Małe kobietki/Rozdział IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Louisa May Alcott
Tytuł Małe kobietki
Data wydania 1930
Wydawnictwo Księgarnia F. Hoesicka
Druk Zakłady Graficzne „Zjednoczeni Drukarze“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Zofia Grabowska
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ IV.
ŁADUNKI.

— Ach Boże! jakże przykro będzie wziąć znowu ładunki na siebie i pójść dalej w drogę! — westchnęła Małgosia nazajutrz po wieczorku; święta bowiem już minęły, a tydzień wakacyjny nie usposobił jej do chętnego pełnienia obowiązku, którego nigdy nie lubiła.
— Chciałabym, żeby ciągle trwało Boże Narodzenie albo Nowy Rok. Czyby to nie było przyjemne? — odezwała się Ludwisia, okropnie ziewając.
— Nie bawiłybyśmy się tak dobrze jak teraz, ale to musi być miło używać do syta uczt, bukietów, wieczorów; jeździć powozem, czytać, chodzić sobie swobodnie i nie pracować. Inni ludzie tak żyją i zawsze zazdroszczę dziewczętom, pędzącym czas w ten sposób. Ja tak lubię przepych, — mówiła Małgosia, przyglądając się dwom podszarzałym sukniom.
— Nam to nie jest dane, więc nie narzekajmy. Zarzućmy raczej ładunki na ramiona i dźwigajmy je tak wesoło jak mama. Przyznaję, że ciotka March jest bardzo przykra, ale może, gdy się przestanę uskarżać, to ze mnie spadnie ten ładunek, albo się stanie tak lekkim, że go nie będę czuła.
Ta myśl ożywiła Ludkę i wprawiła ją w dobry humor; ale Małgosia nie wypogodziła twarzy, bo ładunek, złożony z czworga zepsutych dzieci, wydawał jej się jeszcze dokuczliwszym niż dawniej. Owego ranka nie miała nawet odwagi ozdobić się niebieską wstążeczką na szyję i ładnem uczesaniem.
— Co z tego, że mi będzie do twarzy, kiedy mię zobaczą tylko te nieznośne dzieciaki, i skoro nikt o to nie dba, czym piękna, — mruczała, zamykając z trzaskiem szufladę. — Będę musiała pracować, męczyć się całemi dniami, zaledwie kiedy niekiedy używać rozrywki, zestarzeć się, zbrzydnąć i skwaśnieć tylko dlatego, żem uboga — i że nie mogę używać życia jak inne dziewczęta. To okropne.
Zeszła na dół z niezadowoloną twarzą i wcale nie była przyjemna przy śniadaniu. Już to dnia tego wszystkie zdawały się nieswoje i skłonne do utyskiwań. Elizę bolała głowa, położyła się więc na sofie, pocieszając się kotką z trojgiem kociąt. Amelkę niecierpliwiło to, że nie umie lekcji i że nie może znaleść kaloszy. Ludce chciało się gwizdać, i wybierała się hałaśliwie. Panią March bardzo zajmował list, który chciała zaraz po skończeniu wyprawić. Anna gderała, bo jej nie służyło późne kładzenie się.
— Cóż za kwaśne grono! — wykrzyknęła Ludka ze złości; wylała bowiem atrament, zerwała sznurowadła od bucików i usiadła na swym kapeluszu.
— A tyś najkwaśniejsza ze wszystkich! — odrzekła Amelka i obmyła te niepowodzenia łzą, co jej spadła na talerz.
— Elizo, jeżeli nie będziesz trzymać tych szkaradnych kotów w piwnicy, to je potopię! — zawołała gniewnie Małgosia, napróżno chcąc się pozbyć kota, który jej się uwiesił na karku i ciężył jak kamień młyński, a nie mogła go schwytać.
Ludka śmiała się, Małgosia gderała, Eliza kwiliła, a Amelka stękała, że nie może sobie przypomnieć, ile czyni dziewięć razy dwanaście.
— Dziewczęta! dziewczęta! uciszcie się na chwilę. Muszę wyprawić ten list najpierwszym pociągiem, a przeszkadzacie mi swoją wrzawą! — zawołała pani March, przekreślając już trzeci pomylony frazes.
Nastąpiła chwilowa cisza, ale ją przerwała Anna, która wpadła, postawiła na stole gorące jabłka w cieście i uciekła. Ciastka te weszły tam oddawna w zwyczaj i były nazywane przez dziewczęta „mufkami“, nie miały bowiem innych. Bardzo im było przyjemnie w chłodne poranki, trzymając je, grzać sobie ręce, i Anna nigdy nie zapomniała ich upiec, chociażby jak najbardziej była zajęta i kwaśna, bo je czekała przechadzka daleka, zimna — a biedaczki nie dostawały już innej przekąski, choć rzadko wracały do domu przed trzecią.
— Utul swoje koty i pozbądź się bólu głowy, Elizo. Bądź zdrowa, mamo; wyglądałyśmy dziś na nieznośną gromadę wisusów, ale wrócimy dobre jak anioły. Chodźże, Małgosiu! — i rzekłszy to, wyskoczyła Ludka, czując w głębi serca, że pielgrzymki nie tak wybierają się w drogę jakby należało..
Dochodząc do rogu domu, zawsze się oglądały, bo matka stawała w oknie, żeby się ukłonić, uśmiechnąć i pozdrowić je ręką. Zdawało się to rzeczą konieczną, bo chociaż były w złem usposobieniu, ostatni błysk tej macierzyńskiej twarzy działał zawsze jak promień słońca.
— Gdyby mama pokazała nam pięść zamiast przesyłać pocałowanie od ust, to byłoby bardzo sprawiedliwe, bo jesteśmy niewdzięczne ladaco! — zawołała Ludka, ciesząc się, że błoto i zimno będzie dla nich zasłużoną karą.
— Nie używaj takich brzydkich wyrazów! — odezwała się Małgosia z pod gęstej woalki, w którą się owinęła, jakby mniszka znudzona światem.
— Lubię dobre, silne wyrazy, które coś znaczą, — odparła Ludwisia, chwytając za kapelusz, który skakał na głowie, jakgdyby chciał frunąć.
— Nazywaj siebie jak ci się podoba; lecz ja nie jestem ani urwisem, ani ladaco, i nie chcę takich przydomków.
— Jesteś dziś struta i cierpka dlatego, że nie możesz opływać w zbytkach, biedaczko! Poczekaj, jak zrobię majątek, to będziesz miała powozy, lody, trzewiki na wysokich obcasach, bukiety i rudych kawalerów do tańca.
— Jakaś ty komiczna, Ludko! — rzekła Małgosia i roześmiała się z tych bredni, co jej sprawiło mimowolną ulgę.
— To szczęście, bo gdybym była zgnębiona i smutna jak ty, w ładnym byłybyśmy stanie. Dzięki Bogu, zawsze upatrzę coś zabawnego, co mię wprawia w dobry humor. Przestań narzekać i wróć wesoło do domu, to będzie najlepiej.
Dla dodania siostrze odwagi, poklepała ją po ramieniu na pożegnanie, każda szła bowiem w inną stronę z gorącem jabłkiem w ręku, zmuszając się do wesołości mimo wietrznej pogody, ciężkiej pracy, jaka ich czekała, i niezaspokojonych pragnień.
Gdy pan March stracił majątek z powodu, iż chciał przyjść z pomocą przyjacielowi, dwie starsze córki prosiły, żeby im wolno było zarabiać przynajmniej na własne utrzymanie. Rodzice przystali, będąc tego przekonania, że dzieci nie zaczną nigdy dosyć wcześnie wprawiać się w energję, pracowitość i niezależność. Wzięły się więc do dzieła ze szczeremi chęciami, które zwykle pokonywają wszelkie przeszkody. Małgorzata znalazła miejsce bony i miała się za bogatą, otrzymując maleńkie zasługi. Kochała się przytem ona w przepychu i nienawidziła ubóstwa. Trudniej jej było znosić je, niż innym dzieciom — pamiętała bowiem czasy, kiedy dom rodziców był dostatni, życie swobodne i przyjemne, a wszelki brak nieznany. Pokonywała w sobie zazdrość i niezadowolenie, ale było to bardzo naturalne, że tak młoda dziewczyna pragnęła wykwintnych strojów, wesołych stosunków, starannej edukacji i swobodnego życia. U państwa King widywała codzień przedmioty swych marzeń, bo ich starsze córki bawiły się. Przyglądała się tam balowym strojom i bukietom, słuchała wesołego szczebiotania o teatrach, koncertach, ślizgawkach i różnych rozrywkach. Widziała pieniądze marnowane na fraszki, które dla niej byłyby tak cenne. Biedna Małgosia rzadko uskarżała się, ale jakieś poczucie niesprawiedliwości czyniło ją czasem gorzką, bo się nie przekonała jeszcze jak jest bogatą w te dary, co jedynie mogą życie uszczęśliwić.
Ludka miała zaszczyt podobać się ciotce March, która będąc kulawą, potrzebowała opieki ruchliwej osoby. Ta bezdzietna pani chciała adoptować które z dzieci państwa March, gdy popadli w nieszczęście, i bardzo się obraziła odmową. Gdy znajomi straszyli, że ich pominie w testamencie, niepraktyczni ci ludzie odpowiadali:
— Za dwanaście fortun nie oddalibyśmy żadnej z córek; w dostatkach czy w ubóstwie będziemy się trzymać razem, szukając szczęścia jedni w drugich.
Stara jejmość nie chciała przez pewien czas do nich mówić, ale gdy zastała raz Ludkę u znajomych, podobała jej się komiczna twarzyczka i śmiałe obejście; spytała więc, czy nie zechce zostać jej towarzyszką. Nie nęciło to wcale Ludki, ale przyjęła propozycję, nie mając lepszych widoków, i powszechnie dziwiono się potem, że tak umie dogadzać gderliwej krewnej. Bywały niekiedy burze i Ludka szła do domu z postanowieniem, że już tego dłużej nie będzie znosić, ale ciotka March żywo brała się do rzeczy i wzywała ją tak nalegająco, że nie mogła odmówić — bo w głębi serca dosyć lubiła tę pieprzną jejmość.
Głównie musiała ją tam nęcić piękna bibljoteka, zostawiona od śmierci wuja March na łup kurzu i pajęczyn. Ludka pamiętała poczciwego staruszka, który jej pozwalał budować koleje żelazne i mosty z grubych słowników, opowiadał historje o dziwacznych obrazkach w łacińskich księgach i kupował jej pierniki, ile razy ją spotkał na ulicy. Ciemny, zakurzony pokój, popiersia wyglądające z ponad dużych szaf, wygodne krzesła, globusy, — a co lepsza, pustynia książek, wśród której mogła wędrować gdzie chciała — czyniły dla niej bibljotekę przybytkiem szczęścia. Jak tylko ciotka March zabierała się do drzemki, albo zajęta była gośćmi, Ludka śpieszyła do cichego schronienia, i sadowiąc się w wielkim fotelu, połykała poezje, romanse, historje, podróże, obrazki. Ale ta radość, jak każda na świecie, nie trwała długo, bo skoro doszła do jądra powieści, do najpiękniejszego wiersza w poemacie, lub do niebezpiecznej przygody podróżnika, krzykliwy głos wołał: „Lud-wi-ko! Lud-wi-ko!“ i musiała opuszczać raj, żeby zwijać nici, myć pudla, lub godzinami czytać „Essays“ Belsham’a.
Marzeniem jej było dokonać jakiego znakomitego czynu, coby to było, nie miała pojęcia i zostawiała wybór na później, — tymczasem zaś najwięcej ją smuciło, że nie może tyle czytać, biegać i jeździć konno, ileby chciała. Często nabawiała się kłopotu przez żywy temperament, ostry język i ruchliwy umysł. To się wznosiła w górę, to opadała, łącząc komizm z patetycznością. Ponieważ zasługi, pobierane od ciotki March, były dla niej najpożądańszą rzeczą — ta myśl, że pracuje na swe utrzymanie, uszczęśliwiała ją mimo ciągłego „Lud-wi-ko!“
Eliza była zbyt lękliwa, żeby chodzić do szkoły. Spróbowali ją posyłać rodzice, ale było to dla niej takiem cierpieniem, że nadal uczył ją w domu ojciec. Nawet gdy odjechał, a matce przyszło poświęcać swój czas i trudy w Towarzystwie opieki nad rannymi, pilnie sama pracowała nad sobą. Zamiłowana w gospodarskich zajęciach, utrzymywała z Anną porządek w domu i czuwała nad wygodami swych pracownic, a to nie dla nagrody, lecz dla zjednania sobie miłości. Długie, ciche dni nie schodziły jej samotnie i bezczynnie, bo zaludniała swój światek urojonymi przyjaciółmi, i natura stworzyła ją pracowitą pszczółką. Co rano budziła ze snu i ubierała sześć lalek; nie przestała bowiem jeszcze kochać swych pieszczoszek, chociaż ani jednej nie było całej, lub ładnej. Odziedziczyła je po starszych siostrach, które wyrosły z tych bożyszcz, — i po Amelce, gdyż ona nie lubiła nic starego i brzydkiego. Eliza kochała je właśnie z powodu ich niedoli i założyła szpital dla chorych lalek. Nigdy nie wpinała szpilek w ich watowane członki, nie przemawiała ostro, nie biła. Nawet najwstrętniejszej nie zasmucała zaniedbaniem; wszystkie karmiła, ubierała, niańczyła, pieściła, ze stałem uczuciem. Jakaś pogruchotana lalka, należąca przedtem do Ludki, skołatana burzliwem życiem, poszła do worka z gałganami, a Eliza, wyrwawszy ją z tego smutnego miejsca, dała u siebie schronienie. Główkę bez wierzchołka ubrała w ładny czepeczek, brak rąk i nóg ukryła pod kołdrą, i najlepsze łóżko poświęciła tej kalece. Gdyby kto widział jakich starań doznawała ta lalka, sądzę, że byłby wzruszony, choćby go nawet brała chęć do śmiechu. Przynosiła jej bukiety, czytywała głośno, wynosiła pod swym płaszczykiem na świeże powietrze, śpiewała do snu, i przed położeniem jej, całowała tkliwie w brzydką twarz, szepcąc:
— Mam nadzieję, że będziesz dobrze spała, moja droga biedaczko.
Eliza miała swe troski, jak wszyscy na świecie, a nie będąc aniołem tylko bardzo ziemską dziewczynką, często popłakiwała z tego powodu, że nie może brać lekcji muzyki i mieć pięknego fortepianu. Tak serdecznie kochała muzykę, tak się pilnie uczyła, tak się cierpliwie ćwiczyła na brzęczącym starym instrumencie, że się zdawało, iż koniecznie powinien jej kto dopomóc, — nie mówiąc już o ciotce March. Jednakże nikt tego nie uczynił i nikt nie widział, że będąc sama, ścierała łzy z pożółkłych klawiszów, które nie chciały wydawać tonu. Przy robocie śpiewała jak skowronek; nigdy się nie czuła zbyt zmęczona, by grać mamie i dziewczętom — i nie tracąc nadziei, codzień mówiła sobie: „Wiem, że jeżeli zasłużę, to użyję kiedyś muzyki“.
Dużo jest takich Elizek na świecie; nieśmiałe i ciche siedzą w kącie, póki ich kto nie zapotrzebuje, i żyją tak wesoło dla innych, że nikt nie widzi ich poświęcenia. Dopiero gdy ten świerszcz domowego ogniska przestanie się odzywać, i zniknie jego słodka, promienna obecność, zostają tylko: cisza i cienie.
Gdyby kto zapytał Amelki, co jest największą troską jej życia — odrazu rzekłaby: „nos“. Kiedy była jeszcze maleńkiem dzieckiem, Ludka wepchnęła ją przypadkiem do piwnicy z węglami, i Amelka utrzymywała, że to jej zeszpeciło nos na zawsze. Nie był on duży, ani czerwony, jak biednej „Petrei“, tylko trochę płaski, i chociaż go często szczypała, nie przybierał arystokratycznego końca. Nikt tego nie uważał prócz niej samej; nawet rósł on pięknie, lecz ubolewała, że nie ma greckiego nosa, i na pociechę rysowała ich mnóstwo jak najudatniejszych.
Siostry nazywały ją małym Rafaelem; miała bowiem rzeczywisty talent do rysunku, i nic ją tak nie uszczęśliwiało jak naśladowanie kwiatów i dziwaczne ilustrowanie czarodziejskich bajek i powieści. Nauczyciele narzekali, że zamiast dodawania znajdują na jej tabliczce zwierzęta; na pustych stronach atlasu mapy, a w książkach śmieszne karykatury. Lekcje starała się odbywać jak najlepiej, i wzorowem zachowaniem unikała wszelkiego łajania. Towarzyszki lubiły ją za dobry temperament i łatwe obejście. Podziwiały jej minki, maniery i talenty; bo oprócz rysunku, umiała grać dwanaście sztuczek, robić szydełkiem i czytać po francusku — przekręcając wymowę tylko w dwóch trzecich wyrazów. Jakimś żałosnym i wzruszającym tonem zwykła mówić: „jak papa był bogaty, robiłyśmy to a to“; lubiła też używać jak najdłuższych wyrazów, co dziewczęta nazywały „najwyższą elegancją“.
Bardzo łatwo mogła się Amelka rozpieścić, bo ją wszyscy psuli; dlatego próżność i samolubstwo rozwijały się w niej swobodnie. Jedna tylko rzecz poskramiała jej miłość własną; oto musiała dodzierać ubrania swej kuzynki Florencji, której mama nie miała dobrego smaku. Biedna Amelka z boleścią serca kładła czerwony kapelusz zamiast niebieskiego, albo suknię, w której było jej nie do twarzy, i fartuszek nieodpowiedni do całego stroju. Wszystko było porządne, dobrze zrobione i świeże, ale artystyczne oczki Amelki cierpiały, zwłaszcza tej zimy, kiedy miała szkolny mundurek z materji ponsowej w żółte kropki, niczem nie ozdobiony.
Pewnego razu rzekła ze łzami w oczach do Małgosi: „cała moja pociecha w tem, że mama nie robi mi fałd u sukni, jak jestem niegrzeczna; matka Maryni Parks, radzi sobie w ten sposób i to jest okropne, moja droga; bo czasami Marynia tak zawini, że ma suknię po kolana i nie może przyjść do szkoły. Gdy myślę o tej degradacji, wolę znosić nawet mój płaski nos i suknie ponsową w żółte kropki.
Małgosia była powiernicą i kierowniczką Amelki — a przez dziwną sprzeczność, Ludkę ukochała Eliza. Jej wypowiadała dziecina swe myśli i nieświadomie wywierała największy wpływ na dużą, krnąbrną i nieprzystępną siostrę. Dwie starsze dziewczynki kochały się bardzo; ale każda wzięła jedną z młodszych w opiekę, i czuwały nad niemi według swego sposobu widzenia. Bawiły się w matki — jak się same zwykły wyrażać — i w miejsce odrzuconych lalek zajęły się siostrami z macierzyńskim instynktem małych kobietek.
— Czy macie co do powiedzenia? Taki dziś był przykry dzień, że umieram z tęsknoty za rozrywką, — rzekła Małgosia, gdy siedziały razem przy wieczornem szyciu.
— Ja miałam szczególne przejścia z ciotką, ale sobie radziłam jak mogłam, o czem się zaraz przekonacie, — odezwała się Ludka, niezmiernie lubiąca opowiadać historje. — Czytałam właśnie wiecznego Belsham‘a, z przerwami jak zwykle, bo ciotka zaraz drzemie, a ja biorę co prędzej ładną książkę i połykam ją chciwie, póki się nie ocknie. Dziś stało się inaczej; bo mię opanowała senność nim się zaczęła kiwać, i takem ziewnęła, że zapytała dlaczego otwieram usta, jakgdybym chciała poźreć całą książkę odrazu.
— Pożarłabym chętnie, żeby z nią zrobić koniec, — odrzekłam, starając się nie być zbyt zuchwałą.
Dała mi wówczas długą naukę o moich grzechach i kazała rozmyślać o nich, póki się nie przedrzemie. Jak tylko jej się czepek zsunął na bok, wyjęłam z kieszeni „Wikarego z Wakefieldu“, i czytałam jednem okiem patrząc na książkę, a drugiem na ciotkę. Właśnie stanęłam na tem, gdy wszyscy wpadli w wodę, i przez zapomnienie roześmiałam się głośno; ciotka obudziła się, i odzyskawszy humor po drzemce, prosiła, żeby przeczytać kawałek dla przekonania jej, co to za błahe dzieło przekładam nad szacownego i nauczającego Belsham’a. Wywiązałam się jak mogłam najlepiej, żeby ją zadowolnić, rzekła więc:
— Nie rozumiem o co chodzi, zacznij od samego początku, moje dziecko.
Starałam się czytać, żeby przedstawić rodzinę Primrose w jak najkorzystniejszem świetle; ale przez złośliwy figiel w bardzo ciekawem miejscu rzekłam słodko: „boję się, że to panią nudzi, możebym przestała czytać?“
Wzięła robotę, którą puściła z rąk, ostro na mnie spojrzała przez okulary i powiedziała zwięźle, jak to jest jej zwyczajem:
— Skończ panna rozdział i nie bądź zuchwałą.
— Czy przyznała, że jej się to podoba? — spytała Małgosia.
— Gdzież-tam! nie; tylko dała pokój Belsham‘owi, a gdy tam pobiegłam wziąć rękawiczki po południu, tak była zajęta Wikarym, że nie usłyszała, jak śmieję się i tańczę w sieni z radości, że się zbliżają wakacje. Jakie przyjemne mogłaby spędzić życie, gdyby tylko chciała! Jednakże nie bardzo jej zazdroszczę pieniędzy, bo uważam, że bogaci mają troski równie jak ubodzy, — dodała Ludka.
— Przypominam sobie, że i ja mam coś do powiedzenia, — rzekła Małgosia. — Nie będzie to tak zabawna historja jak Ludwisi, ale mi dała wiele do myślenia, gdym powracała do domu. Zastałam dziś u Kingów cały dom w poruszeniu, i jedno z dzieci powiedziało mi, że starszy brat zrobił coś okropnego i papa go wypędził. Słyszałam jak pani King płakała, pan King odzywał się bardzo donośnym głosem, a Gracja i Helena odwróciły się przechodząc koło mnie, żebym nie widziała ich czerwonych oczu. Naturalnie, żem się o nic nie pytała, ale tak mi ich było żal, — i prawie cieszyłam się, że nie mam niegodziwych braci, którzyby nagannie żyli i hańbili rodzinę.
— Zdaje mi się, że zawstydzenie w szkole gorsze jest daleko od tego, co mogą zbroić niegodziwi chłopcy, — rzekła Amelka, potrząsając główką, jakgdyby miała wielkie doświadczenie życia. Zuzia Perkins przyszła dziś do szkoły w ładnym czerwonym pierścionku z karniolu, na który wzięła mię straszna ochota. Otóż rysowała ona portret pana Davis z potwornym nosem i z garbem, a z ust wychodziły mu te słowa: „Panienki, moje oko na was spoczywa“. Śmiałyśmy się wszystkie, wtem jego oko spoczęło na nas, i kazał by Zuzia przyniosła swą tabliczkę. Była spa-ra-li-żo-wa-na ze strachu, ale poszła — i zgadnijcie co zrobił! Wziął ją za ucho! wyobraźcie sobie co za okropność! Poprowadził ją na estradę, gdzie się wydaje lekcje, i kazał stać pół godziny, tak trzymając tabliczkę, żeby ją każdy mógł widzieć.
— Czy się dziewczęta śmiały? spytała Ludka, której się podobał ten figiel.
— Czy się śmiały! ani jedna; siedziały cicho jak myszki, a Zuzia niemało łez wylała, widziałam dobrze. Nie zazdrościłam jej wówczas, bo czułam, że po tem co zaszło, miljony karniolowych pierścionków nie dałyby mi szczęścia. Nigdy, nigdy nie wytrzymałabym tak bolesnego upokorzenia.
Skończywszy tę opowieść, zabrała się do roboty, dumna ze swoich cnót i z pomyślnie wypowiedzianych jednym tchem, dwóch długich wyrazów.
— Ja widziałam dziś rano rzecz, która mi się podobała, i miałam ją opowiedzieć przy obiedzie, ale mi wyszła z pamięci, — rzekła Eliza porządkując w koszyku Ludki, gdzie wszystko było poprzewracane. — Poszłam kupić trochę ostryg dla Anny i zastałam w sklepie pana Laurence, ale mię nie widział, bo stałam za baryłką, on zaś rozmawiał z panem Cutter rybakiem. Jakaś biedna kobieta weszła z konewką i szczotką do szorowania i zapytała pana Cutter, czyby nie pozwolił umyć czego w sklepie za kawałek ryby, bo nie dopisała jej robota, więc nie ma obiadu dla dzieci. W pośpiechu odrzekł: „Nie“. Zabierała się do odejścia z miną zgłodzoną i smutną, kiedy pan Laurence podał jej dużą rybę na zakrzywionym końcu laski. Tak była ucieszona i zdziwiona, że czemprędzej wzięła ją w ręce i dziękowała kilkakrotnie. Pan Laurence zalecił, żeby ją poszła gotować, więc pośpieszyła z radością! Czy to nie pięknie z jego strony? Ach! taka była zabawna, gdy ściskając tę grubą rybę, rzekła: „Mam nadzieję, że się panu dostanie wygodne łóżko w niebie“.
Uśmiawszy się z historji Elizy, poprosiły, żeby matka co opowiedziała, więc zastanowiła się chwilę i rzekła poważnie:
— Gdy siedziałam dziś rano w koszarach nad krajaniem kaftaników z niebieskiej flaneli, przejmował mię wielki niepokój o ojca, i myślałam nad tem, jakbyśmy były samotne i pozbawione opieki, gdyby mu się co stało. Chociaż to nie było rozsądnie, dręczyłam się bez ustanku, aż nareszcie przyszedł jakiś stary mężczyzna poczynić niektóre zamówienia. Usiadł przy mnie i zaczęliśmy rozmowę, zdawał się bowiem biedny, znużony i niespokojny.
— Czy macie synów w wojsku? — zapytałam, bo kartka, którą przyniósł, nie dla mnie była przeznaczona.
— Tak pani; miałem czterech, ale trzech zabito, a do czwartego, który zostaje w szpitalu waszyngtońskim, wybieram się teraz, — odrzekł spokojnie.
— Uczyniłeś pan wiele dla kraju, — powiedziałam przejęta już szacunkiem, nie litością.
— Ani trochę więcej, jakem powinien, pani.
Mówił tak wesoło, miał twarz tak otwartą, i zdawał się tak uradowany, że ich oddał wszystkich, żem się wstydziła za siebie. Ja oddałam jednego człowieka, i to zdawało mi się za wiele — on zaś poświęcił czterech bez skargi. Ja mam wszystkie córki, które mię pocieszają w domu, a jego ostatni syn czeka w oddaleniu, żeby go pożegnać może. Uczułam się tak bogatą, tak szczęśliwą, myśląc o moich skarbach — że zrobiłam mu ładną paczkę, dałam trochę pieniędzy i serdecznie podziękowałam za odebraną naukę.
— Mamo, opowiedz jeszcze jaką historję, także z moralną nauką. Lubię o nich myśleć potem, jeżeli są prawdziwe i niezbyt kaznodziejskie, — rzekła Ludka po chwili milczenia.
Pani March uśmiechnęła się i zaraz wzięła się do opowiadania; bawiąc bowiem oddawna historjami swą gromadkę, wiedziała czem jej przyjemność sprawić.
— Dawno już temu były cztery dziewczęta: miały co jeść, co pić i w co się ubrać; miały różne wygody i rozrywki, przyjaciół dobrych i rodziców kochających serdecznie, lecz mimo to, nie były zadowolone. — Tu słuchaczki spojrzały na siebie z pod oka, poczem zaczęły pilnie szyć. — Te dziewczęta chciały być dobremi, czyniły śliczne postanowienia, ale nie bardzo dotrzymywały, i ciągle mówiły: „gdybyśmy miały to“, albo „gdybyśmy mogły zrobić tamto“, zupełnie zapominając, jak wiele już mają i jak dużo przyjemnych rzeczy mogą robić. Zapytały więc jedną starą kobietę, jakie czary pomogłyby im znaleść szczęście, ona zaś rzekła: „Gdy was ogarnia niezadowolenie, myślcie o posiadanych skarbach i przejmujcie się wdzięcznością“. Tu Ludka spojrzała żywo, jakgdyby chciała coś powiedzieć, ale się nie odezwała, miarkując, że historja nie skończona jeszcze.
— Ponieważ to były rozsądne dziewczęta, postanowiły wypróbować radę, i wkrótce przekonały się jak dalece były w błędzie. Jedna odkryła, że pieniądze nie zabezpieczają bogatych rodzin od hańby i zmartwień; druga, że chociaż uboga, mając młodość, zdrowie i wesołe usposobienie, daleko jest szczęśliwsza od pewnej kapryśnej, słabej starej jejmości, nie mogącej używać swych dostatków; trzecia, że chociaż nieprzyjemnie pomagać w kuchni, jeszcze boleśniej żebrać o obiad; czwarta zaś, że nawet karniolowe pierścionki nie są tyle warte co dobre postępowanie. Zgodziły się więc, żeby nie narzekać, poprzestawać na otrzymywanych darach i aby im nie zostały odjęte, zasługiwać na nie. Zdaje mi się, że nigdy nie miały pożałować tego, iż usłuchały rady owej starej kobiety.
— To bardzo złośliwie z twojej strony, mamo, że do nas zwróciłaś tę historję i powiedziałaś kazanie zamiast bajeczki! — zawołała Małgosia.
— Lubię takie kazania; ojciec w podobny sposób do nas przemawiał, — rzekła Eliza z zadumą, wpinając igły w poduszeczkę Ludki.
— Ja mniej narzekam od innych, a teraz będę jeszcze ostrożniejsza, bo mię tego nauczyło upokorzenie Ludki, — rzekła Amelka sentencjonalnie.
— Potrzebną nam była ta lekcja i spamiętamy ją, a gdybyśmy zapomniały, słusznie byś nam mówiła jak stara Chloe w „Wuju Tomie“: „Myślcie o swoich skarbach, dzieci, myślcie o swoich skarbach!“ — dodała Ludka, która nie mogła się wstrzymać od żartu, chociaż wzięła to kazanie do serca zarówno z siostrami.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Louisa May Alcott i tłumacza: Zofia Grabowska.