Miljoner „Y“/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Miljoner „Y“
Podtytuł Powieść o dzielnym murzynku-sierocie
Wydawca Książnica - Atlas
Data wydania 1933
Druk Zakładt Graficzne Ski Akc. Książnica-Atlas we Lwowie
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Rozdział I.
Sierota.

Liczył sobie dwanaście wiosen, posiadał najkrótsze na świecie ubranie i najkrótsze imię.
Szaty jego stanowiła wąska opaska dokoła bioder.
Imię zaś brzmiało — Y. Tylko — Y.
Poza tem Y był murzynkiem, bardzo dzielnym, silnym i sprytnym murzynkiem.
Cała wieś uśmiechała się do niego. Starzy i mali. Nawet nieliczne kołtuniaste psiska murzyńskie na widok chłopaka mrużyły głodne ślepia i merdały ogonami.
Nic dziwnego: Y był uważany za prawdziwego syna wioski, za dobrego jej syna.
Dobrocią płacił za dobroć.
W jego okrągłej, mocnej głowie, okrytej czarnemi, twardemi kędziorami, żyła wdzięczność. Żyła i osładzała mu gorycz smutnych wspomnień.
Ojca jego, biednego rybaka z nad Nigru, porwał krokodyl. Drapieżny, zuchwały płaz wciągnął go do wody i pożarł.
Matka, zawsze uśmiechnięta Barehe, zmarła też wkrótce. Pogryzły ją w dżungli muchy tse-tse. Długo chorowała na śpiączkę, aż rozstała się ze światem na zawsze.
Y pozostał sierotą. Murzyni są litościwi, chociaż nie wszyscy z nich wiedzą, że Chrystus, Syn Boży, nauczał ludzi miłować bliźniego swego jak siebie samego.

Mieszkańcy wioski Rugara zaopiekowali się sierotą. Mieszkał, gdzie mu się podobało. Wczoraj — w trzcinowym szałasie rybaka Soko, dziś — w stożkowatej, bambusowej chatce Buli, trudniącego się myślistwem, jutro — znów pod inną strzechą. Chował się wraz z innymi chłopakami. Żywiono go, jak własne dziecko. Jadał kaszę z manjoku[1] lub prosa, polewkę z ryb, banany, mangi,[2] pomarańcze lub papaje,[3] W dni świąteczne raczył się pieczoną na rożnie kurą lub upolowaną dziką perliczką. Po smaczne orzechy kokosowe i palmowe zapuszczał się z rówieśnikami do dżungli koło gór Halaru i — używał, ile się zmieściło.
Pędził życie wolne, beztroskie, niby ptak.
Ossendowski Miljoner Y p009.png

Chodził szybko i sprężyście, jakgdyby unosiły go niewidzialne skrzydła. Roześmiany, łagodny, chociaż zwinny i silny, nigdy się nie kłócił i nie bił z innemi dziećmi. Nikt nie wiedział, że chłopak nosił w sercu coś, co stało się dla niego „przepisem życiowym”. Zastąpiło mu to staranne wychowanie, jakie otrzymują w domu rodzinnym białe dzieci. O takiem wychowaniu murzyni nigdy nie słyszeli.
Cóż takiego kierowało życiem małego Y?
Była to wdzięczność i pogodna radość, nieprzerwane poczucie wielkiej szczęśliwości.
Żywił wdzięczność dla wszystkich tych czarnych kobiet i mężczyzn z Rugary zato, że przygarnęli go, jakgdyby był ich własnym synem, że uśmiechali się doń i dzielili wszystkiem, co posiadali.
Radował się, gdy roziskrzone słońce przebiegało niebieską kopułę nieba, a potem, gdy z dżungli wypełzały siwe opary, złotem i purpurą skrapiało korony palm i pokraczne, wygięte konary baobabów.[4]
Cieszył się na widok obłoków, przybierających kształty olbrzymów i nieznanych potworów o cielskach, ciągnących się poprzez pół nieba. Skakał i klaskał w dłonie, kąpiąc się w potoku, wpadającym do Nigru.
Śmiał się radośnie, gdy z ciemnych chmur wylewały się, do długich włosów podobne, strugi ciepłego deszczu.
Zrozumiał był rychło, że może utracić radosny nastrój i poczucie szczęśliwości, jeżeli innym sprawi cierpienie, lub przykrość. Dlatego też nie kłócił się i nie wymachiwał pięściami, nie psocił, nie kradł kurcząt, tytoniu i cukru, jak to czyniły nieraz inne dzieci.
Był wdzięczny ludziom i jeszcze komuś.
Istoty tej nie znał, lecz opiekę Jej nad sobą czuł w każdej chwili swego życia.
Starzy ludzie nazywali tę Istotę — Tenga, i opowiadali, że jest to potężny duch, czasami łaskawy, czasami gniewny, a mieszkający w głębi ziemi.
Y długo szukał Tengi. Pod starym, zbutwiałym baobabem przez kilka dni kopał ziemię, lecz Tengi nie znalazł, chociaż dół był bardzo głęboki. Chodził umyślnie do gór Halar i zapuszczał się do najgłębszych wąwozów. Wilgotno tam było, pachniało pleśnią i gnijącemi, zmurszałemi pniami drzew, a tak cicho, że aż lęk ogarniał chłopaka.
Pewnego razu spłoszył tam czujnego serwala,[5] ale Tengi nigdzie nie dojrzał.
Po tych bezowocnych poszukiwaniach mruknął do siebie:
— Ha! Dlaczego potężny duch ma przebywać w głębi ziemi? Przecież wyczuwam go w połyskliwych strugach rzeki, w śpiewie ptaków, w lazurowem niebie, w promieniach słońca i w migotliwym blasku gwiazd. Potężny duch jest wszędzie naraz!
Zrozumiawszy to, nie nazywał już niewidzialnej lecz dobrotliwej Istoty ani potężnym duchem, ani też Tengą. Uśmiechał się do niej i szeptał z wdzięcznością i umiłowaniem:
— Wspaniały!...
Chcąc być godnym szczęścia, porywającego go, przysięgał sobie, że nikt nie będzie się nigdy użalał na małego Y, któremu tak radośnie się żyje pod opieką „Wspaniałego” i dobrych mieszkańców Rugary.
Chłopak nietylko przysięgał, lecz i czynił tak, jak myślał: śpieszył każdemu z pomocą, spełniał każdą prośbę, nie odmawiał żadnej posługi.
Pewnego razu uratował całą rodzinę chorego i słabowitego Malikoro.
Zdarzyło się to przed czterema laty.
Przez wioskę przeciągała karawana urzędnika pocztowego, któremu w drodze zachorował posługacz. Urzędnik zażądał od starszyzny, aby chorego zastąpić kimśkolwiek z mieszkańców Rugary.
Wieśniacy wpadli w rozpacz. Przed tygodniem bowiem skończyły się ulewy i należało pośpieszyć się z orką i zasiewem. Gdy słońce wysuszy ziemię, rzucone do brózdy ziarno uschnie. Każdy więc z mieszkańców wioski pracował i pocił się na roli od świtu aż do zachodu słońca.
Ciężka to była praca.
W okresie deszczów na polach powyrastały gęste krzaki i wysoka, bujna trawa. Motykami i maczetami[6] wyrąbywano i wykopywano zielska i pędy. Zakrzywionym sękiem baobabu, zastępującym pług, orano ziemię i odwalano płytką skibę. Murzyni nie posiadają bydła roboczego, więc członkowie rodziny wprzęgają się do tego pierwotnego pługa i ciągną go przez ugor. Kobiety rzucają ziarno w brózdy, dzieci przysypują je ziemią. W razie gdy ubogi rolnik murzyński nie upora się z robotą na czas — głód zagląda do jego chaty.
Urzędnik wiedział o tem, lecz nie chciał o niczem słyszeć. Upatrzył sobie Malikoro i żądał, aby ten wyruszył z nim do dalekiej osady, do której pozostawało pięć dni drogi. Zapłakał Malikoro...
Wtedy do urzędnika przystąpił Y.
Przy pomocy tłumacza objaśnił go, że Malikoro jest chory i nie ma sił, ale zato on — Y, nie bacząc na swój mały wzrost i zaledwie osiem wiosen życia, posiada krzepkie dłonie i potrafi dogodzić białemu nuri.[7]
Taka powaga biła z twarzy chłopaka, a w głosie jego brzmiała tak gorąca prośba, że urzędnik machnął ręką, zaklął, ale przystał na to.
Y pomaszerował z karawaną, lecz nie prędko powrócił do wioski rodzinnej.
Zjawił się w Rugarze dopiero po roku.
Cała wieś wyległa na jego spotkanie. Kobiety, dzieciaki, a nawet starzy murzyni w zdumieniu przyglądali się chłopakowi. Jeszcze bardziej skołtunowaciałe psy ze skowytem uciekły w krzaki.
Istotnie można się było zdumieć!
Y w białych spodniach i kurteczce, w białych trzewikach i słomkowym kapeluszu z niebieską opaską, szedł i śpiewał skoczną piosenkę... angielską.
Murzyni otoczyli go kołem, a chłopak, błyskając zębami i białkami filuternych oczu, jął opowiadać.
A takie to były dziwy, że opowiadał przez całe trzy dni!
Wioska dowiedziała się, że biały nuri i jego madam polubili Y, on zaś polubił białego nuri i białą madam.
Trzepał im ubranie, czyścił obuwie, wodą i kredą mył i bielił hełmy i płócienne pantofle; szorował podłogę, prał i prasował bieliznę; pomagał kucharzowi przy gotowaniu i bawił się z synkiem białego nuri i białej madam.
Oni zaś karmili go zato, ubierali (chociaż nie sprawiało mu to żadnej przyjemności) i uczyli po angielsku (co znów cieszyło go bardzo!).

I am a black and polite boy![8] — rzekł z dumą i dodał: — Nauczyli mnie czytać i pisać! To — cudowna, piękna sztuka!
Ossendowski Miljoner Y p015.png

To mówiąc, palcem zaczął kreślić na piasku jakieś dziwne znaki, mrucząc pod nosem:
— A, b, c, d...
Stary murzyn, najsędziwszy w całej wiosce, kręcił głową i wzdychał. Kulawa Bisir zapytała:
— Powiedz, mały Y, jak ty się tego wszystkiego nauczyłeś?
— O, to — łatwo! — zawołał chłopak. — Trochę pracy, trochę pamięci — i już! Daleko wszak trudniej prasować bieliznę! O, daleko trudniej!
Roześmiał się głośno.
— Z początku parę razy przypaliłem żelazkiem koszule nuri i szlafroki madam, a potem przypalałem sobie palce... Dopiero pod koniec nauczyłem się prasować jak się należy...
Murzyni nie zrozumieli, co mogą oznaczać takie niezwykłe, nigdy nie słyszane słowa, jak koszula, szlafrok i żelazko. Y starał się objaśnić ich, lecz mimo to nie zrozumieli.
Chłopiec rozgościł się w Rugarze i wszystkim się wydawało, jakgdyby nigdy nie opuszczał wioski. Po dawnemu uwijał się wszędzie, ciągle coś robił, pomagał, doradzał.
Wieśniacy przezwali go wkrótce hyg, co znaczy — wójt, a to dlatego, że w imieniu wójta Y rozmawiał po angielsku z urzędnikami, przybywającymi do wsi po podatki. Stary Kalli bowiem nie rozumiał angielskich słów i mógł posługiwać się jedynie rodzimą mową Bambara. Tej zaś nie znali urzędnicy.
Przyjaźniąc się ze wszystkimi w Rugarze, Y najwięcej jednak lubił młodego, odważnego Soko.
Trudnił się on, jak niegdyś ojciec chłopaka, rybołówstwem i myślistwem.
Nikt lepiej od niego nie plótł sieci z włókien kokosowych i cienkich pasemek bambusu; nikt dokładniej nie znał obyczajów ryb w Nigrze i przemyślniej nie rozstawiał na nie więcierzy; nikt zręczniej nie podrywał keszrów[9] na wędki. Od Liamby do Ruhi nigdy o wprawniejszym od Soko rybaku nie słyszano.
Z nim to właśnie mały Y co noc wypływał na łowy.
Siadał zwykle przy sterze, z krótkiem wiosłem w dłoniach i kierował lekkiem, zwrotnem czółnem, patrzył i uczył się od rybaka.
Szczególniej porywał go połów najgrubszych ryb na ość.
Soko wyruszał na te łowy w najciemniejszą, bezksiężycową noc. Posadziwszy swego małego przyjaciela na sterze, strącał łódź na wodę, a tak cicho, że Y nie mógł nawet zgrzytu żwiru, ani plusku fal pochwycić.
Z dziobu łodzi zwisał ponad wodą druciany koszyk, a w nim płonęło łuczywo.
Świetlany krąg przebijał bystry nurt Nigru i sunął po dnie zamulonem lub zarosłem gęstemi jak włosy wodorostami.
Soko, uzbrojony w długą tykę bambusową, zakończoną trójzębnem, żelaznem ostrzem, nieruchomy, niby posąg, stał na przodzie łodzi i wpatrywał się w toń. Od czasu do czasu podnosił rękę, a wtedy Y hamował powolny bieg czółna i drżał cały w oczekiwaniu...
Rybak się prężył i coraz wyżej wznosił rękę z ością.
Mijała chwila, aż nieruchoma postać krótkim, lecz silnym zamachem wypuszczała drzewce, niby strzałę z napiętego łuku. Ość znikała w ciemnej głębinie.
Soko nigdy jednak nie chybiał. Bambusowy drążek wypływał, zanurzał się i znowu się zjawiał na powierzchni rzeki. Rybak chwytał go i, wparłszy sobie w ramię jego koniec, przyciskał ość do dna. Po chwili haczykowatym bosakiem wciągał do łodzi trzepoczącą się na ostrzu rybę.
Ukończywszy połów, chłopcy powracali i, wyciągnąwszy łódź na piasek nadbrzeżny, udawali się na spoczynek, tuż pod wysokiem urwiskiem, gdzie się zwieszały gałęzie akacyj i liście dumm’u.[10]
Leżeli na słomianej macie i cicho gwarzyli. Soko opowiadał o swoich przygodach, a chłopak słuchał w zachwycie.
Zasypiali dopiero wtedy, kiedy klucz małych, białych czapelek przelatywał z lekkim świstem tnących powietrze skrzydeł. Na dalekich łachach krechtały czarne kaczory i pobekiwały głupie i żarłoczne kormorany.[11] Zrzadka tam i sam coś wzdychało przeciągle, a wtedy słyszeli głośny plusk wody. Fala wybiegała na kamienisty ździar i syczała na żwirze.
Soko szeptał do Y:
— To mali — hipopotam wynurzył łeb z wartu i prychnął...
Wiedziały o tem płochliwe żórawie i bociany, gnieżdżące się po zarośniętych krzakami wysepkach, i wydawały krótkie, trwożne trąbienie.
Wyskakiwały z wody uganiające się za ćmami ryby i wpadały w toń z donośnym pluskiem.
Ledwie brzask sączyć się zaczynał przez mglistą zasłonę oparów, budzili się obaj, wyciągali „dróżki” z hakami, oglądali więcierze, wrzucali zdobycz do kosza i powracali do wsi. Soko — do staruszki matki, Y — do wszystkich razem.
O, Soko był wzorem dla młodego Y — sieroty!
On to nauczył go pływać i nurkować tak zwinnie i głęboko, że chłopak mógłby umknąć przed ścigającym go krokodylem; on też wskazał mu miejsca, gdzie lubią przebywać lamantyny,[12] i gdzie można podpłynąć do nich i dźgnąć je oszczepem.
Soko nieraz brał ze sobą Y do dżungli.
Razem podchodzili lub wabili antylopy i strzelali do nich z łuków; zapędzali stada dzikich świń do głębokich kotlin i ślepych jarów, kłuli je dzidami, albo płatali łby maczetami.
Jedynie tylko na tropienie lamparta lub pantery nie chciał Soko brać ze sobą małego przyjaciela.
— Gdy dorośniesz, wyruszymy razem, mały hyg! — mówił łagodnym głosem. — Lampart to podstępny drapieżnik! Sam muszę się mieć przed nim na baczności, więc trudno byłoby mi ustrzec ciebie, Y! Zaczekaj parę lat...
Y wzdychał, lecz musiał czekać.
Właśnie pewnego upalnego południa w lutym, gdy słońce wściekało się, wylewając na ziemię strugi płomiennych promieni, a od ich tchnienia zwijały się liście drzew, ciemniały i opadały — zwarzone, ten sam Y, dwunastoletni czarnoskóry chłopak, stał przed chatą wójta.
Stary Kalli mrukliwym głosem przemawiał, patrząc w ziemię:
— Ulewy tegoroczne nie były obfite i urwały się nagle przed czasem... Ziemia wyschła szybko i pola nasze dały nędzny plon... Głód zagląda już do chat, a tymczasem do nowego zbioru pozostało aż pięć miesięcy... Z trudem wyżywić zdołamy dorosłych, małe dzieci i dziewczynki... Zbierajcie się, chłopcy! Musicie iść do dżungli i sami sobie radzić! Niech Tenga miłościwy dla was będzie!
Po chwili milczenia dodał weselszym już głosem:
— Wszystko będzie dobrze, bo Y pójdzie z wami, chłopaki!
Przygotowania trwały krótko.
Chłopcy zabrali z sobą kociołki, dwie maczety, starą sieć rybacką, krzemień z hubką, worek soli, łuki ze strzałami i — poszli sobie w świat.
Na czele małego oddziału szedł spoważniały nagle, przejęty odpowiedzialnością obowiązku Y — sierota.


Przypisy

  1. Manjok — jadalny, pożywny korzeń rośliny podzwrotnikowej z gatunku roślin wilczomleczowatych.
  2. Mangi — owoce z drzewa „posmaka“, oddawna przywiezionego z Ameryki Południowej, obecnie pospolitego w Afryce.
  3. Papaje — drzewa, dające soczyste, pożywne owoce, podobne z wyglądu i smaku do melonów.
  4. Baobab — jedno z największych drzew, rozpowszechnione w Afryce.
  5. Serwal — duży, dziki kot, większy od rysia.
  6. Maczeta — rodzaj siekiery, mającej kształt ciężkiego miecza.
  7. Nuri — pan.
  8. Czytaj: Aj em e blek end polájt boj — po ang. znaczy: Jestem czarnym, grzecznym chłopcem.
  9. Keszry — gatunek ryb.
  10. Dumm — karłowata, krzaczasta palma.
  11. Kormoran — ptak wodny, kruk morski.
  12. Lamantyn, inaczej krowa morska, rodzaj wieloryba, żyjącego w słodkich wodach.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.