Milion za morzami/Rozdział czwarty

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Milion za morzami
Podtytuł Obrazek zaściankowy
Pochodzenie „Kuryer Codzienny“, 1878, nr 207-213, 215-216, 218-223
Redaktor Józef Hiż
Wydawca Karol Kucz
Data wydania 1878
Druk Drukarnia Kuryera Codziennego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Rozdział czwarty, w którym będzie kilka słów o młodzieńcu co nic nie mógł skończyć, a od jesieni już wisiał przy pewnéj dykasteryi.

W lichéj restauracyjce, przy lichéj uliczce w Warszawie, w osobnym pokoju, szczególnie zadymionym i zakopconym, siedziało kilku młodych i wesołych ludzi, pomiędzy którymi odznaczał się sympatyczną powierzchownością młody przystojny blondyn, o bujnéj czuprynie i kołnierzykach wyciętych w sposób straszliwy.
Młody ten człowiek mówił do swoich współbiesiadników:
— Czy widzieliście kiedy uczciwego szlachcica w roli Sfinksa?
— Ciekawszém byłoby ujrzéć Sfinksa w roli szlachcica.
— No — otóż szanowny dawca mego życia, po raz pierwszy zaprezentował mi się jako Sfinks.
— Powinieneś więc odtąd nazywać się Sfinkssohn.
— To ładnie brzmi: jak założysz dom handlowy z wiktuałami na Maryensztadzie, to weź sobie to nazwisko na firmę, zawsze jako Sfinkssohn znajdziesz łatwiejszy kredyt niż jako Gozdawski.
— Widocznie nie czytałeś ostatniego utworu mego papy, kiedy mi mówisz o sklepiku.
— Cóż to za utwór, — zapytano, — może dramat, bo jakoś masz bardzo nos na kwintę.
— Gorzéj niż dramat — sielanka!!
— Ładny interes, porzucasz więc Warszawę?
— Niestety, tak: rozpoczynam najpiękniejszą idyllę, bukolikę — co chcecie — zostaję rolnikiem.
— Zkądżeż to nagłe postanowienie?
— Czytajcie, — to mówiąc Wicek, bo piękny blondyn był rodzonym synem pana Gozdawskiego — rzucił na stół depeszę.... Pięć głów schyliło się nad nią i pięć głów przeczytało te słowa:
„Bierz dymisyę i przyjeżdżaj natychmiast, wziąłem dla ciebie dzierżawę.”
— I cóż ty będziesz robił na téj dzierżawie?
— A nic — będę dzierżawcą; dziwi mnie tylko, zkąd ojcu przyszła myśl tak nagła i niespodziewana.
— Ha, wypadki po ludziach chodzą.
— Pewnie ma dla ciebie jaką gęś.
— A dajcież mi święty pokój.
— Ale ma, ma, gęś prawdziwą, gęś ze wszystkiemi cnotami parafialnemi, okropną niewinność w perkalowéj sukni, używającą pomady topolowéj; jeżeli tak, winszujemy ci szczęścia.
— Pijmy zdrowie przyszłéj pani Gozdawskiéj.
— Niechaj żyję para młoda! przy zaręczyn tych obrzędzie!!
— Cóż to za żarty?
— To nic, wyjątek z Halki.... lecz powiedz jakże postąpisz?
— Zobaczę: w każdym razie w wysokich sferach urzędowych zajdą ważne zmiany.
— Dla czego?
— Opuszczam natychmiast zaszczytne stanowisko dyetaryusza.
— Sądzę, że twój naczelnik nie będzie płakał.
— O! to stary krokodyl.... ołowiana dusza.... podobno się urodził w oficyalnéj kopercie, z numerem na plecach.
— Ba! ale za to jak siedzi! dziesięć godzin z rzędu nie wstaje z krzesełka.
— Miły ananas, a nudny jak przegląd polityczny.
— Jutro przychodzę do niego i powiadam mu ostro: panie naczelniku, dłużéj urzędować razem nie możemy, niech więc pan się poda do dymisyi, albo niech mnie pan dymisyę wyrobi.
— No to możesz być pewny, że on wybierze to drugie.
— Przecież nie o co innego mi idzie; a jak mi się zapyta co zamierzam czynić, to mu powiem, że kupuję plantacye trzciny cukrowéj w Ameryce.
— Ładna myśl! więc jedziesz?
— Ha, cóż robić, musi być ważna przyczyna kiedy mój ojciec odżałował rubla na depeszę; jutro wieczór już siedzę w wagonie.
— Żałujemy cię mocno, byłeś wesołym kolegą i dobrym towarzyszem w naszéj czasem różowéj, a najczęściéj bezbarwnéj doli, lecz kiedy odjeżdżasz....
— To bywajże zdrów!
— Podbijaj serca prowincyonalnych piękności, oddychaj wonią fijołków i jadaj prawdziwe szparagi.
— A nie zapominaj téż i o nas i od czasu do czasu zaglądaj do Warszawy.
— Byle tyle z pszenicą, my ci ją wnet zmłócimy i zmielemy.... znasz nas pod tym względem.
Nastąpiły serdeczne pocałunki i uściśnienia dłoni, towarzystwo rozeszło się w różne strony, a nazajutrz wieczornym pociągiem pan Wincenty puścił się w drogę do domu. Należałoby o tym panu Wincentym słów parę powiedziéć.
Był on jedynym synem pana Macieja Gozdawskiego i przyszłym właścicielem Olszówki.
Ojciec jednak nie kierował go na gospodarza; gdy się chłopak przepchał przez szkoły, oddał go do Warszawy i kazał mu chodzić na uniwersytet.
Wicek dwa lata kołatał do przybytku Eskulapa, dwa lata zawracał sobie głowę anatomią, patologią i terapią, z czego wszakże ludzkość niewielką miała pociechę, bo po dwóch latach oświadczył ojcu, że z pomarańcz chleba nie pieką, czyli, że jaśniéj mówiąc, z niego lekarz nie będzie....
Ojciec oddał go więc do Żabikowa. Przebył tam chłopiec po trochu, podobno się nawet do nauki garnął, ale niemcy zrobili mu jakąś kwestyę co do paszportu i musiał wracać do Olszówki.
Drugi raz pojechać nie było można, a może się już i agronomii odechciało, więc po walnéj radzie familjnéj, postanowiono oddać chłopca do Warszawy, aby się gdzie tymczasowo zawiesił.
Jak się zawiesił, tak téż i wisiał szczęśliwie aż do chwili, w któréj babcia Pękalska przywiózłszy do Olszówki wieść o niespodzianéj sukcesyi Prawdzickich, zrobiła tak ogromną rewolucyę i przewrót w całéj okolicy.
Bo istotnie stał się tam przewrot nie lada. Lecz kończmy przedewszystkiém z p. Wincentym.
Był on tak zwanym dyetaryuszem i pod okiem surowego zwierzchnika sposobił na przyszłego dygnitarza administracyi krajowéj.
Wiedziano o tém, że jako syn dość zamożnego obywatela służył więcéj dla honoru niż dla pensyi, więc téż wyznaczono mu pensyę bardzo niewielką — co się zaś tycze honorów, to te jako młodemu, obiecywano w przyszłości.
Tymczasem dano mu prawo noszenia fraka z żółtemi guzikami i okoliczności czarnych, co przecież nie jest bez pewnego moralnego znaczenia.
Za to młody człowiek ofiarowywał dziennie pięć godzin drogiego czasu, podczas którego czytał gazety, palił papierosy, gawędził z kolegami, czyścił paznogcie skarbowym scyzorykiem i psuł kilka blankietów bardzo pięknie zadrukowanych.
Po ukończeniu téj ciężkiéj pracy, pokrzepiał zwątlone siły obiadem i resztę dnia poświęcał wypoczynkowi, który mu się słusznie należał.
Wypoczynek Wicuś urządzał w ten sposób, że kilka godzin spędzał przy czarnéj kawie, kilka na bilardzie, czasem bywał w Dolinie Szwajcarskiéj, potém zaś w ogródku, gdzie kształcił swój smak estetyczny, ucząc się na pamięć wyjątków ze wszystkich operetek, jakie się kiedykolwiek na małych scenkach pojawiły.
Potém bywała zwykle kolacya, potém sen do dziewiątéj rano — a potém znów do ciężkiéj syzyfowéj pracy!!
I tak blizko przez trzy kwartały, po upływie których, stosownie do woli ojca, Wicek poprosił o dymisyę i otrzymał ją, z prawem noszenia.... krawata i chustki do nosa.
Był to więc, jak widzimy, człowiek który wiele zaczynał a nic nie kończył, fatalność bowiem jakaś nic mu skończyć nie pozwalała.
Dzięki téj fatalności tylko, nie został skończonym łobuzem, do czego nie brak mu było i zdolności i wszelkich kwalifikacyi, a co najważniejsza, odpowiedniego towarzystwa.
Od czegóż Warszawa i czego w niéj nie znajdzie?
Myliłby się jednak ten, coby sądził, że Wicek jest to wielkie zero, z którego nigdy nic nie będzie.... Owszem, przeciwnie, był to zupełnie surowy materyał, z którego można było jeszcze wszystko wyrobić.
Tam dusza spała.
Tam siły moralne drzemały, bo ich nie budziła potrzeba, bo życie jego było łatwém, było pasmem dni spędzonych bez kłopotu, bez troski o jutro, swobodnie.
Papa dał jeść, papa sprawił modny tużurek i błyszczący kapelusz, papa dostarczył pieniędzy na uprzyjemnienie monotonnego życia, jedném słowem to wszystko co innym przychodzi w pocie czoła i z trudnością, co wykrzesać trzeba, wyrąbać w walce z przeciwnościami, z niepowodzeniem, z losem, to jemu przychodziło tak łatwo, że się nawet nie zastanawiał nigdy nad tém i nie myślał aby mogło być inaczéj.
Bociany, te mądre ptaki, mają swój system wychowania: gdy pisklę tak już podrośnie, że mu skrzydła zmężnieją i sił nabiorą, pomimo oporu pupila, strącają go dziobem z wysokiego gniazda, mówiąc:
— Dopókiś był małym pędrakiem, przynosiliśmy ci tu pożywienie i otulali własnemi piersiami przed zimnem. Dziś już jesteś dość mocny, żebyś sam na siebie pracował. Patrz, oto przed tobą świat pełen najpiękniejszego błota, tu znajdziesz żaby przedziwnéj pulchności i wszelką gadzinę osobliwszego smaku, tu masz serwitut na wszystkich ugorach i łąkach, tu za rok czekać na ciebie będzie stare koło na lipie, gdzie sobie zbudujesz gniazdo i osiądziesz z piękną oblubienicą o czerwonym dziobie i namiętném wejrzeniu. Życie uśmiecha się do ciebie, co rok będziesz z małżonką wyjeżdżał za granicę, zostaniesz ojcem licznego potomstwa, z którego będziesz dumny, prawym obywatelem bocianiego państwa, z powagą zasiądziesz kiedyś w naszych sądach i będziesz wydawał wyroki na intruzów, niedołęgów i na niewierne bocianichy. Ale te wszystkie rozkosze i zaszczyty, musisz zdobyć własnemi skrzydłami i dziobem. Jeżeli rozwiniesz swe siły, to staniesz się ozdobą rodu i godnym synem bociana; jeżeli zaś jesteś niedołęgą, lada chłopisko bezskrzydłe okaleczy cię kijem, przyniesie do chałupy, będziesz niewolnikiem, pisklęta ludzkie ciągać cię będą po izbie za dziób szlachetny, a w końcu psy cię zduszą i skończysz marnie życie na śmieciach.
Pan Maciéj Gozdawski, na nieszczęście, nie miał bocianich przekonań i nigdy jedynakowi swemu podobnych kazań nie mawiał. Owszem, traktował go jak pisklę i myślał tylko o tém, żeby temu pisklęciu było ciepło i żeby miało pożywienie.
Co pisklę myśli, jak myśli i czy w ogóle myśli, to niewiele pana Gozdawskiego Macieja obchodziło — i jakże go zresztą miało obchodzić, kiedy on sam co prawda niewiele myśli swojéj zadawał fatygi.
Dla tego téż, jak to powiedzieliśmy, dusza Wicka spała, siły moralne nie manifestowały swéj obecności.
Ale potrzeba tylko bodźca silnego aby je przebudzić, potrzeba było przeciwności i niepowodzeń, walk, burz, zawodów, bolesnych ciosów, a uśpiona dusza przebudzi się i zadrga życiem i wystąpi do boju jako szermierz niewytrawny jeszcze, ale pełen męztwa, który położy sobie za hasło: zwyciężyć lub zginąć!...
Wicek na drugi dzień po opuszczeniu Warszawy, stanął na progu rodzicielskiego domu.
Matka obsypała go pocałunkami, ojciec z niezwykłą czułością pogłaskał po głowie, a pani Pękalska aż włożyła na nos olbrzymie w róg oprawne okulary, aby mu się lepiéj przypatrzyć.
— Ależ piękny jak Azor! — mówiła, — chciałam powiedziéć jak Amor! śliczny chłopak, oczy jak dwa turkusy! włosy jak złoto, a postawa impozycyjna, chciałam powiedziéć imponująca. Oho! zawróci on głowy wszystkim pannom w trzech parafiach, ale nic z tego. Taki brylant to tylko dla takiéj perełki jak Mania. Uważasz, droga pani Maciusiowa, — mówiła babka nie dając przyjść do słowa nikomu, — uważasz tylko co to będzie za para. On blondyn, ona brunetka, on duży, ona mała, on ma niebieskie oczy, ona czarne! Śliczne dzieci, pożenię ich jak amen w pacierzu, pożenię. Ty panie Macieju szykuj gniazdko, już ja te gołąbeczki sama obsadzę....
— Dla czegóż to pani, — rzekł Wicuś, — chce mnie tak zaraz pozbawić złotéj wolności i któż jest owa gołąbeczka co mnie ma uszczęśliwić?
— Jaki prędki, jaki prędki, — mówiła pani Pękalska, — cóż to będzie jak się ożeni. Czekaj, dowiesz się niedługo o wszystkiém, niedługo mój ty kochany Azorku! Bodajże, zawsze się mylę, mój ty Amorku złotowłosy....
Pan Maciéj zaprosił syna do swego pokoju i rzekł wskazując mu krzesło:
— Siadaj.
— Co ojciec rozkaże?
— Trzeba ci się raz ustatkować.
— Dla czegożby nie.
— Nie dla czegożby, tylko trzeba. Primo, żebyś miał jakieś stanowisko.
— Niech mi je ojciec da.
— Już tak jak jest, wziąłem dla ciebie dzierżawę.
— I cóż ja tam będę robił?
— Ano, będziesz orał, siał, żął, jedném słowem gospodarował, a potém się ożenisz.
— Po co?
— Jakiś ty głupi, a po cóż się ludzie żenią?
— No dobrze, ale kiedy nie wiem z kim, nikogo tak nie znam. W Warszawie najwięcéj bywało się po restauracyach i ogródkach, znam nawet kilka aktorek, jedna bardzo przystojna, grywa trucicielki....
— Co mi tu smyku jakiś będziesz mówił o aktorkach i trucicielkach, ja mam dla ciebie pannę.
— Naprzykład.
— Prawdzickiego znasz?
— Z Dębianki?
— No tak.
— Nie, — przecież ojciec zakazał mi tam bywać, bo to hołota, która się przyznaje do kuzynostwa z nami!
— Ale nie, źle mnie zrozumiałeś: to są bardzo porządni ludzie i on sam i jego córka Mania, bardzo godna panienka.
— Zkądżeż ta nagła zmiana?
— Ech! zkąd; ja zawsze byłem ich najszczerszym przyjacielem, tylkom się z tém nie chwalił.
— Acha, więc to była przyjaźń w sekrecie, tak sobie po cichu.
— Niby, ale teraz chciałbym abyśmy jeszcze bardziéj zacisnęli węzły pokrewieństwa i przyjaźni z tym zacnym domem i dla tego rozkazuję ci i proszę, żebyś się starał o Manię.
— Kiedyż to przecież, jak ojciec powiada, takie blizkie kuzynostwo....
— Ale, wiedz gapiu o tém, że kościół daje dyspensy.
— A wiem, tak jak od postu.
— Nawet tak jak od postu, bo kto się z Manią ożeni, nie będzie pościł, ta dziewczyna ma milion!!
— Milion! — zawołał zdziwiony Wicek, jakby się przestraszył téj olbrzymiéj cyfry.
— Czegożeś się tak zląkł? no milion! milion! najprawdziwszy milion, jak jeden grosz.... ten milion powinien być nasz, musi być nasz! rozumiesz. Pojedziesz do Dębianki, będziesz pannie głowę zawracał, wzdychał, klął się, przysięgał, klękał, płakał, wściekał się, zabijał, w ostatnim razie jak będzie potrzeba to ją wykradniesz, ale milion musi być nasz i po całéj ceremonii!! Jak ci się uda pochwycić tę gęś, to będziesz panem! panem całą gębą, większym niż hrabia, niż najbogatszy żyd w Warszawie! Czy ty to rozumiesz? Cóżeś oczy wytrzeszczył jak wół?! Bierz kiedy ci mówię, a nie, to bądź sobie aż do śmierci piszczykiem, skrob piórkiem dopóki suchot nie dostaniesz i garb ci na plecach nie wyrośnie!
To mówiąc, pan Maciéj poczerwieniał bardzo, a Wicek zbladł i dziwnie się zamyślił....
Może pierwszy raz w życiu na seryo.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.