą i Mania Kluska. Innym niewolno. Zaraz bijemy kamieniami.
— A jakbyście wy gdzieindziej poszły?
— Toby nas bili. Mania raz była pijana i przelazła za nasyp, to jej własna cioteczna siostra skorupą od garnka oko przecięła. Takie jest prawo — ustawa.
Młody Neftze siadł na kłodzie drzewnej i zapalił papierosa.
— Daj mi pan — poprosiła dziewczyna.
— Dobrze, ale siądź.
— No, więc usiądę.
Usiadła.
Szeroko zachodziło lipcowe późne słońce za równią. Brzozowy las na widnokręgu zapłonił się cały fioletowo-czerwonem i modroczorwonem światłem. Takież barwy jaśniały na niebie, pogodnem i bezchmurnem, wgłębnie rozgrzanem, bo dzień był skwarny. Zapach szedł i lekki wiatr od zbóż podmiejskich. Rzechotanie żab było słychać i urok letniego wieczoru długiemi, powolnemi, równemi — falami spływał na ziemię od strony wschodniej, cicho błękitnej i w niezmierną oddal zawiedzionej.
Młody Neftze puścił kłąb dymu z ust i ozwał się:
— Lubisz się patrzeć na słońce?
— We dnie je mało widzę, bom we fabryce — odpowiedziała dziewczyna.
— A wieczór?
Dziewczyna uśmiechnęła się cynicznie.
— He, wieczór to ja pokazuje, a nie żeby mnie co kto pokazywał!
— A ty zamążbyś nie mogła iść?
— Zamąż? Pójdę tam kiedyś, ale jeszcze czas. Niech se przynajmniej użyję, pókim młoda. Jak sobie czasom uzbieramy w kilka parę rubli, co nam zbędzie, to jazda do Feierówny — tańczymy, pijemy, śpiewamy, nieraz to nas okradną do nitki chłopcy:
— A wy co?
— A to my znowu ich przy okazyi.
— Komu się uda?
— Dobrze pan powiedział: komu się uda. Ale nam to się i to często udaje z kieszeni co wyciągnąć, kiedy facet się zacietrzewi, że o Bożym świecie nie wie.
— Jak ci na imię?
— Józia.
Młody Neftze ujął dziewczynę łagodnie za rękę.
— Nie gniewaj się, moja Józiu; ty masz szesnaście lat, pijesz, sprzedajesz się i kradniesz — począł mówić.
Dziewczyna obraziła się.
— Cóż mnie pan złodziejką robi?! Wszystkie takie!
Chciała wstać z kłody, ale młody Neftze przytrzymał ją łagodnym, ale silnym uściskiem.
— Nie gniewaj się, Józiu. Ty masz lat szesnaście, twoja siostra czternaście. I wszystko to — dlaczego to wszystko.
— Albo ja wiem?
— No — dlaczego?
Dziewczyna popatrzyła na niego.
— Niewiem — powtórzyła.
— Z nędzy.
— Prawda — rzekła dziewczyna. — Tak pan to prosto powiedział. Ale pan mi nie chciał ubliżyć...
Młody Neftze spojrzał na nią, łzy mu się zakręciły w oczach, schylił się i pocałował dziewczynę w rękę.
— Co pan robi?! — krzyknęła, podskakując na kłodzie.
A miody Neftze zsunął się z kłody, przykląkł i pocałował ją w kolano.
— Czy pan zwaryował, czy co?! — krzyknęła dziewczyna. — Pan mnie?!
— Tak, ja ciebie — rzekł młody Neftze, podnosząc się i siadając na dawnem miejscu.
— Co pan chciał? — spytała Pasternakówna przyciszonym, zestraszonym głosem.
— Chciałem cię prosić o przebaczenie — odpowiedział młody Neftze.
— Za co?
— Za mojego ojca — za nas — dodał z naciskiem.
— Ale pan mnie żeby całował w kolano! — ponowiła dziewczyna. — Pan, taki bogaty, tak ślicznie ubrany! Czy pan — ale się pan nie obrazi, za pozwoleniem pańskiem — czy pan niema co tu?
I pokazała palcem na czoło.
— Owszem, mam! — odparł młody Neftze.
— Aha! Widzi pan! — krzyknęła Pasternakówna i odsunęła się gwałtownie, gotowa zerwać się i uciec.
— Nie bój się! — rzekł młody Neftze — nie bój się. Nie jestem waryat. Wiem, co robię. Owszem, ja dopiero teraz zaczynam być mądrym — dodał gorączkowo. Po chwili mówił dalej; — Czy ty wiesz, że w tym zamku, który ojciec niedawno kupił na Ślązku, jest czterdzieści koni cugowych, które razem, jak mi mówił stalmajster, są warte sto tysięcy marek?
— Marek? Cóż to marka? Taka na listy?
— To pieniądze. To będzie ze czterdzieści tysięcy rubli.
— Konie?! Chyba ze świata całego?
— Nie, w naszej stajni w Grabenberg. Nie licząc wierzchowych, których jest pięć, pewnie także z pięć tysięcy rubli.
— Je-je-jej! I pan to wszystko będzie miał?
— Ja, bo jestem jedyny syn.
— To pan będzie strasznie bogaty? A ileż pan ma lat?
— Siedmnaście.
— Szkoda, że tak długo musi pan czekać.
— Ja już przecie teraz jestem strasznie bogaty. Ja jestem w Berlinie w gimnazyum — mam guwernera, kamerdynera, dwóch lokai, kucharza, kuchcika, dwóch chłopców stajennych. Nazywają mnie „der reiche Fitzi“, to jest bogaty Fitzi, albo „bawełniany książę“.
Dziewczyna słuchała osłupiała.
— Wydaję, ile chcę. Ojciec powiedział guwernerowi: niech Filip ciska pieniądzmi. Tylko w ten sposób my możemy wejść w świat.
— Nie rozumiem. Niby w jaki świat?
— Bo widzisz — mój dziad był takim samym robotnikiem, jak twój ojciec.
— Tak, słyszałam nieraz, jak mówią na twojego ojca: on, psiakrew, taki sam dobry, jak i my! Stary Neftze nie dojadł, nie dospał, a syn jaki pan! Z naszego potu i z naszej krwi! Pamiętam nieraz...
— Tak, dziadek z prostego robotnika z przędzalni wyszedł na majstra i już coś oszczędził i zostawił, a ojca mojego do szkół dał. Ojciec się potem ożenił z córką Paukera, tego, co miał kopalnię węgla, i wziął pół miliona rubli posagu. Potem wszedł w spółkę z Luchsami i nie wiem, co się stało, ale stary Luchs umarł nagle na appopleksyę. Filip Luchs — ja po nim imię noszę — się zastrzelił, jedenaście lat temu, a między Karolem Luchsem i wdową po Filipie wiem że był długi proces, ale papa nieraz mówił mamie: co mi te dziady zrobią! Co Wilhelm Neftze wziął w pazury, tego mu dyabeł nie odbierze! A mama nieraz mówiła: możeby im dać co odczepnego, żeby dali pokój — na co papa odpowiadał: dadzą pokój, bo już na adwokatów nie mają. Jeszcze mnie Karol o posadę prosić będzie!
Dziewczyna milczała, potem odezwała się: to też słyszałam, jak ludzie mówili, że na pańskim ojcu dużo krzywdy ludzkiej cięży. Nie pogniewa się pan?
— Nie — mów.
— Mówili — — kiedy się boję — —
— Nie bój się! Mów! Proszę cię!
— Kiedy...
— Każę ci mówić!
— No to powiem: mówili nieraz tak: ten rudy pies — niby ojciec pański — szachrajstwem doszedł do majątku. Mówili na niego: łajdak, złodziej... Inaczej go nikt nie nazwie, tylko „rudy pies“. „Rudy pies“ — to już każdy wie, o kim się mówi.
Młody Neftze trząsł się cały i schował twarz w dłoniach.
— Nie gniewa się pan? — szepnęła przerażona Pasternakówna, nachylając się nad nim.
A z piersi młodego Neftzego wyrywało się, jak gruzły krwi z piersi suchotnika, ciężkie, okrutne szlochanie.
— No, czego pan płacze? — szeptała Pasternakówna. — Czego pan płacze?
Młody Neftze zaś runął z kłody twarzą na ziemię i tarzał się w szlochaniu po niej.
— Panie! Panie! — poczęła wołać w największem przerażeniu dziewczyna, usiłując go podnieść z ziemi.
Po chwili młody Neftze podniósł się i usiadł.
— Mów jeszcze — rzekł rozkazująco, dusząc łzy w sobie — co ludzie jeszcze mówili?
— Kiedy pan płacze...
— Nie będę płakał! Mów!
Krzyknął, a dziewczyna zaczęła:
— Mówili: kto się też i kiedy pomści za wszystkie ludzkie krzywdy na tym łotrze?
— Tak mówili?
— Tak.
Młody Neftze zerwał się z kłody.
— Pójdź! — krzyknął, chwytając Pasternakównę za rękę.
— Gdzie?
— Tam! — i wskazał głową pałac.
— Tam?! Poco? Tam nam niewolno chodzić! Tylko jak deputaci...
— Deputaci! — ryknął chłopiec. — Ty będziesz deputatką! Chodź!
Powlókł ją za sobą, powlókł, jak wicher wlecze pęk słomy po ścierni. Dzierżąc dziewczynę za rękę przeleciał przestrzeń do pałacu, roztrącił służbę, kopnął olbrzymiego doga, który ku dziewczynie poskoczył i wpadł z nią przez salę jadalną i dwa boczne pokoje do kancelaryi ojca.
Stary Neftze pisał coś, siedząc za biurkiem, tyłem do drzwi.
— Kto to? — spytał, nie podnosząc głowy.
— To ja! — krzyknął Filip.
Stary Neftze zwrócił się ku synowi z surową twarzą, lecz zobaczywszy Pasternakównę, otworzył usta ze zdumienia.
— Co to jest? — zapytał więcej zdziwiony, niż oburzony tonem, jakim mu syn na zapytanie odpowiedział.
— Co to jest?! — powtorzył Filip.
— To jest nędza!
I pchnął dziewczynę ku ojcu.
Starego Neftzego oblała krew. Porwał się z fotela.
— Co to znaczy?! Błaźnie! Kto jest ta żebraczka? — zawołał w gniewie.
Filip Neftze zaśmiał się dziko.
— Więcej, ojcze, więcej! Dodaj: kto jest ta pijaczka? kto jest ta złodziejka, kto jest ta prostytutka? kto jest?! — krzyczał, a śmiech jego przeszedł w jakiś ryk prawie zwierzęcy. — To jest twoja robotnica, ojcze, to dziewczyna z twojej fabryki, to krzywda ludzka, a patronem tej krzywdy jesteś ty, ojcze, Wilhelmie Neftze, królu bawełniany, milionerze, ty!
Urwał.
Twarz starego Neftzego stała się ceglanej barwy. Stał wyprostowany naprzeciw syna i wylękłej i oszołomionej do nieprzytomności dziewczyny, nie mogąc przemówić. Wreszcie opanował się, a biorąc zachowanie się syna za napad jakiejś gorączki, zaczął łagodnie:
— Fitzi, zdaje mi się...
Ale syn przerwał mu:
— Fitzi! „Der reiche Fitzi aus Grabenberg“! Bawełniany książę! Fitzi, który jadł i pił w Berlinie pot i krew dziesięciu tysięcy takich, jak ta, nędzarzy! O hańbo!
— Chory jesteś! Po doktora! — zwrócił się stary Neftze do lokai, którzy biegli za Filipem i dziewczyną, ale zatrzymali się u drzwi kancelaryi, nie śmiejąc wejść.
— Doktora?! — zawołał Filip. — Naco? Jej — zapóźno, mnie nie trzeba! Jeśli komu potrzeba doktora, to tobie, ojcze, ale ja sam ciebie uleczę! Wilhelmie Neftze, właścicielu fabryki bawełny, wzywam cię, zwróć pieniądze, które wydarłeś nędzarzom, oczyść imię twoje z hańby i padnij na kolana przed tą dziewczyną, przed tą chorą, złodziejką i prostytutką, błagając ją o przebaczenie tak, jak ja przed nią padłem!
Stary Neftze wybuchnął śmiechem — szerokim ogromnym śmiechem prostego człowieka, ale śmiech ten podziałał jak uderzanie szpicrutą na szalejącego chłopaka.
— Ojcze! — krzyknął przeraźliwym głosem. — Krzywdzić jest zbrodnią, ale szydzić z nędzy, którą się wywołało, jest podle!
Twarz Wilhelma Neftzego z ceglastej stała się białą. Przez chwilę drżał, potem poskoczył ku synowi i trzasnął go w twarz. Filip zatoczył się, oparł o kasę wertheimowską i krzyczał w uniesieniu: Bij! A wiesz, jak cię nazywają? Łotrem! Złodziejem!... Ponowny raz zamknął mu usta. Wilhelm Neftze zwinął dłoń w pięść i straszliwy cios byłby spadł na czaszkę syna, ale Józia Pasternakówna uchwyciła go za rękaw, wrzeszcząc cienko: Ludzie! Zabije go! O jej!
Stary Neftze wydarł rękaw dziewczynie i z furyą zwrócił się ku niej.
— Wyrzucić! — zawołał do lokai, wskazując na dziewczynę. — Na łeb!
W tej chwili jednak błysnęła ku lokajom lufa rewolweru, który Filip zdarł ze ściany obok kasy.
— Precz! — krzyknął. — Marsz!
Lokaje cofnęli się w popłochu za drzwi.
Wówczas Filip poskoczył za nimi, zakręcił klucz w zamku, wyszarpnął i włożył go do kieszeni.
— Co chcesz uczynić?! — zapytał stary Neftze, cofając się mimowoli o krok.
Filip blady, z plamą czerwoną koło ucha i koło ust, stał przed nim z rewolwerem w ręku, trzęsąc się cały. Milczeli. Józia Pastęrnakówna trzymała się za skronie obu rękami, patrząc przerażonemi oczyma.
— Co chcesz uczynić? — powtórzył stary Neftze.
— Co chcę uczynić? Chcę się zemścić, ojcze! Chcę się zemścić za nich i za siebie! Chcę się zemścić za wszystką tę nędzę, której ty jesteś przyczyną, za głód, za ubóstwo, za upadek, za zbrodnię, za hańbę, w których żyją twoi robotnicy. Chcę się zemścić za twoje miliony, za twoje pałace i twoje życie zbytkowne! Chcę się zemścić za te dziesiątki tysięcy marek, które przysyłasz mi do Berlina i za ten przepych, którym mnie tam otoczyłeś! Chcę się zemścić za tę dziewczynę, za twoich dawnych wspólników Luchsów!
— Milcz! Głupcze! — krzyknął stary Neftze. — Co ty wiesz!
Filip wołał dalej: Chcę się zemścić za wszystko złe, jakiegoś dokonał, chcę cię ukarać, tak strasznie, abyś do końca życia wił się z boleści! Ja będę tym mścicielem, którego wzywają w twoich fabrykach! Ja pomszczę dziesięć tysięcy krzywdzonych ludzi, a zemsta moja będzie okropną!
Nim jednak Filip Neftze skierował lufę rewolweru — ku swojej skroni, ojciec z krzykiem: Szalony! — uchwycił go za dłoń i skręcił mu rękę. Strzał huknął i Józia Pasternakówna z przestrzelonem sercem zwaliła się na ziemię.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kazimierz Przerwa-Tetmajer.