Maja Liza/Kołowrotki

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Selma Lagerlöf
Tytuł Maja Liza
Podtytuł Romans
Rozdział Kołowrotki
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Drukarnia Concordia Sp. akc.
Miejsce wyd. Lwów — Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Liljecronas hemland
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


KOŁOWROTKI.

Wielki, dalarneński zegar szalkowy, stojący w pokoiku obok kuchni, tak zwanej komorze, wydzwonił godzinę szóstą z takim hałasem, jak gdyby ciężkie wagi miały zamiar spaść na samo dno piekła. Zbudziło to dziewczynę, śpiącą na trzech zestawionych krzesłach. Było to legowisko nader chwiejne, ale wrócili późno i musiała zadowolić się tem naprędce przysposobionem posłaniem.
Zeskoczyła, na ziemię, krzyknęła głośno i wybiegła na środek izby. Śniło jej się, że leży w trumnie i ma zostać pochowaną, a dzwony kościelne biją jej na pogrzeb właśnie.
Stanąwszy bosemi stopami na zimnej podłodze, przyszła zaraz do siebie i oprzytomniała.
Pewnie nikt nie usłyszał jej okrzyku! Ach, straszny byłby wstyd, gdyby ktoś z nią spał razem w komorze. Coś okropnego! Dziewczęta służebne wyśmiałyby ją na pewno, gdyby posłyszały, że się zlękła zegara. Nie pojmowała zresztą wcale dlaczego się przestraszyła. W domu nie było, coprawda, zegara, ale w Nyhofie stało i wisiało ich kilka w sali i mniejszych pokojach mieszkalnych, wiedziała też dobrze, co to zegar i jak bije.
W komorze nie było całkiem ciemno. W rogu widniało ognisko z kilku tlejącemi polanami, tak że mogła się rozejrzyć. Nie, dzięki Bogu, nie było prócz niej nikogo w stancji. Wąska, drewniana ławka z oparciem, na której leżała mamzel Maja Liza, gdy dziewczyna przybyła w nocy, pusta już była, a w dodatku bez pościeli, przysposobiona na dzień.
Jeśli zaś wstała już mamzel Maja Liza, to i jej pora ubierać się, oczywiście.
Umyśliła przyłożyć do ognia polano, by przy jego świetle znaleźć pończochy, trzewiki i resztę odzieży. W takim razie mogła być w mig gotową.
Jakaż to dziwna rzecz! Oto znajdowała się w komorze na löwdalskiej plebanji, gdzie matka jej była swego czasu niańką, zanim wyszła za ojca. Ciekawa, czy jej się tu będzie równie jak matce podobać i czy przywyknie do tego miejsca?
Na, calem świecie nie było nikogo, z wyjątkiem syna oczywiście, kogoby matka równie kochała jak pastorównę. Mówiła o niej zawsze niby o jakiejś księżniczce.
Ach, ileż się naopowiadała! Pastorówna była piękna. Ile razy jechała drogą, ludzie porzucali robotę, biegli i stawali u płotów, by ją zobaczyć choć na chwilę.
Proboszcz miał w parafji wielkie znaczenie, ale mawiał zawsze, że jest jeno przybłędą w porównaniu z córką i ludzie sobie z niego niewiele co robią. Przybył tu niedawno, podczas gdy ona pochodzi ze starego, plebańskiego rodu, osiadłego od stu lat w parafii i odziedziczy też Löwdalę i plebanję po jego śmierci.
Czasem gniewało ją niemal nawet to ciągłe opowiadanie o pastorównie. Matka powtarzała nieustannie jedno w kółko, zupełnie jakby nie było innych ludzi na świecie, lub z nią się równać nie mogli. Teraz jednak cieszyło ją bardzo, że nakoniec zobaczy pastorównę.
Radaby była zrozumieć też, skąd pochodzi ów hałas, dochodzący ją przez cały czas ubierania. Nie jest to już pewnie wczorajsza burza, nie od niej to huczało jej w uszach! A może zresztą rozpętała się na nowo? Nie, nie, hałas był zgoła inny, równiejszy, zupełnie jednostajny, przypominający dudnienie młyna.
Skończyła się ubierać i otworzyła drzwi kuchenne.
Teraz już nie dziwowała się przyczynie hałasu. Cała kuchnia pełna była prządek i kołowrotków. Jeden kołowrotek za drugim, jedna prządka za drugą... dziewczyna dojrzeć nie mogła końca, szeregu.
Zatrzymała się w progu, gdyż uczuła nagły zawrót głowy. Widywała już trzy, razem warczące kołowrotki w jednej stancji, tak, tyle ich widywała, tu jednak znajdowało się takie mnóstwo, że zadała sobie mimowoli pytanie, czy umie wogóle tak daleko liczyć...
W kuchni panował mrok, dlatego też nie mogła się zorjentować odrazu. Kilka żywicznych kłodzin jałowca płonęło na ruszcie paleniska, żelazną sztabą przymocowanego do komina. Stanowiło to całe oświetlenie. Pozatem dlatego jeszcze widać, niczego wyraźnie nie było, bo kołowrotki i prządki okrywała gęsta chmura pyłu, wzbitego w powietrze przędzeniem.
Koniec końcem czegoś podobnego nie widziała dotąd w życiu. Stała w progu, zapatrzona w biegnące koła, ruszające się pedały, zręczne, błyskające palce prządek, a w głowie kręciło jej się coraz to bardziej. Chcąc się opanować i pokonać to przykre wrażenie, zaczęła sobie zadawać pytania. Tak radziła zawsze matka.
— Ile też przędzie się w tej kuchni motków w ciągu jednego ranka? Ile też pęków takich motków wisieć już może w składzie na piętrze? Ile też tkackich warsztatów musi się puścić w ruch na wiosnę, by zetkać wszystką tę przędzę. Ile też postawów płótna musi się potem blichować... Ile też...
Zawrót głowy minął zupełnie, tak, że mogła zaryzykować przejście pomiędzy kołowrotkami. Nie było ich zresztą tak niesłychanie dużo, jak zrazu sądziła, ale także nie mało. Stały długim szeregiem, a raczej rozwartym kręgiem, od ogniska aż do drzwi wchodowych.
Tuż przy niem, oświecona płomieniem polan, siedziała pastorowa przy kołowrotku żółto lakierowanym i przędła biały len, za nią, jak się przynajmniej zdawało przybyłej, przędła wełnę na czerwono i zielono malowanym kołowrotku stara klucznica, o której jej opowiadała matka. Za nią siedziało parę dziewcząt, mianowicie kucharka, pokojówka, podręczna i dziewka stajenna, a wszystkie przędły na zwykłych, niemalowanych kołowrotkach. Za niemi wszystkiemi przędła konopie na starym zniszczonym kołowrotku garbata komornica[1], a na samym końcu, pod drzwiami, w prądzie przeciągu, idącego od wejścia, zatopiona w cieniu siedziała jeszcze jedna osoba i przędła. W kołowrotku tej ostatniej pracownicy brakło trzech sprych koła, sznur rozpędowy był kilka razy związany, zaś pedał wytarty i chwiejnie osadzony. Przędła ordynarne konopie, pełne guzów i zadzior, tak że gdzieindziej nie warto było ich poprostu nakładać na wrzeciono. Prządka pracowała mimo to zręcznie, jak te, które przędły najprzedniejszy len.
Dziewczyna nie mogła sobie wyobrazić, kimby mogła być ta ostatnia osoba, i po chwili zadecydowała w duchu, że pastorowa musiała wziąć na plebanję jakąś dziewczynę dla nauki przędzenia.
— Biedaczko! — pomyślała — Nie dobrze ci się tu dzieje. Nie cieszysz się, najwidoczniej, łaskami pastorowej.
W kuchni, poza wyliczonemi tu osobami, nie było nikogo więcej i dziewczyna nie mogła teraz zrozumieć jak to się jej wydawało zrazu, że otacza ją mnóstwo osób.
Wszystkie razem przędły i przędły. Gdy matka przędła, przyśpiewywała sobie, albo opowiadała historyjki, tutaj jednak wszystkie prządki milczały jak zaklęte.
Pastorowa wezwała ją skinieniem i kazała sobie podawać rozczesane pięknie przędziwo z kosza, stojącego na ziemi, tak by się nie potrzebowała schylać po każde pasmo.
Dziewczyna musiała to robić przez czas niezmiernie długi, koła warczały wokół, wahały się w dół i do góry pedały, wrzeciona wirowały, a dziewczyna uczuła ponowny zawrót głowy, to też chcąc się pozbyć tego uczucia, zaczęła, sobie znowu zadawać rozsądne i konkretne pytania.
— Ile też motków wełny przędzie się tutaj w ciągu jednego poranka? Ile takich motków znajduje się już w składzie na piętrze...?
Jakże to jednak dziwne, że dotąd nie widziała pastorówny! Mogła ona tu równie dobrze jak proboszczowa siedzieć i prząść! Chociaż nie, cóż za myśli, proboszczówna była zbyt wykwitną damą, by siedzieć tu pośród służebnych i prząść! Wszakże to coś jakby księżniczka ta proboszczówna!
Odziedziczy w spadku Löwdalę i całą parafję. Siedzi sobie teraz pewnie w salonie na kanapie i haftuje jedwabne kwiaty na brokacie...
Ale cóż się to stało? Pewnie któraś z prządek zrobiła coś niewłaściwego, bo oto pastorowa obróciła kilkakrotnie głowę ku drzwiom.
Minęło sporo czasu i zaczęło już na dobre świtać. Blady blask przeniknął przez małe szybki okien. Można było dostrzec nawet z głębi kuchni, ta m gdzie stała dziewczyna, że prządka siedząca pod drzwiami przestała pracować. Nie spała, jeno oparła dłoń na kole i patrzyła przed siebie, ale zdało się, że nie dostrzega wcale tego, co się dzieje w kuchni.
Nie spostrzegła co najmniej na pewno, że zwraca uwagę pastorowej na to, iż kołowrotek jej umilkł od chwili.
Prządka ta miała dziwnie łagodny, słodki wyraz twarzy i wielkie, zadumane, błękitne oczy. Nie zaprzestała pracować przez lenistwo, o nie, to było widać najdokładniej, uległa jeno potrzebie posiedzenia przez chwilę bez ruchu i podumania sobie.
Z każdą upływającą minutą pastorowa zaciskała mocniej usta, tak że twarz jej przybrała wreszcie wyraz srogi, wzbudzający porządny strach w patrzących.
Zatrzymała swój kołowrotek i wstała. Tamta jednak siedząca bez ruchu nie widziała wcale, że proboszczowa zbliża się ku drzwiom, wymijając kołowrotki. Nie ruszyła się, aż pastorowa stanęła przed nią i położyła jej dłoń na karku.
Wydała lekki okrzyk i uczyniła gest uwolnienia się od dotknięcia. Ale pastorowa trzymała silnie w dłoni kark ofiary, podniosła jej twarz w górę, drugą ręką zerwała z wrzeciona garść skudłaczonych, pełnych zadzior konopi i, przyciskając je do twarzy prządki, tarła niemi po jej oczach, czole i policzkach przez dobrą chwilę.
— Pracujemy wszystkie dla ciebie jeno, — rzekła twardym głosem — a ty sama śpisz sobie w najlepsze?
Przybyła omal nie krzyknęła z przerażenia. Nie... nie, to chyba niemożliwe! Więc to jest pastorówna? A jednak inaczej być nie mogło, dla kogóżby innego bowiem mieli pracować wszyscy?
Naostatek potrząsnęła jeszcze pastorowa porządnie głową nieszczęsnej prządki, rzuciła na ziemię konopie i wróciła na swoje miejsce.
W tejże jednak chwili wstała klucznica z krzesła i odsunęła swój kołowrotek, a uczyniły to wraz z nią wszystkie dziewczęta i komornica.
Pastorowa obróciła się ku klucznicy i spojrzała na nią osłupiałym wzrokiem.
— Pani pastorowa wie zapewne, — rzekła klucznica — że czeladź nie pracuje na plebanji przez cały ciąg świąt Bożego Narodzenia. Bywaliśmy zawsze wolni i mogliśmy pracować dla siebie samych. Pani pastorowa wie także, że jeśli udamy się do pana pastora i spytamy, powie, by tak zostało jak bywało dawnemi laty. Przędłyśmy przez cały ranek dlatego że mamzel Maja Liza prosiła nas, byśmy się nie sprzeciwiały pani pastorowej. Ale teraz przestajemy, widząc, że się pani z nią mimo to obchodzi tak jak zawsze.
Po tych słowach klucznica i wszystkie prządki podniosły swe kołowrotki w zamiarze wyniesienia ich z kuchni.
Pastorowa zerwała się i zastąpiła drzwi.
— Ni jeden kołowrotek wbrew mej woli nie zostanie wyniesiony! — zawołała.
Ale klucznica czuła, że prawo ma po swej stronie, przeto bez wahania zbliżyła się do swej chlebodawczyni. Zdawało się, że teraz musi nastąpić lada moment coś strasznego.
Tymczasem, o dziwo, nastąpiła rzecz zgoła nieoczekiwana.
Pastorowa rozejrzała się wokoło, jakby szukając osoby, chcącej jej przyjść z pomocą. Oczy jej spoczęły na nowoprzybyłej. Ale dziewczyna ptarzyła na nią przerażona, skamieniała, jakby ujrzała istną czarownicę. W zachowaniu pastorowej zaszła teraz zupełna zmiana.
Odstąpiła od drzwi w chwili, gdy klucznica znajdowała się o krok od niej, i rzekła:
— Obyczaj pozostanie obyczajem! Jeśli rzecz tak się w istocie ma, jak Kajsa powiada, i czeladź wolna bywa podczas świąt, to niechże już będzie. Ale mogłyście mi to, sądzę, powiedzieć spokojnie i wytłumaczyć, a nie powoływać się na swe prawa.
— Uczynimy to pewnie następnym razem! — odrzuciła ze złością klucznica.
Nie doszło jednak do sprzeczki, bowiem w tejże chwili właśnie rozległ się lekki dźwięk dzwonka z głębi domu.
— Pan pastor dzwoni na modlitwę poranną! — zauważyła. klucznica — Musimy zostawić kołowrotki, wyniesiemy je później.
Czeladź wyszła z kuchni, ale dziewczyna nie uszyła się krokiem. Skamieniała, rozmyślała nad tem jak to być może, by właśnie owa prządka przy samych drzwiach siedząca i najordynarniejszą przędzę mająca na połamanym kołowrotku; mogła być pastorówną! Był to wszakże grzech ciężki, był to wstyd okropny! Ach, gdybyż matka wiedziała!
Opróżniła się wielka kuchnia. Na samym końcu za wszystkiemi kroczyła pastorówna. Zbliżywszy się do dziewczyny, podała jej nagle rękę i rzekła:
— Pójdzież także na modlitwę poranną! Nieprawdaż?
Głos jej był słodki, miły, a dłoń miękka i delikatna. Dziewczyna wsunęła w nią, nieśmiało zrazu, swą rączynę. Ale w miarę jak obie kroczyły przed siebie, palce dziecka coraz to mocniej ogarniały dłoń Maji Lizy, gdy zaś stanęły pod drzwiami gabinetu proboszcza, pastorówna nachyliła się ku przybyłej i szepnęła:
— Słyszałam, że jesteś córeczką mej dawnej niańki, Marity z Koltorpu?
— Tak, — odrzekła dziewczynka — i przybyłam by panience pomagać!
Maja Liza uśmiechnęła się i odparła:
— Tak, tak, w istocie potrzebuję czyjejś pomocy!

Przypisy

  1. Gmina rozdzielała swych biednych po zagrodach, w czasie kiedy nie było jeszcze w Szwecji szpitalów. Musiano ich utrzymywać, w każdej zagrodzie przez pewien określony czas, poczem odsyłano do następnej. O ile byli silni, pomagali w pracy. Często byli chorzy i leżeli w łóżku, ale mimo to gdy czas przeznaczony minął zawożono ich do gospodarza, na którego przypadała kolej.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Selma Lagerlöf i tłumacza: Franciszek Mirandola.