Strona:Klemens Junosza - Milion za morzami.djvu/22

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została skorygowana.
    Rozdział piąty: Dla czego się Icek przewrócił i jak pan Grubasiński za pomocą miliona odkrył perłę powiatowéj inteligencyi.

    Mostek na drodze do Dębianki aż się popsuł, tyle po nim najrozmaitszych przejeżdżało ekwipaży.
    Ba! wszystkie ćmy, komary i muchy lubią światło — a nad Dębianką na tle niedawnéj nocy ubóstwa i niedoli, jak wspaniała lampa błyszczał milion! piękny, złoty, okrągły, wielki milion!!!
    Potężny magnes przyciągający ludzi, źródło z którego wytryska cześć, poważanie, przyjaźń, szacunek i miłość.
    Owe rajskie rzeki, cudowne, nie mlekiem i miodem, ale pieniędzmi podobno płynęły.
    Aureola złota otacza ludzi bogatych, a chociaż dusza przeciw temu protestuje i serce się wzdryga, to jest niezłomném i nieskruszoném prawem natury.
    Może to paradoks, ale dla czegóż przed lwem potężnym, uzbrojonym w straszliwe pazury, przed orłem z okrutnemi szpony, przed słoniem lub tygrysem, drżą wszystkie zwierzęta i ustępują z drogi? Bo widzą w nich siłę, bo widzą w nich możność i łatwość napadu, obrony i dostarczenia sobie żywności w ilościach dowolnych.
    Człowiek nie ma pazurów, szponów, ani kłów straszliwych — siłę jego materyalną stanowi pieniądz, który daje mu możność zadowolenia wszelkich potrzeb, zachceń i kaprysów.
    On daje żywność wyborową, wspaniale schronienie, przyjemności, zabawy, podróże, ba, i czegóż nie daje?
    Jedna tylko inteligencya wyższą jest nad tę siłę i szydzi z niéj, jak Ezop ze swych panów... Ale jak wiadomo, na świecie i więcéj jest poczucia potrzeby pieniędzy, niż potrzeby inteligencyi, dla téj prostéj przyczyny, że inteligencyi jest za mało.
    Lecz wracajmy do rzeczy.
    Milion świecił nad Dębianką jak lampa wspaniała — jaśniał i przyciągał do siebie wszelkie ćmy dwunożne.
    Na dziedzińcu dotychczas pustym zazwyczaj, na którym kiedy niekiedy tylko zagościł wózek sąsiedzki, lub konik jaki postał przez chwilę u słupa, widziano teraz powozy, amerykany, najdyczanki i wszystko co tylko kiedykolwiek kołodzieje i powoźnicy wymyślili.
    Stary Prawdzicki znalazł serdecznych przyjaciół i doradzców.
    Koło Mani uwijały się roje konkurentów, począwszy od podtatusiałych wdowców, aż do delikatnych młodzieniaszków, za rękę przyprowadzonych przez mamy.
    Już to wybór był obfity...

    (Dalszy ciąg nastąpi).