Strona:F. A. Ossendowski - Miljoner „Y“.djvu/12

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ani też Tengą. Uśmiechał się do niej i szeptał z wdzięcznością i umiłowaniem:
— Wspaniały!...
Chcąc być godnym szczęścia, porywającego go, przysięgał sobie, że nikt nie będzie się nigdy użalał na małego Y, któremu tak radośnie się żyje pod opieką „Wspaniałego” i dobrych mieszkańców Rugary.
Chłopak nietylko przysięgał, lecz i czynił tak, jak myślał: śpieszył każdemu z pomocą, spełniał każdą prośbę, nie odmawiał żadnej posługi.
Pewnego razu uratował całą rodzinę chorego i słabowitego Malikoro.
Zdarzyło się to przed czterema laty.
Przez wioskę przeciągała karawana urzędnika pocztowego, któremu w drodze zachorował posługacz. Urzędnik zażądał od starszyzny, aby chorego zastąpić kimśkolwiek z mieszkańców Rugary.
Wieśniacy wpadli w rozpacz. Przed tygodniem bowiem skończyły się ulewy i należało pośpieszyć się z orką i zasiewem. Gdy słońce wysuszy ziemię, rzucone do brózdy ziarno uschnie. Każdy więc z mieszkańców wioski pracował i pocił się na roli od świtu aż do zachodu słońca.
Ciężka to była praca.
W okresie deszczów na polach powyrastały