Milion za morzami/Rozdział piąty

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Milion za morzami
Podtytuł Obrazek zaściankowy
Pochodzenie „Kuryer Codzienny“, 1878, nr 207-213, 215-216, 218-223
Redaktor Józef Hiż
Wydawca Karol Kucz
Data wydania 1878
Druk Drukarnia Kuryera Codziennego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Rozdział piąty: Dla czego się Icek przewrócił i jak pan Grubasiński za pomocą miliona odkrył perłę powiatowéj inteligencyi.

Mostek na drodze do Dębianki aż się popsuł, tyle po nim najrozmaitszych przejeżdżało ekwipaży.
Ba! wszystkie ćmy, komary i muchy lubią światło — a nad Dębianką na tle niedawnéj nocy ubóstwa i niedoli, jak wspaniała lampa błyszczał milion! piękny, złoty, okrągły, wielki milion!!!
Potężny magnes przyciągający ludzi, źródło z którego wytryska cześć, poważanie, przyjaźń, szacunek i miłość.
Owe rajskie rzeki, cudowne, nie mlekiem i miodem, ale pieniędzmi podobno płynęły.
Aureola złota otacza ludzi bogatych, a chociaż dusza przeciw temu protestuje i serce się wzdryga, to jest niezłomném i nieskruszoném prawem natury.
Może to paradoks, ale dla czegóż przed lwem potężnym, uzbrojonym w straszliwe pazury, przed orłem z okrutnemi szpony, przed słoniem lub tygrysem, drżą wszystkie zwierzęta i ustępują z drogi? Bo widzą w nich siłę, bo widzą w nich możność i łatwość napadu, obrony i dostarczenia sobie żywności w ilościach dowolnych.
Człowiek nie ma pazurów, szponów, ani kłów straszliwych — siłę jego materyalną stanowi pieniądz, który daje mu możność zadowolenia wszelkich potrzeb, zachceń i kaprysów.
On daje żywność wyborową, wspaniale schronienie, przyjemności, zabawy, podróże, ba, i czegóż nie daje?
Jedna tylko inteligencya wyższą jest nad tę siłę i szydzi z niéj, jak Ezop ze swych panów... Ale jak wiadomo, na świecie i więcéj jest poczucia potrzeby pieniędzy, niż potrzeby inteligencyi, dla téj prostéj przyczyny, że inteligencyi jest za mało.
Lecz wracajmy do rzeczy.
Milion świecił nad Dębianką jak lampa wspaniała — jaśniał i przyciągał do siebie wszelkie ćmy dwunożne.
Na dziedzińcu dotychczas pustym zazwyczaj, na którym kiedy niekiedy tylko zagościł wózek sąsiedzki, lub konik jaki postał przez chwilę u słupa, widziano teraz powozy, amerykany, najdyczanki i wszystko co tylko kiedykolwiek kołodzieje i powoźnicy wymyślili.
Stary Prawdzicki znalazł serdecznych przyjaciół i doradzców.
Koło Mani uwijały się roje konkurentów, począwszy od podtatusiałych wdowców, aż do delikatnych młodzieniaszków, za rękę przyprowadzonych przez mamy.
Już to wybór był obfity...
Pierwszym zwiastunem owego niespodziewanego szczęścia w Dębiance, był Icek.
Pędził on biedką ile sił w koniu starczyło, ryzykując całość kości na drodze pełnéj wybojów i korzeni.
Trząsł się i podskakiwał na siedzeniu, gdy koła o kamienie uderzały, bez litości okładał konia batogiem, przebiegł galopem gościniec i grobelkę, a o pół wiorsty od siedziby Prawdzickiego zdjął czapkę i radośnie wywijał nią w powietrzu.
Prawdzicki był u stodół i w głowę zachodził, co skłania Icka do takiego pośpiechu....
— Jaśniego pana Prawdzickiego klaniam! klaniam! klaniam! — mówił zginając się do ziemi....
— Zkądżeż ta jasność mój Icku, niepotrzebna mi ona: jaśnie zgaśnie, mospanie zostanie.
— Co ma zgasnąć, takie pieniądze! to jak woda w studni, można brać, brać, brać i zawsze będą....
— Mój Icku, zdaje mi się, że ty chyba masz bzika?
— Jaki bzika! ja mało całkiem nie zwaryowałem, jakem się dowiedział o pańskiém szczęściu, ja zawsze Boga prosiłem żeby na jasnego pana takie szczęście spotkało....
— Co za szczęście?
— To pan nic nie wie! tu już cała okoliczność aż sobie trzęsie z zazdrości, pan hrabia z Dziurawéj Woli to się zrobiół zielony jak trawa, bo co on teraz będzie znaczył, on będzie kapcun naprzeciw jasnego pana, on będzie przy jasnym panu taki goły jak pasternak.... to téż jak un to przeczytał w gazete, to się zrobił taki gorzki jak rzodkiew....
— Ale powiedzno o cóż tu idzie....
— Aj waj, jasny panie, ja jasnego pana potrzymam, bo jak się jasny pan dowie, to się jasny pan przewróci z radości i może jake brzydke słabość dostać.
— Niepotrzeba, — rzekł śmiejąc się pan Józef, — będę się trzymał płotu, gadaj teraz.
— Ale niech się jasny pan mocno trzyma.... na jasnego pana spadła wielka sukcesya, cały milion dolary! aż w Ameryce!
— Bardzo temu wierzę, to jest możliwe, — odpowiedział obojętnie Prawdzicki.
— Ny co to jest!! — zawołał Icek, — jasny pan jeszcze stoi, jasny pan sobie nie przewrócił, nie skiknął do góry! nie zaczął tańcować!? To pan ma bardzo twarde nature. Jak ja raz wygrywałem ćwiartkę losu na bruńswińskie loterye, to jak sobie przewróciłem rano, to leżałem do wieczora, darłem się za brodę i płakałem jak małe dziecko.
— Tak, z radości?
— Nie jaśnie panie, ze zmartwienia.
— Jakto?
— Ja płakałem żem ja bił taki głupi i nie wziąłem cały los.
Icek dobry był do początku. Zaledwie drzwi się za nim zamknęły, już zaczęli ściągać znajomi i sąsiedzi bliżsi i dalsi, niektórzy we frakach i w białych krawatach nawet.
Człowiek dobrze wychowany zawsze potrafi uszanować to, co poszanowania godne.
Szczupła sala Dębiańskiego dworku ledwie mogła pomieścić zebranych gości, a pod jakiemiż to pozorami ci goście pozjeżdżali się tutaj.
Jedni chcieli kupować zboże, drudzy chcieli oglądać gospodarstwo, inni chociaż nieznajomi, przyjechali wprost winszować sukcessyi. Byli tacy, co powynajdywali jeszcze lepsze pozory.
— Sąsiedzie kochany — huczał strasznym basem pan Grubasiński z Bąka — każdy obywatel ma względem kraju obowiązki, — przyjechaliśmy tu, oto ja, pan Kukawka, pan Gil z Pieńków, pan Kulasiński z Wydmy, pan Ciekawski z Pokrzywki, aby, jako nas sąsiad widzisz, przypomniéć ci o tych obowiązkach.
— Bójciesz się Boga panowie, czyż ja się zaniedbuję?! składki płacę, na zebraniach gminnych bywam, gazety dwie, choć ubogi jestem — trzymam, cóż mogę nadto uczynić?...
— Ho! ho! ho! — wtrącił pan Gil o kwadratowéj i ponsowéj prawie twarzy — obowiązek obowiązkowi nierówny, organista gra, a kazanie mawia sam proboszcz, — ludzie z wyższą inteligencyą nie powinni się kwasić w gminie... prosimy wyżéj.
— Tak, tak — twierdził Grubasiński — wyżéj, wyżéj! oto niedługo wybory w towarzystwie kredytowém, damy panu wszystkie głosy na radcę...
— A z czasem i na prezesa — dodał pan Kukawka — niech poznają przecież, że zawsze prędzéj czy późniéj, inteligencya i prawdziwa zasługa musi być wyniesioną na właściwy stopień i ocenioną godnie.
— Ależ szanowni panowie — bronił się Prawdzicki — gdzieżeście mogli poznać moję inteligencyę i zdolności, — toż ja sobie biedny szlachcic na kilku włókach piasku i krzaków.
— O panie dobrodzieju, to nie dowód. Kochanowski Jan wolał swój kącik w Czarnolesiu, niż honory przy boku królewskim.
— Co to długo gadać, — huczał Grubasiński — prawdziwe światło ma to do siebie, że go nigdy nie skryjesz: w mysią dziurę nieprzymierzając postaw świecę, to jasność zawsze będzie biła, bo ona przez najmniejszą szparkę wylezie, przez wszystko się przeciśnie, jak powietrze albo jak woda...
— Panowie, panowie! — mitygował Prawdzicki — dajcież pokój...
— Otóż znów rys piękny prawdziwie i szlachetny, jakem Gil, prawdziwa zasługa nigdy się nie pyszni. Siedzi to sobie potulnie, cicho, niby zajączek pod miedzą, — ale prędzéj czy późniéj ludzie to odnajdą, wyszperają i muszą zużytkować na korzyść kraju, społeczeństwa i okolicy.
— Koniec końcem, radcą sąsiad musisz być, jako nas widzisz; czas nareszcie wyjść z rutyny zapleśniałéj i przestać utrzymywać na honorowych stanowiskach, z przeproszeniem, pasibrzuchów, którzy siedzą w mieście dla tego tylko, żeby tam łatwiéj złapać jakich obiboków dla córek, co już się przestarzały i pożółkły jak nasienne ogórki!...
— Racya! co nam diabli do ich córek!
— Co jakaś tam pannica ma wspólnego z towarzystwem kredytowém i interesami społecznemi!
— Naturalnie, niech sobie sieje rutkę, co nas to obchodzi...
— Aptekarz utarguje więcéj kamfory, a instytucya na czysto zarobi...
— Zresztą, albo to my nie mamy własnych córek?
— Albo nie potrzebujemy uczciwych taksacyj, dogodnych konwersyj?...
— A któż nam to da, jeżeli nie radca prawdziwie inteligentny, pełen sił i zdolności, a co więcéj, znający prawdziwe potrzeby swoich sąsiadów i okolicy.
— Panie Prawdzicki bądź naszym opiekunem!
— Ależ panowie...
— Sąsiedzie, dobrodzieju, nie gub nas!
Jeżeli męzka połowa towarzystwa pracowała usilnie nad tém, aby Prawdzickiego wynieść na stanowisko godne tak bogatego i zacnego obywatela, to żeńska ze swéj strony nie zaniedbywała używać wszelkich środków, aby z Mani zrobić słońce towarzystwa, królowę balów i zebrań.
— Drogi, kochany panie Prawdzicki, nie odmów nam téj łaski, — mówiła pani Gilowa — i pozwól Manieczce wystąpić w teatrze amatorskim na pogorzelców. Któż bowiem lepiéj od niéj potrafi się wywiązać z tak trudnego zadania. Kto posiada więcéj talentów?....
Kiedy na chwilę Mania z ojcem została sama, objęła drobnemi rączkami jego szyję i mówiła:
— O mój drogi, kochany, poczciwy ojczulku, jakżem szczęśliwa, że po tylu latach ciężkiéj pracy, szamotania się z losem, Bóg zlitował się nad tobą, że nie będziesz już potrzebował tak pracować, tyle się trudzić i niszczyć do reszty siły stargane w ciężkiém życiu. Ale z drugiéj strony wierz ojcze, jak to bogactwo męczy, jak ono przygniata, jak nudzi; mnie tak dobrze było cały rok pracować, a potém odetchnąć trochę przy tobie.... teraz niedługo byłabym znów wróciła do mych zajęć domowych, a co wieczór po dniu przebytym dziękowałabym Bogu, że mi daje siły i zdrowie do pracy, ale cóż mówię, ja jestem egoistka!
— Moje dziecko.... ludzie więcéj robią z tego niż jest, ja te stosunki znam, tam wcale milionów nie ma, będziemy mieli tyle, że nam przy pracy na spokojne i niezależne życie wystarczy.... teraz i o twój los jestem zupełnie spokojny....
— A ja nie jestem spokojna, mój ojcze. Pierwéj, zanim stałam się złotą kozą, mogłam jeszcze marzyć o tém, że spotkam na drodze mego życia człowieka młodego, pracowitego, zacnego, w którego ręce złożę z ufnością mój los, z którym razem znosić będę dolę i niedolę życia, którego pokocham miłością szczerą, gorącą, wiecznie trwałą; a dziś... chociażby nawet starał się o mnie najzacniejszy człowiek, chociażby mnie pokochał tylko dla mnie jedynie i wyłącznie, czyż mogłabym mu wierzyć, czy mogłabym ugasić podejrzenie wkradające się do duszy i palące ją jak ogień. Czyż nieprawda mój ojcze?
— Masz słuszność moje dziecko, lecz nie obawiaj się o to; naprzód żebyś wiedziała o tém jaki jest istotny stan interesów, to przeczytajże sobie ten list. Adwokat mój, zacny człowiek bardzo, który za pewien procent od sukcesyi pojechał ją podnieść, pisze:

Boston, dnia....

Szanowny panie! Sir James Prawdzicki, dziadek stryjeczny pański, a potomek w prostéj linii Grzegorza Prawdzickiego, syna tego Prawdzickiego, co według podania odebrał sobie życie, naturalizowany amerykanin, zostawił po sobie formalny i legalny testament. Według brzmienia tego dokumentu, oprócz innych poczynionych legatów, jest zapis dla pana wynoszący dwadzieścia pięć tysięcy dolarów, które mają być wypłacone natychmiast po sprzedaniu nieruchomości.
Za trzy dni jest licytacya, ja za tydzień po załatwieniu formalności sumę tę podnoszę i za dwa miesiące oczekiwać pana będę w mieszkaniu mojém w Warszawie. Wszystko idzie dobrze, przeszkód nie ma żadnych.

Z poważaniem etc.

— Otóż widzisz dziecko, że nie jesteśmy tak bogaci za jakich nas mają, chociaż względnie biorąc, jesteśmy bardzo bogaci.... Co się zaś tycze twoich obaw, które w zupełności podzielam, to bądź spokojna, sądzę, że znajdziemy środek przekonania się o prawdziwości uczuć tych panów, co się koło ciebie kręcą. Ja za kilka dni wyjadę do Warszawy....
Tymczasem konkurenci kręcili się koło Mani, jak muchy koło cukru.
Jeden zwoził bukiety, drugi prawił komplementy, trzeci kiedy śpiewała przewracał oczami jak w konwulsyach.
Jeden tylko Wicek pobladł, posmutniał, a tak dziwnie spoważniał, że go matka nie poznawała prawie.
Z Manią był bardzo nieśmiały, rozmawiał z nią gdy sama wszczęła rozmowę, chodził po ogrodzie gdy go poprosiła, czasem zrobił jéj jakąś drobną przysługę, ale zawsze trzymał się zdaleka, czasem zaledwie ośmielając się spojrzéć jéj w oczy, jakimś w pół pytającym, a pół smutnym wzrokiem.
Pana Macieja doprowadzało to do wściekłości, to téż raz odwołał go na bok i rzekł w największéj pasyi:
— Ach ty gapiu, niedołęgo! czegóż stoisz jak student i czerwienisz się, kiedy inni kręcą się przy pannie. Pamiętaj sobie, że jak ci ją zdmuchną, to żebyś mi nosa nie śmiał w domu pokazać, bo ja ci dmuchnę!....






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.