Józef Poniatowski

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz
Przerwa-Tetmajer
Tytuł Józef Poniatowski
Pochodzenie W czas wojny
Data wydania 1915
Wydawnictwo Księgarnia Wydawnicza J. Czerneckiego
Drukarz E. i Dr. K. Koziańscy
Miejsce wyd. Kraków
Źródło skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
JÓZEF PONIATOWSKI.


Smutny, pełen gorzkich, niepokojących uczuć jechał Poniatowski na czele swego korpusu, wezwany rozkazem cesarskim z Mohylowa pod Smoleńsk. Zwał się pierwszym ułanem Polski, jak Latour d’Auvergne, którego imię powtarzać miano przy każdym apelu z odzewem „padł na polu chwały!“, pierwszym był grenadyerem Francyi. Nie naczelne dowództwo sił polskich, ale to pierwsze ułaństwo Polski kładło na barki Poniatowskiego ciężką, wielką rękę narodu. Bo naczelnym wodzem V-go korpusu mógł być po nim kto inny, ale on był pierwszym żołnierzem ziemi krwi.
Zachodziło przed nim słońce szeroką, ogromną falą koło kręgu. W czerwieni niebios tonęła przed nim kula słońca, złotoognista, za brzozami różowemi i sinoponsowemi, schodziła wolno, w bezmierność. Spokojna, pusta rówień wchłaniała w siebie słońce płomienne i wojsko błyszczące, które prowadził. Zda się, za skraj ziemi, w otchłań płomieni.
Las na widnokręgu, od boku, palił się zorzą zachodu, w szeżodzie purpurowej malował się taśmą olbrzymią — — bez końca.
Tętniło za księciem wojsko...
Jakiż to, jakiż to rycerz ogromny?
Koń pod nim czarny i zbroja na nim czarna... Skórę lamparcią ma przez kark i drzewo w stal okute, jawór Achillesowy, w prawicy wzniesione. Hełm w czarnych piórach na głowie mu się puszy — — jakiż to, jakiż to rycerz ogromny zajeżdża księciu drogę, naprzeciw dąży od pustki?
Wewnątrz zwróconemi oczyma widzi go Poniatowski.
Dziwny, dziwny los wspólny...
I on z obcym cesarzem wojował, obcemu cesarzowi służył...
Poznał go Poniatowski.
Wyolbrzymisz że się ty, o książę, do tej postaci wiekowej, do tej ogromnego rycerza postaci?
I on padł, odwrót cesarski zasłaniając, obcego cesarza.
Oto jedzie pierwszy ułan Polski naprzeciw pierwszego Polski rycerza...
Wzdrygnął się Poniatowski w siodle.
Ręką przetarł czoło, spojrzał przed siebie w step, nie było nikogo.
A jednak jechał był tu, naprzeciw niemu, na karym koniu w czarno szmelcowanej zbroi z czarnemi piórami na hełmie, tu, naprzeciw, Zawisza Czarny.
Wezbrało dumą serce Poniatowskiego.
A! Choćby mu i los podobny padł!
Choćby zasłaniając odwrót Napoleona polec przyszło, jak tam, nad Dunajem, polec przyszło, gdy odwrotu przed Turkami Zygmunta Luksemburczyka dzielić nie chciał, Czarnemu Zawiszy z Garbowa.
Ale znał się pierwszym ułanem Polski, znał się w huf święty wliczon, znał się śród bohaterów. Jeśli padniesz, o książę, a któż cię witać podąży?
Otóż witać podążą dwaj nieśmiertelni, Achilles z Hektorem; oto rękę do ciebie wyciągnie obrońca mostu, rzymski Horatius Cocles; oto Roland róg Ronsewalu zwiesiwszy na wstędze, witać cię przyjdzie; Gotfryd de Bovillon, krzyżowców wódz, Ryszard Lwie serce, król Anglii i sułtan Saladin; oto wyjdzie naprzeciw Cyd hiszpański i twój polski rodny Czarny Zawisza Sulimczyk z Garbowa, pierwsi rycerze świata.
Książę Poniatowski, zali cofniesz się kiedykolwiek?
Zali jest śmierć, zali jest zguba, zali jest strach, przed którym byś wyboczył?
W nieśmiertelny huf wejdziesz rycerzy świata, herosów, z Leonidasowego puhara pić będziesz, a trzystu Spartanów na cześć twoją w tarcze miedziane mieczami uderzy — — Termopylami w echo.
Poniatowski odwrócił głowę. Był sam. Dywizya kawaleryi ciągnęła za nim powoli na zmęczonych koniach. Za kępą drzew, w pustce rzuconych, zabielił się dwór, pobok wsi jakiejś stojący. Nie zwracając uwagi pod ogród mimo jechał książę.
Wtem z za parkanu ogrodu wychyliły się dwie różowe główki dziecinne, potem trzecia, znikły i znów wychyliły ciekawe i zastraszone.
— Dzień dobry! — zawołał Poniatowski.
Główki znikły, jak ścięte, lecz znów się pokazały, z mniej przerażonemi oczyma.
— Swój! Polak! — wołał książę.
— Polak? — zapytał najstarszy chłopczyk.
— Polak.
— Nie Niemiec?
— Ani nic podobnego? — dodała dziewczynka.
— Nic, nic podobnego — roześmiał się książę. — Jest tatuś w domu?
Chłopczyk zawahał się, ale odpowiedział po chwili:
— Jest.
— A mamusia?
— I mamusia.
— I dziadzio, i babcia, i ciocia Bolesia, i mademoiselle. Piją kawę — dodała dziewczynka.
— Pobiegnijcie do tatusia i zapytajcie, czy hrabia Potocki, szef brygady księcia Józefa Poniatowskiego, który tu z wojskiem nadciąga, może odpocząć chwilę i czy kawy dostanie?
— Dobrze! Zaraz! — odpowiedział chłopczyk.
— Ah! To pan jest z wojska księcia Poniatowskiego! — zawołała dziewczynka.
— Pan jest z wojsta tsięcia Poniatowstiego! — powtórzył najmłodszy chłopczyk.
I wszystko troje pobiegli od parkanu wewnątrz ogrodu ku białemu dworowi.
Książę patrzał za nimi: starszy chłopczyk mógł mieć lat dziesięć, dziewczynka dziewięć, młodszy pięć.
Poniatowski podjechał powoli ku bramie podwórza. Stał w niej już średniego wieku szlachcic z wyżłem przy nodze, w kapocie szaraczkowej.
— Mam honor adyutanta jego książęcej mości witać? — ozwał się serdecznie.
— Potocki — odpowiedział książę. — Pozwól waszmość pan, że się zaprosi na kawę.
— Sercem całem! Sercem całem! — odrzekł szlachcic. — Proszę!
Wjechał Poniatowski w bramę, konia mu parobek wziął, a on sam przez pana domu prowadzony, do jadalnego pokoju wszedł, gdzie cała rodzina przy kawie zgromadzona siedziała. Pani, dwoje siwowsłosych staruszków i młoda panna. Za krzesłem matki stały dzieci. Wszyscy byli wzruszeni zapowiedzianym gościem i powstali na powitanie.
— Jaśnie wielmożny hrabia Potocki, szef brygady korpusu księcia Poniatowskiego — rekomendował szlachcic.
— Mości panie hrabio — rzekła podchodząc ku niemu pani domu — szczęście to dla nas. Prosimy.
— Pałasz, panie hrabio, choć na moment odepnij — podjął szlachcic.
— Dobrze.
Chciał szlachcic pałasz odpięty własnoręcznie w kącie postawić, ale już stał przy Poniatowskim najstarszy chłopczyk i błagalnie nań patrzał.
Więc Poniatowski odpiętą broń w ręce mu podał, a dziecko w obu rękach małych ją trzymało, rozpłomienione całe i czerwone, zawstydzone i wzruszone do głębi duszyczki.
— Tadziu, postaw — rzekł ojciec.
Chłopczyk spojrzał na ojca z wyrzutem, wahał się sekundę, zaniósł pałasz w kąt i stanął przy nim.
Ojciec skinął nań ręką.
— Ja tu ja tu — będę pilnował — powiedział chłopczyk cichutko drżącemi, jak do płaczu, ustami.
Poniatowski dosłyszał, uśmiechnął się doń, a chłopczykowi oczy się zaszkliły.
Podano księciu kawę, a tymczasem dziewczynka wyszła z pokoju. Opowiadał książę, jak na rozkaz Bonapartego po siedm mil dziennie drugi już dzień robią, w dwie dywizye piechoty, szesnastą Zajączka i ośmnastą Kniaziewicza i dywizyę kawaleryi, podczas gdy siedmnasta dywizya Dąbrowskiego z brygadą kawaleryi pchniętą została rozkazem cesarskim na obserwacyę Bobrujska, oraz osłanianie Mińska przed ewentualną dywersyą jenerała Oertela, stojącego w Mozyrze, gdy pojawiła się przed nim dziewczynka z pękiem kwiatów, zerwanych w ogrodzie, świeżych i pachnących róż, narcyzów, lewkonii i rezedy i położyła mu je z dygiem obok filiżanki. Poniatowski cofającą się za rączkę ją wziął i pocałował.
— Charmée — powiedziała dygając powtórnie.
Poniatowski pił kawę, jadł do niej świeżą, doskonałą babę i pachniał mu ten polski dwór, cichy i spokojny. Wisiały na ścianach portrety przodków w kontuszach, zbrojach pancernych i mundurach z herbem „Orlą“ w bokach portretów na tło malowanym. Poznał książę dwa mundury — jeden artyleryjski, drugi mundur lansyera, dwaj ludzie młodzi, a portrety czarną krepą obwiedzione.
— Polegli? — zapytał.
— Bracia moi młodsi — odpowiedział szlachcic. — Jeden pod Ulm, drugi pod Saragossą. Jeszcze tu i trzecią pamiątkę możemy pokazać. Bolesiu.
Bladawa o smutnej twarzy przystojna panna, siedząca naprzeciw, wyciągnęła z za gorsu medaljon, otwarła i podała księciu.
Poniatowski rzucił oczyma na miniaturę i rzekł:
— Tę twarz widziałem — — ale tak! Ten  młodzieniec stał obok mnie trzeci w szeregu, kiedy z karabinem prowadziłem pierwszy batalion pierwszego pułku piechoty do ataku w lasku falęckim. On padł —
Cała rodzina otaczała już księcia.
— Dzieci! Wnuki moje! — zawołał siwy starzec. — Patrzcie! Oto wódz z pod Raszyna!
A najmłodszy chłopczyk ukląkł, pocałował wodza w but zakurzony i podniósłszy ku niemu obie rączki, wypowiedział z zachwytem:
— Tsiąze Józef Poniatowsti!...

∗             ∗

Wzruszony wyjechał Poniatowski za bramę białego dworu. W ciężkiej gorzkiej służbie, gdy dla trwania przy Napoleonie odrzuciwszy wszystko, co mu proponował cesarz Aleksander przez Sanguszkę, przez Czartoryskiego, przez pułkownika Tolla, co zdawało mu się spływać tęczowym potokiem pomyślności dla niego, złotym potokiem szczęścia dla kraju, w armii francuzkiej narażony był na upokorzenia, lekceważenie, zaniedbanie i piekące wyrzuty cesarza, że o chleb dla wojska się upomina, kiedy o Polskę walczyć idzie, a plany jego pewne, zbawcze i niezawodne wywołania pożaru w dawnej Rusi polskiej Napoleon jednem zaprzeczeniem zniweczył; gdy duszę jego żarła zmora złych przeczuć i posępnych myśli: te dzieci polskie wyrosły przed nim jak kwiaty na gruzami zapełnionej drodze. Ten chłopczyk tam, pałasza jego w kącie pilnujący, ta dziewczynka ze swoim wyuczonym dygiem i swoją papuzią francuzczyzną, ta polska panna dziewięcioletnia serce mu swoje całe w różach, lewkonii i rezedzie na obrus koło serwety kładąca, ten pięcioletni entuzyasta, ten poeta z wulkanem malutkiego serduszka w piersi dziecięcej; śliczna godzina życia, lilia pamięci. Książę Józefie, ty dla nas, dla nas idziesz walczyć — mówiły te dzieci — my nie mamy rycerza naszych serc, daj nam dźwięk imienia, od którego zawsze zadzwonią nasze serca, jak od srebra czystego. Niech imię twoje, Józefie Poniatowski, stanie się wzniosłą myślą naszych dusz. My chcemy być szlachetne, bądź nam wzorem. Pomnij, że wszystko można ludziom zabrać, lecz szlachetności duszy zabrać im nie można i że udaje nieprzyjaciel, jeśli szlachetnością duszy pomiata. Pomnij, książę Józefie Poniatowski, że jakakolwiek jeszcze przed nami dola, jakąkolwiek tragedję bytu przyszłe nam wieki gotują: my chcemy mieć ciebie, jak naszą ukochaną gwiazdę na oczach, my dzieci polskie, chcemy mieć swój ideał honoru, męztwa, bezinteresowności, pogardy wszystkiego co nizkie, miłości wszystkiego, co najwyższe, godności i bohaterstwa, niezłomności i ofiary, my dzieci współczesne tobie i te, co po tobie przyjdą, chcemy mieć w tobie rycerza myśli naszej bez trwogi i zmazy. Pamiętaj o tem dziś, jutro i zawsze i aż do końca, pierwszy ułanie Polski...
W tak głębokiej zadumie jechał książę, iż nie zauważył, że żołnierze jego przyśpieszywszy tempa, tuż za koniem jego się znajdowali.
Ocknął się i ujrzał za sobą z boku swego adjutanta Kickiego w ponsowym mundurze.
— Jesteś? — odezwał się.
— Do rozkazów waszej książęcej mości. Na godzinę niemal drogi wyprzedziłeś nas, mości książę.
— Chciałem być sam.
— Myślałeś, mości książę, o krzywdach naszego korpusu, jakich doznawaliśmy pod bratem Bonapartego i jakich zapewne przy nim samym doznawać będziemy?
— Nie — odpowiedział Józef Poniatowski — myślałem o Zawiszy Czarnym i dzieciach polskich.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kazimierz Przerwa-Tetmajer.