Rozmach amerykański

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Rozmach amerykański
Podtytuł (Ze wspomnień o Ameryce)
Pochodzenie Po szerokim świecie
Wydawca Ignacy Płażewski
Data wydania 1925
Druk Zakł. Graficzne B. Wierzbicki i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
ROZMACH AMERYKAŃSKI.
(Ze wspomnień o Ameryce).

Przypominam sobie dwa dziwaczne spotkania... Dziwaczne, lecz nad wyraz pouczające i otwierające drogę do zrozumienia Ameryki.
Było to gdzieś pod Nowym Jorkiem, w małej mieścinie, dokąd w niedzielę zawiózł mnie samochodem mój przyjaciel, szukający tu odpoczynku po pracy biurowej i zgiełku życia nowojorskiego.
Cały dzień spędziliśmy śród łanów dojrzewającej pszenicy i zjedliśmy przyrządzone w domu śniadanie pod owocowemi drzewami u jakiegoś drobnego farmera.
Po zachodzie słońca powracaliśmy na stację kolejową, gdzie zostawiliśmy samochód. Był to duszny, upalny wieczór, droga pełna kurzu. Zmęczeni całodzienną włóczęgą, szliśmy powoli, co chwila ocierając pot z czoła i marząc o szklance zimnej wody sodowej, gdyż pragnienie dotkliwie nam dokuczało.
Do stacji jednak mieliśmy jeszcze spory kawał drogi.
Nagle na zakręcie ścieżki zjawił się młody chłopak i dźwięcznym, chociaż „fachowym“ głosem z miejsca zaczął robić „business“.
— Woda zwykła lub mineralna tylko na chwilę ugasza pragnienie, szanowni gentlemeni, natomiast suszone rodzynki radykalnie zabijają przykre uczucie pragnienia. Proszę sprawdzić... Pięć centów!
Mówiąc to, szybko wyjął z kosza dwie małe papierowe torebki i podał je nam. Zapłaciliśmy po pięć centów i zaczęliśmy skwapliwie żuć rodzynki, dość ironicznie spoglądając na siebie i jednocześnie myśląc o tem, że daliśmy się nabrać na taką prostą, lecz dobrze obmyśloną reklamę. Jednak, rodzynki były istotnie bardzo dobre i doskonale pomogły nam na pragnienie.
Poszliśmy dalej w towarzystwie businessmana, który nie przestawał mówić o sobie, swoim wynalazku i swoim interesie, który jakoby świetnie mu się zapowiadał.
— Boże wielki — mówił z melancholijnym uśmiechem politowania — zacząłem ten interes przed miesiącem. Sprzedawałem rodzynki wprost z kosza, bez opakowania, doprawdy, nie był to dobry towar, gdyż kupowałem najtańszy, nieoczyszczony i nieodsortowany gatunek. Nie miałem wcale mieszkania, żyłem nie będąc pewnym jutra, klijentami moimi byli żebracy, dzieci tragarzy portowych i inna „arystokracja“ tego rodzaju. Jednak, dżentelmeni, ciułałem cent po cencie, dolar po dolarze. Teraz sprzedałem panom towar wprost standartowy, w najlepszym gatunku, w przyzwoitem opakowaniu, zabezpieczającem go od kurzu. Pięciu moich agentów (wymówił to z dumą) wraz ze mną sprzedają te paczki w najbardziej uczęszczanych przez publiczność zamiejskich ustroniach oraz w pociągach, gdzie duszno, gorąco i natłoczono.
— Rodzynki tam są bardzo pożądane — zauważył mój przyjaciel, nabywając nową paczkę. Poszedłem za jego przykładem.
— Naturalnie! — odparł, uśmiechając się. — Ale to jeszcze mały interes. Marzę o dobrej reklamie i własnym sklepie w najbardziej uczęszczanem przez publiczność miejscu. Tymczasem, nie posiadam potrzebnego kapitału, lecz za dwa — trzy miesiące...
Przerwał, gdyż spostrzegł wielkie towarzystwo, które się wlokło szosą, zmierzając ku stacji. Widzieliśmy, jak wyłowił kilkanaście pięciocentówek i bezustanku mówił i mówił.
W parę miesięcy później czytałem w dziennikach huczną i błyskotliwą reklamę o znaczeniu rodzynków dla zdrowia. Były tu i nauka i poezja, i zrozumienie wymagań kupującej publiczności. Przedsiębiorczy młodzieniec zapowiadał sprzedaż rodzynków za 10 centów w pięknych torebkach z różowej higjenicznej merli, nadających się na prezent „dla dzieci, dziewczyn i starców“. Uśmiechnąłem się, czytając tę huczną reklamę i nie wątpiłem, że mój znajomy posiada już własny sklep i że po kilku latach ze skromnych 10-centówek i różowych torebek wybuduje sobie drapacz nieba i zacznie myśleć o tem, co ma teraz uczynić z częścią dochodów, aby służyły ludzkości lepiej od rodzynków.
W roku zeszłym otrzymałem wiadomości od swego przyjaciela, że nasz młodzieniec wprawdzie nie zbudował sobie jeszcze drapacza, lecz wynajął już wyłącznie dla swego interesu kilka plantacyj wina w Kalifornji i ufundował trzy stypendja dla najbardziej pomysłowych uczniów jakiejś szkoły handlowej.
A więc już zaczął...

W porcie nowojorskim wstąpiłem pewnego dnia do wielkiej budy, gdzie za ladą stał otyły, łysy jegomość i bezustanku krzyczał na kilkunastu parobków, zajętych gorączkowem otwieraniem ostryg. Zjadłem przy ladzie swoją porcję i przez cały czas obserwowałem pracę, wrącą w budzie. Migały w powietrzu ręce, błyskały krótkie noże, schylały się i wyprężały grzbiety, latały odrzucane od koszów muszle. Zdawało mi się, że widzę w ruchu jakąś bardzo skomplikowaną maszynę, poruszającą kilkunastu kołami, wahadłami i tłoczniami, a ożywioną niewidzialnym motorem, ukrytym gdzieś w głębi tej budy, przesiąkniętej wonią morza, ryb, krabów i ostryg.
Po namyśle, zrozumiałem, gdzie się mieścił ten motor. Leżał on w kasie otyłego, łysego właściciela tego składu ryb i ostryg i restauracyjki „à la fourchette“. Był to wszechpotężny dolar. Takie było pierwsze wrażenie, lecz tegoż wieczoru przekonałem się, że działał tam też inny motor, o wiele szlachetniejszy, a zrozumiały i bliski dla każdego prawdziwego Amerykanina.
Otóż zwabiony dziwnym obrazem takiej wytężonej, gorączkowej pracy, której niemal że bez wytchnienia oddawali się Amerykanie, Włosi, Niemcy i Chińczycy, tegoż samego wieczoru przyszedłem znowu do tej restauracji.
Praca już się skończyła, i robotnicy sprzątali budę, wynosząc kosze z muszlami, zmywając stoły i kubły i zamiatając podłogę.
Po kolacji wychodziłem jednocześnie z tłumem robotników. Na rogu ulicy jeden z nich, chudy, barczysty o młodej, lecz poważnej twarzy blondyn poprosił mnie o zapałkę. Podałem mu pudełko, a w czasie, gdy on, zapalając fajkę, pykał zawzięcie dymem, zacząłem go rozpytywać o jego pracę. Rozgadał się szybko, co widząc, zaprosiłem go na kawę do pobliskiego „saloon‘u“.
Tu, wypocząwszy trochę, umieścił nogi na wolnem krzesełku, wyciągnął się z rozkoszą, prostując kark i ramiona, i zawołał:
— Dziś to nic jeszcze, tak sobie — zwykła praca, ale jutro będzie gorąco!
— Czy jutro macie więcej obstalunków i gości? — zapytałem.
— Nie! Jutro mamy konkurs doroczny. Staną do współzawodów najlepsi otwieracze ostryg, a ten, który pobije zeszłoroczny rekord — dostanie premjum. Cały tysiąc dolarów! Rozumie pan? Tysiąc dolarów! To już kapitał.
— A jakiż był rekord? — zapytałem znowu.
— 2400 ostryg „New-Haven“ na godzinę! — wykrzyknął z zachwytem. — I wie pan co? Zrobiłem w zeszłym roku 2260. Pobił mnie Włoch Simonino od Czarnego Jacka, ale nieuczciwie. Bo to, widzicie, zagapiłem się, a on obcasem złamał rękojeść mego noża, który leżał na ziemi. Odrazu spostrzegłem to, gdy się zaczął konkurs, ale już nic nie mówiłem i robiłem, chociaż drewno właziło mi w dłoń i krwawiłem, jakgdybym był rzeźnikiem od chicagowskiego Armour‘a. Teraz znowu jutro zmierzymy się z Simonino, lecz będę na niego baczne miał oko. Thats‘-boy!
— Zrobicie mu takiż kawał — będzie miał za swoje! — zauważyłem, oburzony na zdrajcę Włocha, którego nigdy na oczy nie widziałem.
Mój nowy przyjaciel nagle podniósł głowę i błysnął oczami.
— Jestem Amerykaninem — rzekł z dumą — my uznajemy konkurencję nie jako kopanie dołków pod przeciwnikiem, lecz prześcignięcie go w pomysłowości, pracowitości i energji. Mam ja na niego inny sposób. Wezmę swój 1000 dolarów!
— A co potem będzie? — spytałem.
— Założę swój bar z ostrygami, przyciągnę do siebie najlepszych odkrywaczy i zwabię publiczność reklamą.
— A później?
— Jak tylko dobrze pójdzie, zacznę uczęszczać na kursy wieczorowe. Brakuje mi, sir, uczoności. Bez tego teraz żyć trudno i głupio.
Rozstaliśmy się z Billy Clagg‘em, któremu obiecałem koniecznie przyjść na walkę z ostrygami, jak on to nazwał.
Nazajutrz o 10-ej rano byłem już na miejscu zabawnego turnieju. Około stu odkrywaczy ostryg, stu ludzi różnych narodowości i barw stanęło przy olbrzymim stosie ostryg. Na dany znak zaczęła się robota. Śledziłem za Billy i odrazu zrozumiałem, że on musi zwyciężyć. Wynalazł, nie znając teorji Taylora, zupełnie ten sam sposób pracy. Inni współzawodnicy pracowali szybko, niektórzy nawet może szybciej od mego przyjaciela, lecz wykonywali szereg przeróżnych, całkiem niepotrzebnych ruchów, co chwila próbując nowych. Billy zaś robił zupełnie jednostajne ruchy, automatyczne, prawie matematycznie jednakowe w czasie i w przestrzeni. Gdym mu się przyglądał, sprawiał mi wrażenie maszyny, pozbawionej duszy i nerwów.
Schylał się po muszlę, otwierał ją błyskawicznem uderzeniem noża, wyrzucał mięczaka do kubła, ciskał na stronę muszlę i znowu się schylał, ani o setną część sekundy prędzej, ani o jeden milimetr niżej i znowu powtarzał cały cykl czynności.
Po godzinie uderzył dzwon, zawieszony przy stole sędziów.
Zaczęła się długa procedura obliczania, aż nareszcie prezydujący oznajmił:
— Rekord zeszłoroczny pobity. Rekord Billy Clagg‘a 2707!
— Hurra! — zawył tłum, który wszędzie i zawsze w chwili podniecenia wyje, a ponieważ prawie wszyscy widzowie porobili zakłady, więc podniecenie było wielkie i tu, na tej walce z ostrygami.
— All right! — odezwał się Billy, gdy krzyki ucichły. — Niech gentlemeni zwrócą też uwagę na to, że gotów jestem pójść o zakład, że nie więcej od 10% mam pokaleczonych ostryg. Czysta robota!...
Billy Clagg otrzymał swoje 1000 dolarów i założył własny bar, na którego szyldzie przeczytałem w kilka dni po konkursie:
— Ostrygi w barze recordsmana Billy Clagg‘a są żywe, świeże i nigdy nie pokaleczone. Za jedną pokaleczoną zwracam szanownej publiczności tuzin innych!
Do baru Billy mogłem się docisnąć dopiero przy pomocy samego właściciela, który uraczył mnie najwyborniejszemi blue points i flaszką bezalkoholowego elu imbirowego.
Nie wiem, co teraz robi Billy Clagg... Wiem tylko, że z pewnością nabrał tak pożądanej uczoności i dolarów. Zamiast otwierania ostryg, być może, zakłada teraz fabryki samochodów, kopalnie miedzi, bank lub olbrzymi kino-teatr.
Nie wiem tego, lecz spokojny jestem o mego Billy! Stać się wielkim businessmanem dopomoże mu amerykański rozmach — rozmach nie marzycielstwa i bezczynnego pożądania, lecz rozmach myśli, przedsiębiorczości i zdrowego umysłu współzawodnictwa „bez kopania dołków pod bliźnim“, jak się wyraził, ale zato z wytężeniem wszystkich danych mu od Boga i natury sił, skierowanych na to, aby się stać „the greatest“, the most powerful i — „the best“.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.