Na pomoc!

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karel Čapek
Tytuł Na pomoc!
Pochodzenie Boża męka
Wydawca Księgarnia F. Hoesicka
Data wydania 1927
Druk Drukarnia Ludowa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Stanisław Alberti
Tytuł orygin. Pomoc!
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
NA POMOC!
Spostrzegł, że jest na rozległym stoku, porosłym pięknemi drzewami.

— Przecie to Francja — odgadł nagle — może wsiadłem do innego pociągu. To rzeczywiście dziwny pociąg. Same obce twarze, które się ze mnie śmieją, jakbym był źle ubrany. A pociąg jedzie tak dziko, że okna brzęczą.
Broż wyrwał się ze snu. Ktoś pukał w okno.
— Kto to? — wykrzyknął Broż z zapartym oddechem.
— Proszę pana — mówił na dworze drżący, kobiecy głos — gdyby nam pan przyszedł prędko na pomoc!
— Idź do djabła! — odpowiedział Broż gniewnie i wwiercił się głową w poduszki.
Ach, pochwycić znowu przerwane włókno snu! Nawiązać sen w tem właśnie miejscu, gdzie był przerwany! Pociąg!
— To było coś o pociągu! — przymuszał się Broż.
I nagle przyszła mu do głowy męcząco jasna myśl:
— Powinienem się zapytać, co się im stało!
Wyskoczył z łóżka i pośpiesznie otworzył okno. Owiała go pusta, chłodna, czarna noc.
— Kto tu jest? — zawołał.
Nikt nie odpowiadał.
Wtedy wstrząsnął nim chłód. Położył się; znowu odnalazł w pościeli swoje własne, suche ciepło — i sycił się niem pożądliwie i nieograniczenie. Znowu opadały jego powieki, a członki ogarniała bezwładność. Och, spać!
Szeroko otwartemi oczami wpatrywał się Broż w ciemność.
— Kto to mógł być? Nikt się tu we wsi nie troszczy o mnie. Kto to — szukał u mnie pomocy? Był to kobiecy głos. Był to niezbadanie bolesny głos. Może chodziło o życie? W końcu nie jestem lekarzem! Ale może chodziło o życie.
Zmęczony odwrócił się Broż do okna. Rysowało się jak zimno-modry prostokąt w czarnej, nieprzebitej ciemności. Nigdzie nie pali się. Jest cicho. Tylko zegarek u wezgłowia tyka.
— Co się to stać mogło? Jakieś nieszczęście? Może gdzieś w sąsiedztwie ktoś umiera, boryka się bezradnie z ciężką chwilą. Nie jestem wkońcu lekarzem!
Ale łóżko męczy i pali.
Broż usiadł na pościeli i z przyzwyczajenia nałożył okulary.
— W jaki sposób — zastanawiał się — mógłbym wogóle dopomóc? Jakbym się mógł przyczynić do tego? Czy coś umiem może, coby się przydać mogło? Boże! ani poradzić, ani pocieszyć, ani słowami nie potrafiłbym zdjąć z kogoś części brzemienia, ani podeprzeć kogoś obecnością moją. Sam przecie nie pożądam niczego innego, prócz spokoju, prócz tego, aby się pozbyć innych. Co się to stać mogło?
Wtem wpadła mu myśl do głowy, aby zaświecić lampę.
— Może zobaczą, że świecę i przyjdą znowu. Będę świecił. Okno moje będzie jak latarnia morska. Gdy przyjdą, zapytam się, co się im przytrafiło. Przynajmniej przekonam się, że rzeczywiście nie mogłem im w niczem pomóc.
Z góry pocieszony wtulił się Broż w poduszki. Z natężoną uwagą czekał, czy zaskrzypią wrota i czy odezwie się za drzwiami ten sam głos kobiecy, proszący. Ale dręczył go tylko tykocący bieg zegarka. Napróżno usiłował go zatrzymać.
Była trzecia godzina.
Powoli kładło się mu na piersi przykre brzemię niepokoju i wzruszenia.
Nikt nie przychodził.
Wahając się chwilę — począł się Broż szybko ubierać.
— Zapewne tam, gdzie się coś stało — mówił sobie — będą świecić. Zapukam więc do okna. Tak czy owak nie będę już spał. Nic tam wprawdzie nie pomogę, ale — Może są tak bezradni — —
W pośpiechu poplątał sznurowadła u bucików i przeklinał je. Wreszcie udało się mu związać jakiś niezwykły węzeł.
Wybiegł przed dom.
Było czarno, zupełnie czarno. Broż puścił się uliczką w dół, wypatrując światła w oknach.
Nigdy dotąd nie widział wsi tak bezświadomie uśpionej, tak obcej wszelkiej czujności — tak obcej.
Nigdzie nie było migotliwej, nocnej lampki, nigdzie ani prążka światła, przeciskającego się przez okiennice.
Przerażony stanął przed kaplicą. W oknach dygotał słabiutki odblask światełka. Błądził płomień.
— Wieczna lampka — zrozumiał po chwili i poszedł dalej.
Ale nigdzie nie świeciło się. Wszędzie było ciemno. Tylko trochę bladości rysowało się na przepoconych ścianach.
Pocichu wracał Broż do domu, nadsłuchując przed niemymi domkami.
— Czy nie odezwie się wewnątrz któregoś lament? czy nie poruszy się cicha bezmoc? Czy nie zapłacze kobiecy głos? — sondował Broż przepastne przestwory milczenia — nic, ani głębszego oddechu, nic. Czy nie zaleci z obszaru nocy, z jakiejś dalekości, z jakiejś strony świata rozdzierający krzyk o pomoc?
Jak obcy jest ten śpiący świat, który nie mówi! Który nie wykrzyknie bólem! który nie zawoła o zbawienie! Gdyby się teraz podniósł najcichszy lament, czy nie chwyciłby się go żarliwie, czyż nie oparłby się o niego, jak o słup, czyż nie czepiłby się go jak światła rozbłysłego w ciemnościach!
— Innym dopomagać chcesz — odezwał się w nim jasny i drwiący głos — a sam sobie nie możesz dopomóc!
— A dlaczegóż w istocie jest tak? — myślał Broż w bolesnem zdumieniu.
— Wszak raczej dlatego, ach, właśnie dlatego, że sam sobie dopomóc nie możesz. Kto sobie dopomóc może — będzie pomagał sam sobie — ale ty, który nie umiesz tego — nie jesteś tu zgoła potrzebny.
Broż stanął, jak uderzony.
— Sam sobie dopomóc nie możesz? Ale dlaczego tak jest właśnie? Czy potrzebuję wogóle pomocy — — — od siebie samego, albo od kogokolwiek? Czy jest mi tak źle? Boże, to nie! Przecie żyję ze swego i niczego więcej nie pragnę. Tylko, abym przeżył swe dni dla siebie samego. Nie mam niespełnionych marzeń. Sam sobie dopomóc nie mogę? Niema w czem — Nigdy mi to nie przyszło na myśl. Niech wszystko zostanie jak jest: dzień po dniu, aż do chwili, której dojrzeć nie można.
Dzień po dniu?
Broż usiadł na kamieniu i wpatrywał się bez ruchu w ciemność, jakby potajemnie śnił dalej — przerwany sen, albo jakby się mu zwidywały dnie po dniu, miesiące i lata, aż do chwili, której dojrzeć nie można.
— Nic się już nie zmieni! co się ma zmienić? Zdarzenia uciekają, a lata biegną, ale dzień po dniu nadchodzi, jakby się wogóle nic nie działo.
Upłynął dzień: i cóż z tego? Przecież dni są równe — jutro przyjdzie ten sam dzień! Tylko kiedy upłynie znowu!
I codziennie powiedzieć sobie mogę: nie straciłem niczego, prócz dnia! Niczego więcej, prócz dnia! Dlaczego więc ta tęsknota?
Broż tarł sobie mocno czoło: czy dlatego, abym się przezwyciężył? Jestem niewyspany. Zatrzymałem się, a dni narosły okół mnie, jak mury; dzień za dniem ułożyły się równo i ciężko, jak ściany. Już wkrótce się przebudzę. Ale czyż ten dzień, który zastanę dookoła będzie niezwykły i nowy? Czy nie będzie złożony z tysiąca przeszłych dni, jak z cegieł ściany? I powiem sobie znowu: to jest przecie jeden z tych dni, których tysiące ułożone są jak ściany. Dlaczego nadszedł? Przecież wczoraj było ich o jeden mniej! Czy warto było obudzić się na ten jedyny dzień?
Wszystka ospałość opuściła go nagle.
— Przecież to jest więzienie — zrozumiał przestraszony — tyle lat żyłem, jakby we więzieniu!
Szeroko rozwarł oczy. Było mu tak jakby się rozświetliły nagle wszystkie te smutne lata: dziwnie obce, jeszcze dziwniej znajome, wszystkie dni, dni bez liczby.
— Ach, więzienie! — wyrwał się Broż — czyż nigdy nie przebudzę się w niezwyczajnym dniu? Czyż nie czekam na to codziennie (— ach, więzienie!), czy nie czekałem zawsze?
Zrozumiał nagle (— rozświetliły się minione lata!).
— Ach, czyż nie zatrzymałem się w istocie po to, abym czekał na niezwyczajny dzień?
Rozświetliły się minione lata.
— Patrz, Boże! — szeptał Broż, wpatrując się w niebo — nie będę już dłużej taić przed tobą. Czekałem na Twoją pomoc! na cudowne wyzwolenie! Czekałem, przeczuwając, że nagle się stanie coś wielkiego, że nagle ukaże się światło w szczelinach i wśród szybkiego kołania do drzwi rozkaże silny głos: „Łazarzu, wstań“. Tyle lat czekałem na silny głos zwycięzcy! Nie przyszedłeś i ja już nie liczę na ciebie. Ale jeżeli czekam jeszcze, to na pomoc i na wyzwolenie! Na jakiś głos, który mnie wywoła z mego więzienia! Może nawet nie jest silny, ale tak słaby, że trzeba go podeprzeć własnym głosem. Może to nie jest nawet głos rozkazujący, ale proszący: „Łazarzu, wstań, abyś nam pomógł“.
Sam sobie dopomóc nie możesz, kto tobie dopomoże? Kto przyjdzie wyzwolić ciebie, który sam się wyzwolić nie możesz?
Wszystko śpi w nieświadomym spokoju. Na wargach śpiącego tyka dziecięcy ból. Chłopięcy sen. Coś o pociągu? Uciekający sen kreśli się na ścianach więzienia.
Ale niespodziewanie przyjdzie, zastuka w okno i wywoła ciebie ze snu — niezwyczajny dzień!
Czy poznasz go z oddali i wyskoczysz niezaspany?
Może czekałeś na wstrząśnienie świata: „usłysz ciche, błagalne wołanie“.
Może dzień, na który czekasz nie przyjdzie nawet jako dzień świąteczny, tylko poprostu jak dzień powszedni, jak poniedziałek życia — nowy dzień!
Nad lasami świta.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karel Čapek i tłumacza: Stanisław Alberti.