Myśli o Afryce Północnej

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Myśli o Afryce Północnej
Pochodzenie Po szerokim świecie
Wydawca Ignacy Płażewski
Data wydania 1925
Druk Zakł. Graficzne B. Wierzbicki i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
MYŚLI O AFRYCE PÓŁNOCNEJ.

Ubiegłej jesieni odbyłem podróż po północnej Afryce. Ponieważ nie stawiałem sobie określonego terminu dla tej podróży, więc mogłem w pewnych miejscowościach, które wydawały mi się być bardziej interesujące, pozostawać przez dłuższy czas i swobodnie oddawać się obserwacji. Nadzwyczaj gościnne i serdeczne przyjęcie i pomoc, których doznałem od władz francuskich, znacznie ułatwiły mi to zadanie.
Pozwalam więc sobie odrazu na wstępie wyrazić moją serdeczną wdzięczność p.p. Marszałkowi Lyantey, senatorowi Stegg, ministrowi Urbain Blanc, generałom de Chambrun i Calmel p. p. Pariel, Halmagrand, Le-Glay, Witasse, pułk. Hanotte i całemu szeregowi osób urzędowych.
Zupełna szczerość i otwartość władz francuskich wobec, chociaż obywatela historycznego sojusznika Francji — narodu polskiego, lecz bądź co bądź — cudzoziemca mogły zaiste zadziwić; zadziwiło to też i mnie, lecz bardzo prędko zrozumiałem przyczynę tej otwartości. Jest ona bardzo prosta. Francuzi nie mają nic do ukrywania w swej kolonizacyjnej polityce na północy Afryki. Mogli bez ograniczeń pokazać swoją Afrykę mnie — prywatnej osobie, pisarzowi i Polakowi, lecz z taką samą szczerością mogą, z pewnością, uczynić to i, naprzykład, dla generałów Hindenburga lub Lüdendorfa.
Muszę jednak zaznaczyć, co mnie interesowało w Afryce Północnej.
Jak czytelnikom moim wiadomo, napisałem książkę z opisem swej podróży przez Centralną Azję pod tytułem „Bêtes, Hommes et Dieux“. W tej książce podałem szereg obserwacyj, dotyczących psychologji ludów Azji Centralnej. Te obserwacje przyprowadziły mnie do wniosku, że jedynym cementem, wiążącym w jedną polityczną całość ludy, zamieszkujące serce Azji, były Chiny monarchiczne, gdyż dynastja umiała utrzymać w ręku władzę nie tylko nad całemi Chinami właściwemi, lecz i nad ościennemi, położonemi za wielkim murem prowincjami, a więc Mongolją, Mandżurją, chińskim Turkiestanem, zachodnią Kan-Su i Tybetem. Z upadkiem dynastii Da-Cyn cement ten znikł, rozpoczęła się wojna domowa i anarchja w Chinach i odprężenie się od metropolji prowincyj kresowych. Na tem podłożu wybujały różne polityczne spekulacje, aż prawie całkowicie zlały się z podyktowanym z Lassy Tybetańskiej i Urgi Mongolskiej prądem pan-azjatyckim. Ten ostatni, o psychologji buddyjsko-lamaickiej, zaczął się ubiegać o polityczny związek z Islamem i, sądząc z informacyj, otrzymanych na dworze Żywego Buddhy w Urdze, już dochodzić zaczął w tym kierunku do pewnego porozumienia nawet w Indjach Brytyjskich, gdzie niechęć i pogarda muzułmanów do buddystów były szczególnie wyraźne i silne.
Uważając, że związek Islamu z Buddyzmem byłby ostatnim aktem kwestji pan-azjatyckiej, poczem nastąpić mogłaby akcja czynna, dla europejskiej cywilizacji wroga i niebezpieczna, tem bardziej, iż byłaby kierowana przez Rząd Rosji Sowieckiej, naturalnie w tym ruchu zainteresowany, chciałem przyjrzeć się Islamowi afrykańskiemu, jako najpotężniejszemu kultowi na czarnym kontynencie, który tai na swych niezbadanych jeszcze dostatecznie przestworach nieznane siły mięśni i ducha miljonów czarnych ludzi.
Europa, kipiąca we własnych uprawach, przeoczyła już obudzenie się żółtego kontynentu, może więc przeoczyć też obudzenie się — czarnego. Zbadanie stanu tej kwestji stało się mojem zadaniem w odbytej podróży po Afryce Północnej.
Zwiedzając Marokko (Maroc), Algerję i Tunis, miałem sposobność rozmawiania z bardzo dobrze poinformowanymi w poruszanej przeze mnie sprawie urzędnikami francuskimi, z Arabami, z uczonymi mułłami i z wieśniakami.
Uderzyły mnie dwie rzeczy niemal odrazu na wstępie na ziemię afrykańską w Oranie. Jest to uświadomienie ludności arabskiej, berberyjskiej, kabylskiej i drobniejszych szczepów o zachodzących na Bliskim Wschodzie i w Egipcie wypadkach budzącego się Islamu i o... komunizmie rosyjskim. Naturalnie, że tylko dobre strony komunizmu, propagowanego przez Moskwę, były znane ludności afrykańskiej, co odrazu pozwalało podejrzewać importu agitacji na rzecz Sowietów.
Co do stosunku do wypadków, związanych z kwestją Islamu, to głównem centrum informacyjnem jest Fez, to gniazdo wszelkich spisków i intryg arabskich dysydentów. Stąd idzie uświadomienie i agitacja po całej Afryce francuskiej, w jakim celu posługują się agitatorzy wpływowemi medersa, mułłami i studentami. Taki system jest stosowany tem łatwiej, iż do agitacji pan-islamu dołączony został ruch przeciwko panującemu w Marokku sułtanowi i jego protektorce — Francji.
Zdawałoby się, że nic niema łatwiejszego, jak podnieść sztandar ogólnego powstania, tembardziej, że tuż obok w hiszpańskiej zonie za grzbietem Riff już wre pomyślna walka Abd-El-Krima z Hiszpanami, a bandy tego przewódcy kilkakrotnie wrywały się na terytorjum francuskie od północy. Jeszcze istnieje jedna okoliczność, która mogłaby ułatwić powstanie: jest to ciągle trwająca walka pomiędzy francuskiemi oddziałam, a niepodległemi plemionami na południu w rejonie Taza i na północy — w rejonie Ain-Arscha i innych.
A jednak takiego powstania podnieść kierownikom pan-islamizmu nie udało się dotąd. Starałem się wyjaśnić sobie przyczynę tego drogą rozmów z tubylcami.
Nie będę zatrzymywał się długo nad tem, że zastosowana w tych kolonjach francuska polityka kolonizacyjna jaknajmniej podrażnia i ubliża miejscowej ludności w ich wierzeniach religijnych, prawie koranicznem i obyczajowem i w życiu codziennem.
Właśnie w Salé, leżącem tuż obok Rabatu, stolicy protektoratu, miałem rozmowę z wyraźnym przeciwnikiem wpływów francuskich śród tubylców. Mój rozmówca, po wymianie zdań, wykrzyknął z niecierpliwością:
— My robimy wszystko, aby zmniejszyć wpływ i urok Francuzów, lecz nic zrobić nie możemy, gdyż oni potrafili przywiązać do siebie serca tubylców!
Dla mnie to wyznanie było całkiem miarodajne i takiem pozostaje teraz, gdy odbiegam myślą wstecz i widzę północną francuską Afrykę po jej zwiedzeniu. Ludność, która niedawno jeszcze cierpiała od bezprawia w sprawach podatkowych, poborów do wojska, rekwizycji etc., obecnie rządzi się podług ogólnego i stałego prawa, ujmującego prawo Koranu i wszelkie lokalne „Kanuny“ oddzielnych, drobnych nawet szczepów. Głownem zadaniem francuskich władz jest jaknajmniejsze wtargnięcie się do życia tubylców, w jakim celu kierownictwo tem życiem jest oddane władzom tubylczym, rdzennym, zaczynając od „Wielkich Kaidów“ Atlasu i kończąc na drobnych kaidach i kadzi (cadi) po wioskach i kazbach (kazba), pod niewyczuwalną prawie kontrolą urzędników francuskich, uznających nawet czysto komunistyczne rządy, istniejące naprzykład w Figuig‘u oraz w niektórych komunach Wielkiej Kabylji.
Ludność muzułmańska, wszędzie na kuli ziemskiej nieprzyjaźnie do ludzi innego wyznania usposobiona, wkrótce oceniła w zupełności cywilizacyjną rolę Francuzów. Sami Arabowie, Berberzy, Suss mówili mi, że ludność różnych obwodów była przed laty dziesiątkowana przez różne choroby: lues, ospę, dyzenterję, cholerę i tyfus, obecnie zaś jest starannie leczona przez najlepszych agitatorów cywilizacji europejskiej — lekarzy francuskich. Najlepszym dowodem powodzenia medycyny europejskiej jest prawie całkowite zniknięcie znachorów arabskich, trudniących się obecnie prawie wyłącznie fabrykowaniem talizmanów i zaklęć, mających znaczenie wyłącznie tradycyjne, obyczajowe. Zaopatrzenie w wodę niezaludnionych obszarów, doprowadzenie jej do cierpiących zawsze na brak wody wsi i osad — podniosło zdrowotność i dobrobyt ludności, która uważa to za dobry, zgodny z Koranem czyn, co niejednego Araba pogodziło z Francuzami.
Przeprowadzenie linij komunikacyjnych — żelaznych, szosowanych i zwykłych, zbliżyło tubylców głównemi rynkami, z lecznicami, a co potem następuje — z władzami i kolonistami francuskimi, zmniejszając podejrzliwość i wrogość muzułmanów do chrześcijan.
Powiedziałbym, że francuskie szkoły dla tubylców, za wyjątkiem szkoły wojennej, która, jak naprzykład w Meknesie, demonstruje genjusz wojenny Francji, mają być może, mniejsze i słabsze znaczenie asymilacyjne, gdyż prawowity muzułmanin nie odda swych dzieci do takich szkół, a ten, który to uczyni, nie będzie się cieszył tymczasem szczególnem poważaniem śród rodaków, a więc dla sprawy moralnego powodzenia polityki francuskiej pozostanie niepotrzebnym czynnikiem, raczej nawet szkodliwym, kontragitacyjnym.
Poza temi wynikami cywilizacji europejskiej i francuskiej polityki, mamy jeszcze kilka przyczyn, które tymczasem wstrzymują rozwój ruchu pan-islamicznego. Najpierw wskażę tu na rozbieżność poglądów politycznych i społecznych poszczególnych plemion. Wiadomym jest fakt, że aborygeni Afryki Północnej, plemiona Berberów, Kabylów, Souss, Schlen i innych, są nader wrogo usposobieni dla dawnych zdobywców Arabów, wychodźców z zachodniej Azji. Arabscy kierownicy pan-islamizmu nie mogą bezwzględnie liczyć na spółdziałanie i pomoc aborygenów, raczej odwrotnie, z nimi właśnie mają najwięcej kłopotów, gdy się starają o przyciągnięcie ich na swoją stronę. Autochtoni nie dowierzają Arabom, pamiętając dobrze, że na ich to właśnie trupach ci przybysze azjatyccy budowali swoją potęgę w Afryce i w Hiszpanji, oraz rzucali ich na pastwę śmierci wszędzie w Europie, podczas wojen Turcji z chrześcijanami.
Ta wrogość autochtonów do Arabów przełączyła się nawet do niektórych wpływowych świątyń i uniwersytetów koranicznych (medersa), które mają wpływ na opinję ludności, a są jednocześnie w teoretycznych, nieraz nader zażartych sporach pomiędzy sobą. Ta okoliczność bardzo osłabia jednolitość pan-islamistycznego frontu, tembardziej, iż w ostatnich czasach coraz częściej daje się wyczuwać pewien antagonizm nie tylko pomiędzy afrykańskiemi „medersa“, lecz nawet pomiędzy niemi a wielkiemi ośrodkami Islamu — w Mecce, Medynie, Damaszku, Bagdadzie, Angorze, Brussie i t. d.
Jest to zjawisko historycznie nowe, a spowodowane wielkiemi zmianami zasadniczemi, które zaszły w Islamie. Najpierwszym przedstawicielem doktryny Mahomeda był pierwszy Imam, Padyszach, władca prawowiernych — sułtan turecki w Stambule, drugim po nim był Scheik-ul-Islam.
Padyszacha dotknęły „brudne dłonie motłochu“ — objaśniał mi jeden z uczonych mułłów, — więc był zwykłym śmiertelnikiem, którego nie błogosławił wielki prorok Mahomed imieniem Allaha. Wokoło tytułu Scheik-ul-Islama powstała walka i niegodni tego zaszczytu ludzie zmieniać się zaczęli jeden po drugim na tronie tego dostojnika kultu Proroka! Islam pozostał bez głowy, jak stado owiec bez pasterza. Bezsilny jest i miota się w trwodze, niepewności i niewiedzy swoich dalszych dróg“.
To poetyckie określenie stanu rzeczy w świecie muzułmańskim wydaje mi się bardzo realnem i miarodajnem. Słyszałem już takie zdanie, będąc w Rosji, od mułłów i muezzinów tatarskich i kirgizkich w czasie, gdy młodoturcy zdetronizowali po raz pierwszy sułtana i uwięzili go w Salonikach. Dla ludów o psychice religijnej i tradycyjnej przytoczone fakty stanowią klęskę i katastrofę całego ich światopoglądu, co powinno mieć niezawodny i potężny wpływ na sprawy polityczne w pierwszym rzędzie.
W ten sposób widzimy, iż Islam współczesny nie posiada ogólnie uznanego Imama-wodza, poszczególni zaś wodzowie nie mają dość wpływów, uroku i siły i nie mogą się odważyć wznieść wielki zielony sztandar Proroka, w znak „świętej wojny“ świata muzułmańskiego przeciwko światu chrześcijańskiemu. Każden taki śmiałek będzie krytykowany, nieuznawany i nawet zwalczany przez samych wyznawców Islamu.
Zdaje się, że zwycięski wódz Arabów z Riffu — Abd-El-Krim zamierza targnąć się na taką niebezpieczną dla białej rasy w Afryce, lecz jeszcze bardziej niebezpieczną i ryzykowną dla niego samego awanturę. Sądząc z moich własnych wrażeń, może on przyczynić dużo powikłań europejskiej polityce kolonjalnej, lecz niezawodnie zginie pośród wielkich niesnasek i sporów swoich współwyznawców.
Jednakże, niebezpieczeństwo ze strony Abd-El-Krima istnieje. Abd-El-Krim posiada już tak znaczną armję, że nie tylko się opiera wszelkim wysiłkom hiszpańskich wojsk, lecz nawet bardzo pomyślnie walczy z niemi. Ta armja wkrótce zacznie odczuwać brak pożywienia i będzie zmuszona wprost żywiołowo wtargnąć w granice francuskiego Marokka, pomijając już naturalny pęd północnego „imama“ w stronę świętego Fezu, t. j. Mekki afrykańskiego Islamu. Zwiedzałem właśnie jeden z odcinków północnego frontu francuskiego około Taounat w kilka godzin po wtargnięciu znaczniejszego oddziału Arabów z Riffu. Zjawienie się ich wywołało powstanie wśród części ludności w północnej części Protektoratu.
Generał de Chambrun szybko zlikwidował tę sprawę i małemi siłami, a raczej wielką psychologją na pewien czas zabezpieczył Marokko sułtana od podobnych wypadków. Mówię — „na pewien czas“, gdyż w razie planowego przejścia przez armję Abd-El-Krima granicy Riffu, wypływające stąd operacje wojenne Francuzów już nie będą się ograniczały do psychologicznej akcji, lecz będą wymagały znacznych sił i środków bojowych. Nie tylko naród i rząd francuski, lecz nawet inne państwa powinny zrozumieć, że wtedy nastąpi bardzo poważny i odpowiedzialny moment, w którym należy przedsięwziąć wspólne kroki, aby lokalny ruch, odbywający się pod hasłem pan-islamizmu, nie nabrał zbyt wielkiego rozpędu, ogarniając kraje, graniczące z Egiptem, a przez niego łączące się ze światem muzułmańskim, liczebnie i moralnie jeszcze dość silnym, aby znaczne powikłania wnieść do powikłanej ogólno europejskiej sytuacji. Zdaje mi się, że bieg wypadków woła już o takie wzajemne porozumienie się państw europejskich i o zaniechanie wzajemnych intryg politycznych.
Ludy, wyznające Islam, powinny, zachowując swój kult, przyłączyć się do cywilizacji Europy, lecz nie grozić jej w momenty nie zawsze usprawiedliwionej wypadkami historycznemi nienawiści rasowej i religijnej, inaczej wstrzymują znacznie bieg postępu, a same zginąć muszą, czego życzyć ani sobie ani im nie może żaden cywilizowany naród.
Takie są trudności polityczne dla całej Afryki Północnej ze strony pan-islamizmu. Widzimy to w bardziej jeszcze wybujałej formie w Egipcie, a odczuwać się to daje i na obszarach włoskich posiadłości.
Do tych trudności w zwiedzanych zeszłej jesieni częściach północnej Afryki dołączyły się jeszcze inne, a w pierwszym rzędzie — intrygi ze strony ościennych kolonij, czasami nawet podtrzymujących, w sposób nie zawsze zupełnie neutralny, ten lub ów ruch śród ludności tubylczej; jest to zwykła intryga polityczna, rozliczona na efekt chwilowy, a ślepa na szkodliwe skutki dla dzieła całej białej rasy w bliższej lub dalszej przyszłości jej istnienia i pracy cywilizacyjnej na czarnym kontynencie.
Drugą kategorję stanowi agitacja komunistyczna, prowadzona przez agentów bolszewickich, których znaczną ilość nawet przygodny podróżnik spotkać może w Algerji i Tunisie, dokąd się przędzierają z Trypolitanji. Objaśnia się to tem, że te dwie posiadłości Francji weszły już w zakres krajów uprzemysłowionych i, co zawsze potem następuje, posiadających proletarjat rolniczy i fabryczny.
Nie wiem, czy istnieją jakieś studja psychologiczne co do różnicy pomiędzy proletariatem europejskim a arabskim; myślę jednak, że specjalne, odrębne cechy charakteru etnicznego ludów północnej Afryki, nawykłych do życia z naturą, do wolności prawie pierwotnej, do koczownictwa, a posiadających właściwości charakteru ogólno-muzułmańskiego, musiały wytworzyć całkiem odrębną psychologję tego proletarjatu. Oprócz ogólnych dążeń proletariackich, podyktowanych światu przez zorganizowaną europejską socjal-demokrację, w Afryce niezawodnie mamy dążenia specyficzne, zbliżone do ściśle muzułmańskich, podsycanych obecnie przez bolszewickich agitatorów, oraz proroków pan-islamizmu.
W taki obraz psychologiczno-polityczny ująłem swoje wrażenia i spostrzeżenia subiektywne za czas podróży po Afryce Północnej. Ujrzałem tu obraz obudzonego Islamu i tymczasem jeszcze cień niebezpieczeństwa, grożącego białej rasie. Myśli moje były w tym okresie bardzo zbliżone do tych, jakie mnie przed 4 laty nurtowały; gdym przebiegał serce Azji.
Obudziły się ludy i szczepy, niezdolne do pracy konstruktywnej i organizacyjnej, gdyż zdolne są łączyć się w większe organizacje tylko pod wpływem haseł wojennych lub religijnych, poza temi zaś wybuchami energji wpadają w stan bezwładu, bierności i anarchji społecznej, co powoduje zwyrodnienie i wymieranie. Obudziły się te ludy i grozić zaczynają cywilizacji białej rasy, niepomne jej wielkich zasług przed ludzkością. Genjusz białej rasy, charakterystyczny dla Arjów, jest nawskroś konstruktywny, syntetyczny i już oddawna mógłby odegrać rolę zbawiciela ludzkości i wielkiego budowniczego powszechnego ładu i pokoju na kuli ziemskiej, gdyby nie istniało rozbieżnych, egoistycznych dążności poszczególnych państw europejskich i nader szkodliwych i niebezpiecznych sił destrukcyjnych, rozsadzających z wewnątrz cały gmach cywilizacji europejskiej.
Już kilkakrotnie w swoich książkach i artykułach zaznaczałem, iż Europa powinna przejrzeć, chociażby na chwilę odrzuciwszy egoizm polityczny, a wtedy niezawodnie zrozumie, iż stoi przed obliczem nie tych drobnych stosunkowo lokalno-europejskich niebezpieczeństw, które pochłaniają całą jej uwagę, lecz olbrzymich katastrof, zbliżających się od Wschodu i częściowo od Południa muzułmańskiego, katastrof, grożących całej naszej cywilizacji i istnieniu, a ujętych obecnie w ręce półazjatyckich kierowników polityki sowieckiej, której ideałem prawdziwym jest nowy okres historji ludzkości, zaczynający się od „gołej ziemi i gołego na niej człowieka“.
Marzeniem Rosji Sowieckiej jest zdeprawowanie Europy moralnie i politycznie, zburzenie rekami miljonów żółtych i czarnych ludzi — cywilizacji współczesnej, zdziesiątkowanie szeregiem klęsk żywiołowych, jak epidemja i głód, zastępów swoich bezwiednych i ślepych wykonawców i rozpoczęcie nowego okresu historji, rozpoczęcie od początku, niemal od jaskiniowego perjodu.
Gdyby się im to udało, wierzę, że tylko genjusz aryjski powtórnie wytworzy nowy etap cywilizacji i postępu i zwycięży w walce z naturą, — lecz czyż ma prawo Europa dopuścić do zburzenia wspaniałego dzieła setek pokoleń i promiennych, potężnych genjuszów, co wyszły z głębin naszej rasy na dobro i pożytek całej ludzkości?...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.