Marja Rodziewiczówna i jej dzieła/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Anna Zahorska
Tytuł Marja Rodziewiczówna i jej dzieła
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Data wydania 1931
Druk Concordia Sp. akc.
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
V.

Walka o ziemię na kresach jest czemś tak ideowem i wielkiem, że walczy się nawet nie o swoją własność. Walczy się o zachowanie jej w rękach innego Polaka. Kalinowski w „Magnacie“, Czertwan w „Dewajtisie“, Grzymała w „Błękitnych“ i ów idealny Szymon w „Klejnocie“ bronią cudzego mienia. Bronią wytrwale, zaparłszy się siebie, bo tu chodzi nietylko o stan posiadania Orwida lub innego bogatego ziemianina, lecz o utrzymanie tego szmata ziemi, jako części spuścizny narodowej.
Dlatego z taką energją i wytrwałością wykonano to jedyne wskazanie, jakie dla ziemiaństwa polskiego na kresach zostało: zaprzeć się w sobie i trwać. I ziemiaństwo trwało. Przyszła wielka wojna. Dało swoją daninę mienia i krwi. Przyszła niepodległość...
Odetchnęli wówczas strażnicy ziemi kresowej. Ci, na których dokonała selekcji ruina popowstaniowa i ciemięstwo rosyjskie, mogli śmiało spojrzeć w twarz zmartwychwstałej Ojczyźnie: Dotrwaliśmy i oddajemy, co było twoje...
Ale przewrotne, obskuranckie, doktrynerskie stosowanie „demokracji,“ ale tępa jej formalistyka, wykonywana w dodatku przez żywioły, ocalałe z dawnego regime’u rosyjskiego, zadają w dalszym ciągu ciosy polskiej ludności kresowej... Zato, że jest ziemiańską, zato, że nie oddała swych obszarów zbolszewizowanym masom, ani sprzedała obcym spekulantom, zato, że jest tu od prawieków, dawniej od najstarszych dębów w matecznikach...
Absurdalność i krzywdę, czynioną ziemiaństwu kresowemu zarówno przez tępą formalistykę, jak przez demokratyczną złą wolę urzędów na kresach, piętnuje zasłużona autorka w książce, krwawszej od iście dantejskiej wizji „Pożarów i zgliszcz“ — w „Niedobitowskim z kresowego bastjonu“.
Bo wszelkie męki i potworne krzywdy z rąk wroga czemże są wobec odebrania broni kresowcom, wydanym na łup dywersantom bolszewickim, albo wobec powrotu z piekła bolszewickiego czterech sierot — czterech małych Mystkowskich, które znajdują swój folwark oddany na parcelację osadnikom? A tymczasem ziemie wielkich posiadaczy rosyjskich na Wołyniu i gdzie indziej, uzyskane za pomoc w katowaniu narodu polskiego, dotąd są nierozparcelowane...
Całą martyrologię kresów od ostatniego powstania aż dotąd ujęła w swej twórczości Rodziewiczówna — całe bolesne, często szare dzieje tych stron, skazanych na zagładę, które jednak potrafiły nie zginąć i zostać przy macierzy. Jak potrafią znieść ten atak ostatni — wyrzucanie żywiołu polskiego z odwiecznych siedzib, świadome rujnowanie ośrodków polskiej pracy i kultury? Czas to pokaże. W każdym razie książka taka, jak „Niedobitowski z kresowego bastjonu“, wzburzy całą krew w każdym patrjocie prawdziwym, a w niejednym Polaku musi poruszyć sumienie, o ile go całkiem w partyjnictwie i fałszywych hasłach nie zatracił.
Czasy wojny również znalazły oddźwięk u naszej autorki. Powstała wtedy książka „Florjan z Wielkiej Hłuszy“. Opisuje ona pierwszy okres wojny i straszliwą epopeję wyganiania ze swych siedzib ludu rolnego. Ten plan Rosji iście piekielny, który zmarnował tyle ludzi i mienia polskiego, opisała autorka z dokładnością i żywością rzeczy naprawdę widzianych. Bezsensowna ucieczka z kresów i Chełmszczyzny sprzeciwiała się najistotniejszym instynktom i przekonaniom Rodziewiczówny. Wszak zawsze głosiła zasadę pozostawania wśród najgorszych burz w gnieździe rodzinnem i trwania, i trwania... Jasno oceniała sytuację i rozumiała, że ucieczka na wschód wyjdzie na korzyść tylko naszym wrogom. To też uchodźców przedstawiła w barwach wcale ujemnych.
Okres Ober-Ostu odmalowany jest również z zupełną prawdą historyczną. Rodziewiczówna tak samo nie poskąpiła barw rzeczywistych Niemcom, jak Moskalom. I wśród starcia ras i wrogiego najazdu wciąż podkreśla autorka ten jeden ton spiżowy, brzmiący poprzez wszystkie jej dzieła: niezłomność strażników kresowych.
Nie skusi wiernej swemu plemieniu Bronki miłość Niemca, nawet kulturalnego i poczciwego. Nie pójdą służyć obcym chłopcy z jej rodziny.
Tak samo bolszewickie czasy, które nastąpiły po Ober-Oście, przedstawia Rodziewiczówna z całą zgrozą człowieka kulturalnego. Po tylu opisach pogromu dworów straszny w swej prostocie i powściągliwości jest opis napadu na dwór polski we „Florjanie z Wielkiej Hłuszy“.
I tu objawia się potrzeba tego ruchu żywiołowego, jakim były wojskowe formacje polskie na wschodzie. W chwili krytycznej, gdy śmierć zawisła nad mieszkańcami dworu, zjawia się oddziałek polski. Banda zostaje przepędzona i oddana w ręce białogwardzistom rosyjskim.
Wspaniali, dziarscy chłopcy, dziko chowani na kresach, pokazali się jako doskonały materjał na żołnierzy. Skołubów i Rupejków z Polesia nie zabrakło, kiedy znowu zaczęła się walka o niepodległość.
Nawet wyznawca „krajowości“ (jak nazywał się drobny kierunek polityczny, grupujący separatystów z Litwy), zbakierowany na rozsądku Skołuba, wkońcu przejrzał na oczy i wyzwolił się ze swych manij politycznych w dniu zmartwychwstania.
Ten typ wypaczeńca, który przyjął ideologję, podsuniętą przez zaborców, i prawie się oderwał od polskości, skreśliła Rodziewiczówna z humorem, karykaturalnie.
Umiarkowaniu temu dziwić się może, kto znał stosunki ówczesne. Dwie bratnie narodowości, Białorusim i Litwini, zamiast razem z nami walczyć o wspólny dach, już wtedy sprzedawały nas Niemcom (robota leadera „Hromady“ — Łuckiewicza — później założenie „Homonu“ za niemieckie pieniądze). Litwini zaś, odgraniczając się od kultury polskiej, całkowicie ulegli wpływom kultury rosyjskiej i woleli w Wilnie mówić po rosyjsku, niż po polsku. To też Kowno w pierwszych latach państwa litewskiego wyglądało na prowincjonalne miasto rosyjskie. Zaprzańcy polskości z pośród ziemiaństwa nie należeli wcale do typów najwyższych. I Skołuba tchnie całkowitym realizmem.
Symbolem idei polskiej na kresach jest dzwon, ukryty przed Rosjanami i Niemcami — Florjanem zwany. Dzielni chłopcy-patrjoci ukryli go w niedostępnych komyszach.
Uchowana świętość narodowa ukazała się znów przy świetle dziennem, kiedy przyszła triumfująca, prawdziwa niepodległość. Wszyscy, którzy się ukrywali, wszyscy, którzy się bili na różnych frontach, po różnych krajach ściągnęli znowu do gniazda, by tam w radości i szczęściu obchodzić zmartwychwstanie narodu.
Dzwon „Florjan“, który odzywa się wtedy poważnym i pięknym swym dźwiękiem, jest symbolem uchowanej tradycji i wierności Ojczyźnie.
Powieść o niedoli wojennej kresów ozłaca romans Bronki i Rupejki, inwalidy wojennego. Autorka rozwiązuje węzeł uczuciowy tak, jak Carmen Sylva, królowa rumuńska, w prześlicznem opowiadaniu o żołnierzu i dziewczynie-patrjotce, która kocha więcej inwalidę za męstwo i ofiarę, niż zdrowego narzeczonego. I w Bronce oszpecenie Rupejki nie zabija miłości.
Jakaż różnica jest między ujęciem tej sprawy przez wierzącą autorkę a przez takiego np. Jana Żyznowskiego, który z inwalidztwa wydobył maximum brzydoty!
Tak, jak Orzeszkowa w powieści „I pieśń niech zapłacze“... Rodziewiczówna walczyła z wynaradawianiem się. Stawiła nam przed oczy straszny przykład Barcikowskich. Ale wolała działać przykładami odrodzenia się i powrotu. Kazimierz Czertwan zapomniał o handlu wielbłądzią „szerścią“ i odpolerował swą polskość przy ładnej panience. W powieści „Między ustami a brzegiem puharu“ sprusaczony hr. Croy-Dülmen, przyjechawszy do Wielkopolski, wraca do narodowości swej matki i poślubia Polkę. Jedyna to powieść Rodziewiczówny ze stosunków wielkopolskich. Trzeba przyznać, że postacie ziemiaństwa tej dzielnicy są nie mniej ładne i przekonywujące w swym wytrwałym patrjotyzmie, jak typy z kresów wschodnich. Powieść ta dowodzi, że Rodziewiczówna, ukochawszy najbliższą sobie dzielnicę, rozszerzała miłość ojczyzny na wszystkie dzielnice, myśląc o wszystkich, badając wszystkie. „Szary proch“ porusza również sprawę powrotu do kraju i swojej narodowości, ale tym razem chodzi o Litwina. Autorka przedstawiła sympatycznie początki ruchu litewskiego, bo któż mógł przewidzieć, gdy działacze polscy podawali dłoń litewskim i białoruskim na wspólną walkę z caratem, że z ówczesnych sprzymierzeńców wyrosną nieprzyjaciele polskości?
Dając wskazania na dziś, poruszając najboleśniejsze problematy narodowe, jak walkę ekonomiczną, kwestję wynaradawiania się itd., Rodziewiczówna nie straciła nici łączności dnia dzisiejszego z tradycją pokoleń. A wszak ta ciągłość jest mocą każdej kultury i mogiły są kamieniem węgielnym do budowy nowego gmachu. Przez nakaz trzymania się tradycji, usymbolizowany w odwiecznym dębie-Dewajtisie, autorka spełniła jedno z najważniejszych zadań narodowych. Kultura nie wznosi się na piaskach i nie tworzy się jej przez jedno pokolenie, potrzebna na to praca wielu pokoleń. I wyników ich pracy i doświadczeń zapominać nie wolno, bo trzeba zaczynać na nowo.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Anna Zahorska.