Małe kobietki/Rozdział III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Louisa May Alcott
Tytuł Małe kobietki
Data wydania 1930
Wydawnictwo Księgarnia F. Hoesicka
Druk Zakłady Graficzne „Zjednoczeni Drukarze“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Zofia Grabowska
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ III.
MŁODY LAURENCE.

— Ludko! Ludko! gdzie jesteś? — wołała Małgosia stojąc przed schodami od poddasza.
— Tutaj, — odrzekł niewyraźny głos na górze. Wpadłszy na poddasze, spostrzegła Małgosia, że siostra zajada jabłka i ze łzami czyta przy słonecznem oknie „dziedzica Redchffe‘u“ leżąc owinięta w szal na starej sofie o trzech nogach. Było to ulubione schronienie Ludki; chętnie się tam usuwała z półtuzinem renetek i z ładną książką, aby używać ciszy i towarzystwa lubego szczura, który mieszkał blisko i wcale na nią nie uważał. Gdy się Małgosia ukazała, wsunął się do swej jamy, a Ludka obtarłszy oczy, wyczekiwała co od niej usłyszy.
— Ach, jakież to zabawne! patrz! zupełnie urzędowe zaproszenie do pani Gardiner na jutrzejszy wieczór; — wykrzyknęła Małgosia, podnosząc wgórę drogocenny bilet, poczem przeczytała z dziecinną radością.
— Pani Gardiner prosi, żeby panna March i panna Ludwika sprawiły jej tę przyjemność i przyszły na tańcujący wieczór, w wilję nowego roku. — Mama pozwala nam pójść, ale w cóż się ubierzemy?
— Niepotrzebne pytanie; wiesz, że weźmiemy szare poplinowe suknie, nie mając nic innego, — odrzekła Ludka z pełnemi usty.
— Gdybym choć miała jedwabną suknię, — westchnęła Małgosia. — Mama powiada, że może dostanę w ośmnastym roku, ale to długo czekać dwa lata!
— Nasze poplinowe suknie wyglądają jak jedwabne, i jak dla nas dosyć są ładne. Twoja jest jak nowa; ale zapomniałam, że moja wypalona i rozdarta! Cóż ja pocznę? Spalenie okropnie widoczne, a nie mogę nic wyjąć.
— Musisz siedzieć jaknajspokojniej i nie obracać się tyłem, — a przednie bryty zupełnie dobre. — Wezmę nową wstążeczkę na głowę, mama mi pożyczy szpilki z perełką, trzewiczki mam ładne, i rękawiczki ujdą, chociaż nie tak świeże jakbym lubiła.
— Ja swoje zniszczyłam limonadą, a nie mogę kupić innych, więc pójdę bez rękawiczek, — rzekła Ludka, nie troszcząca się wiele o ubranie.
— Musisz mieć, bo inaczej nie pójdę! zawołała Małgosia stanowczo. — Rękawiczki są najważniejsze ze wszystkiego. Nie można tańczyć bez nich, a gdybyś nie tańczyła, toby mię tak zmartwiło.
— To zostanę w domu. Nie bardzo dbam o taneczne wieczory; co za przyjemność kręcić się w kółko? ja lubię skakać i biegać.
— Nie możesz prosić mamy o nowe, bo to dużo kosztuje, a tyś taka niedbała; jakeś zniszczyła tamte, zapowiedziała ci, że innych tej zimy nie kupi. Czy nie mogłabyś sobie poradzić w jaki sposób? — zapytała Małgosia troskliwie.
— Mogę je trzymać zwinięte w ręku, żeby nikt nie widział, że są splamione, więcej nic nie wymyślę. Nie! powiem ci jak się możemy urządzić — każda włoży jedną dobrą, a w ręku będzie trzymała złą; rozumiesz?
— Większe masz ręce od moich, to mi ją strasznie rozciągniesz, — odezwała się Małgosia, bo rękawiczki były jej słabą stroną.
— A więc pójdę z gołemi rękami; nie dbam o to co ludzie powiedzą! — zawołała Ludka, biorąc się napowrót do książki.
— Możesz ją sobie wziąć, możesz! tylko nie splam, i obchodź się z nią dobrze. Nie trzymaj rąk za sobą, nie wpatruj się w nie, nie wołaj „Krzysztofie Kolumbie!“ dobrze?
— Nie turbuj się o mnie, będę sztywna jak talerz i będę się starała uniknąć biedy. Teraz idź, odpowiedz na bilecik, i daj mi skończyć tę śliczną powieść.
Małgosia poszła napisać: „przyjmują z podziękowaniem“; potem oglądała suknię i śpiewała wesoło, obszywając ją swą jedyną frezą z prawdziwej koronki. Ludka tymczasem kończyła powieść, jadła jabłka i bawiła się ze szczurem.
W noworoczny wieczór bawialny pokój był pusty, bo młodsze dziewczęta służyły za garderobiane, a starsze były zajęte ważną sprawą „ubierania się na zabawę“. Chociaż toalety miały skromne, dużo było biegania na górę i z góry, dużo śmiechu i szczebiotu. W jednej chwili silna woń przypalonych włosów napełniła cały dom. Małgosia chciała mieć kilka loczków nad czołem, a Ludka podjęła się przypiec papiloty żelaznemi szczypcami.
— Czy powinno się tak dymić? — spytała Eliza, siedząc na łóżeczku.
— To się wilgoć wysusza, — odparła Ludka.
— Jaka dziwna woń! — zupełnie jak od spalonych pierzy! — zauważyła Amelka, gładząc swe loki z zadowoleniem.
— Zdejmę teraz papiery, to zobaczycie masę maleńkich loczków, — rzekła Ludka kładąc żelazko.
Zdjęła je wprawdzie, ale się nie ukazała „masa loczków“, bo włosy odpadły wraz z papilotami, a przerażona fryzjerka położyła przed swą ofiarą cały szereg spalonych paczek.
— Ach! ach! ach! cóżeś ty zrobiła! Wszystko przepadło! nie mogę pójść na zabawę! Moje włosy, ach moje włosy! — wołała z płaczem Małgosia, spoglądając rozpaczliwie na nierówne strzępki nad czołem.
— Mnie się zawsze tak wiedzie! nie trzeba było prosić mię o to. Ja wszystko psuję. Bardzo mi przykro, bom dla tego przypaliła po partacku, że za gorące było żelazko, — mówiła z żalem biedna Ludwisia, patrząc przez łzy na czarne pierożki.
— Nic się nie zepsuło, tylko ufryzuj się i tak przewiąż wstążkę, żeby koniec zachodził trochę na czoło. To ostatnia moda; widziałam dużo panien tak uczesanych, — rzekła Amelka, żeby ją pocieszyć.
— Dobrze mi tak; dlaczego chciałam się przystroić? żałuję, żem dotykała się włosów! — wykrzyknęła Małgosia porywczo.
— Ja także; takie były miękkie i ładne! ale niedługo odrosną! — powiedziała Eliza, i przyszła ucałować i ukoić ostrzyżoną owieczkę.
Po różnych drobnych niepowodzeniach Małgosia ubrała się nareszcie, a Ludka także przy pomocy sióstr uczesała się i włożyła suknię. Bardzo dobrze wyglądały w swych skromnych strojach. Małgosia miała suknię z srebrzystego sukienka, niebieską aksamitkę we włosach, koronkową frezę i szpilkę z perełką. Ludka była w sukni orzechowej, w sztywnym męskim kołnierzyku i w białych chryzantemach, które były jej jedyną ozdobą. Każda włożyła jedną ładną jasną rękawiczkę, a w ręku trzymała splamioną, i wszystkie uznały, że robią to „zupełnie swobodnie i dobrze“. Małgosi trzewiczki na wysokich korkach były strasznie ciasne i dolegały jej, chociaż nie chciała tego przyznać; a Ludce wszystkie dziewiętnaście szpilek zdawały się wbite w głowę, co niezbyt przyjemne było. Ale, Boże mój! raczej umrzeć, niż nie być elegancką!
— Bawcie się dobrze, kochanki, — rzekła pani March, gdy szły wystrojone ulicą. Nie jedzcie wiele na kolację, i wróćcie do domu o jedenastej, zaraz jak przyślę po was Annę.
Skoro zamknięto za niemi bramę, odezwała się jeszcze przez okno:
— Dziewczęta! dziewczęta! czy wzięłyście ładne chusteczki do nosa?
— Tak, tak, maleńkie i ładne, a Małgosia swoją skropiła wodą kolońską! — krzyknęła Ludka, dodając ze śmiechem gdy się oddaliły: zdaje mi się, że mama zapytałaby o to, gdybyśmy uciekały przed trzęsieniem ziemi.
— Jestto jedno z jej arystokratycznych upodobań, i zupełnie właściwe, bo prawdziwą damę zawsze się pozna świeżych rękawiczkach i chustce do nosa, — odparła Małgosia, która także miała sporo maleńkich „upodobań arystokratycznych“.
— Nie zapomnij, Ludko, schować tylny bryt. Czy moja szarfa dobrze leży? a uczesanie czy nie bardzo źle wygląda? — pytała Małgosia przy gotowalni pani Gardiner, odchodząc od lustra po długiem przeglądaniu się.
— Wiem, że zapomnę; ale jak zobaczysz, że robię co niestosownego, to mrugnij: dobrze? — odrzekła Ludka, prostując sobie kołnierzyk i naprędce gładząc włosy szczotką.
— Nie wypada mrugać, ale podniosę wgórę brwi, jeżeli będzie co złego, a opuszczę je na dół, jak wszystko będzie w porządku. Pamiętaj trzymać się prosto i stawiać drobne kroki. Jeżeli cię komu przedstawią, nie podawaj ręki do uścisku, to nie potrzebne.
— Jakim ty sposobem uczysz się tych pięknych manier? ja na żaden sposób nie mogę! Słuchaj, jakaś wesoła muzyka!
Zeszły trochę nieśmiało na dół, gdyż bywały rzadko na zabawach, a chociaż to zebranie było poufne, dla nich stanowiło ważną chwilę. Pani Gardiner, dama poważna i niemłoda, — przywitała je uprzejmie i poleciła nastarszej ze swych sześciu córek. Małgosia znała Salusię, więc bardzo prędko przyszła do siebie; ale Ludka, nie lubiąca towarzystwa dziewcząt, stała na uboczu, pilnie ukrywając pod ścianą tylny bryt — i tak się czuła nie na miejscu, jakby konik w kwiatowym ogrodzie. Kilku wesołych chłopców rozprawiało w innej stronie pokoju o ślizgawce, Ludka więc miała wielką ochotę przyłączyć się do nich, bo ślizganie się było jej największą rozkoszą. Zatelegrafowała swe życzenie do Małgosi, która tak groźnie podniosła brwi wgórę, że się nie śmiała ruszyć. Nikt nie przyszedł rozmawiać z nią i powoli rozproszyła się gromadka stojąca w jej pobliżu, a nareszcie pozostała sama. Nie mogła swobodnie krążyć, ani się bawić, z obawy, że kto zobaczy wypalony bryt, więc się tylko przyglądała innym z niejaką rozpaczą, póki nie zaczęto tańczyć. Małgosia otrzymała zaraz zaproszenie i jej ciasne trzewiczki tak się żywo obracały, że niktby nie odgadł jaki ból znosi z uśmiechem; Ludka spostrzegła, że jakiś wysoki i rudy młodzieniec zmierza do jej kąta, i obawiając się aby jej nie zamówił do tańca, usunęła się za firankę, żeby się spokojnie przyglądać i bawić. Na nieszczęście ktoś inny również nieśmiały, wybrał to samo schronienie, bo gdy firanka za nią spadła, spotkali się twarz w twarz z młodym Laurence.
— Boże mój! nie widziałam, że tu kto jest! — wyjąkała, chcąc się wycofać tak prędko, jak się tam schowała.
Ale chłopiec roześmiał się i rzekł żartobliwie, chociaż się zdawał trochę przestraszony:
— Proszę nie uważać na mnie; możesz pani zostać, jeżeli masz ochotę.
— Czy nie będę przeszkadzać?
— Bynajmniej; tylko dlatego schroniłem się tu, że znając mało osób, jakiś nieswój byłem z początku.
— Ja tak samo. Zostań pan — chyba, że wolisz odejść.
Chłopiec usiadł napowrót, i przyglądał się swym butom; ale Ludka chcąc się okazać grzeczną i swobodną rzekła:
— Zdaje mi się, żem pana już widziała; wszak mieszkasz obok nas, nieprawda?
— W drugiej bramie. — Spojrzał na nią i roześmiał się głośno, bo jej sztywne zachowanie się bawiło go, w porównaniu z ową gawędą o krykiecie, gdy jej kota odniósł do domu.
To ją ośmieliło zupełnie; roześmiała się także i rzekła serdecznie:
— Tak nas ucieszył podarek pana na Boże Narodzenie.
— To mój dziadek go przysłał.
— Ale pan mu nasunąłeś tę myśl, nieprawda?
— Jak się ma kotek, panno March? — zapytał, przymuszając się do poważnej miny, chociaż czarne oczy błyskały mu figlarnie.
— Zdrów; dziękuję ci panie Laurence; ale ja nie jestem panną March, tylko Ludką, — odrzekła panienka.
— A ja nie jestem panem Laurence, tylko Arturem. Na pierwsze imię dano mi Teodor, ale go nie lubię, bo mnie koledzy nazywali Dora; postanowiłem więc, żeby mi mówili Arturze.
— Ja także nienawidzę mego imienia — takie sentymentalne! Chciałabym, żeby mi wszyscy mówili Ludwiko, zamiast Ludko. Jak się pan wziąłeś do tego, żeby chłopcy przestali cię nazywać Dorą?
— Przykazałem im.
— Ja nie mogę przykazać ciotce March, więc chyba muszę to znosić, — i westchnęła z rezygnacją.
— Czy nie lubisz tańczyć, Ludko?
— Dosyć lubię, jak dużo jest miejsca i wszyscy są weseli; ale w takim salonie z pewnością przewróciłabym co, deptałabym po nogach, albo coś równie okropnego przydarzyłoby mi się niezawodnie. Unikam więc guza, i Małgosi zostawiam wszelkie powodzenia. A pan, czy nie tańczysz?
— Czasami, ale byłem długi czas zagranicą i niedawno jestem z powrotem, więc się tu nie obeznałem ze wszystkiem.
— Zagranicą! — wykrzyknęła Ludka. Opowiedz mi pan co! Ja tak serdecznie lubię słuchać opisów podróży.
Artur widocznie sam nie wiedział, od czego zacząć, ale ciekawe pytania Ludki wprowadziły go wkrótce na tor. Opowiadał jej więc, że był oddany do szkoły w Vevey, gdzie chłopcy nigdy nie noszą kapeluszy i mają flotę ze statków na jeziorze — a w czasie wakacyj wybierają się z nauczycielami na pieszą wędrówkę po Szwajcarji.
— Jakżebym ja tam chciała być! — wykrzyknęła Ludka. — Czy byłeś pan w Paryżu?
— Spędziliśmy tam przeszłą zimę.
— I mówisz po francusku?
— Nie wolno nam było inaczej mówić w Vevey.
— Powiedz co, żebym usłyszała; ja umiem czytać, ale nie mogę się nauczyć wymowy.
— Quel nom a cette jeune demoiselle en les pantoufles jolies? — rzekł usłużnie Artur.
— Jak ładnie mówisz! To znaczy: kto jest ta panienka w pięknych pantofelkach; nieprawda?
— Oui, Mademoiselle.
— To moja siostra Małgorzata, o czem wiedziałeś dobrze. Czy ci się podoba?
— Bardzo; przypomina mi niemieckie dziewczęta, bo ma taką świeżą cerę, spokojne rysy, i tańczy z dystynkcją.
Ludka zarumieniła się, słysząc tę pochwałę i zapamiętała ją, żeby powtórzyć siostrze. Tak długo razem przyglądali się towarzystwu, udzielali sobie uwag i gawędzili, że zdawało im się, iż ich łączy dawna znajomość. Artur otrząsnął się prędko z nieśmiałości, bo Ludki męskie obejście bawiło go i dodawało mu swobody; ona także odzyskała wesołość, gdyż zapomniała o sukni, i nikt na nią nie podnosił brwi. Polubiła bardzo młodego Laurence, i raz po raz przyglądała mu się bacznie, żeby go opisać dziewczętom. Nie miały braci, a kuzynów bardzo mało, więc znajomość z chłopcem była dla nich nowością. — Kręcące się czarne włosy — powtarzała sobie — ciemna cera, duże czarne oczy, długi nos, ładne zęby, małe ręce i nogi, wzrost taki jak mój. Bardzo grzeczny, jak na chłopca, i przytem wesoły. Ciekawam, ile ma lat?
Miała to pytanie na końcu języka, lecz powstrzymała się w porę, z niezwykłym taktem starając się znaleść uboczną drogę.
— Pewno niedługo wstąpisz do kolegjum? widzę, że drabujesz książki — to jest chciałam powiedzieć, że studjujesz pilnie. — I zarumieniła się ze wstydu, że to straszne „drabujesz“ wymknęło jej się z ust.
Artur uśmiechnął się, ale go to widać nie obraziło, i odpowiedział wzruszając ramionami:
— Dopiero za dwa, lub trzy lata; w każdym razie nie prędzej, aż skończę siedemnasty rok.
— Czy masz dopiero piętnasty? — zapytała, spoglądając na dużego chłopca, któremu już dawała lat siedemnaście.
— W przyszłym miesiącu skończę szesnasty rok.
— Jakżebym ja chciała chodzić do kollegjum; a ty nie masz ochoty, jak mi się zdaje?
— Najmniejszej; tam się młodzież włóczy tylko dniem i nocą, i wogóle nie podoba mi się jej tryb życia.
— Cóżbyś ty lubił?
— Mieszkać we Włoszech i żyć według swoich upodobań.
Ludka miała wielką ochotę zapytać jakie one są, ale jakoś surowo ściągnął czarne brwi, więc chcąc zmienić przedmiot rozmowy, zaczęła bić takt nogą i rzekła: — Wyborna polka, czemu jej nie spróbujesz?
— Służę ci, — odpowiedział z dziwacznym, krótkim ukłonem, na francuski sposób.
— Nie mogę, powiedziałam Małgosi, że nie będę tańczyć z powodu... — zatrzymała się, niepewna widocznie, czy mówić, czy się roześmiać.
— Z powodu? — ciekawie zapytał Artur.
— Nie powiesz nikomu?
— Nigdy!
— Otóż, przyszedł mi raz do głowy nieszczęśliwy pomysł stanąć przed kominkiem, i wypaliłam sobie tę suknię. Chociaż jest starannie naprawiona, zawsze to miejsce się odróżnia, i Małgosia zaleciła mi siedzieć spokojnie, żeby nikt tego nie zobaczył. Możesz się śmiać jeżeli chcesz, wiem, że to zabawne.
Artur nie śmiał się jednak, tylko patrzył w ziemię przez chwilę, i z dziwnym jakimś wyrazem twarzy powiedział bardzo mile:
— Mniejsza o to, posłuchaj jak się urządzimy. Tam, z drugiej strony pokojów, jest długa sień; możemy więc swobodnie tańczyć i nikt nas nie zobaczy. Chodźmy!
Ludka podziękowała, i poszła chętnie, żałując, że nie ma dwóch czystych rękawiczek, bo spostrzegła, że jej tancerz wkłada śliczne perłowego koloru. Sień była pusta, i doskonale im było polkować; Artur dobrze tańczył i nauczył ją niemieckiego pas, które zachwyciło ją, bo skoczne jest i pełne życia. Gdy muzyka zamilkła, usiedli na schodach, żeby odpocząć, i Artur opisywał jakąś zabawę heidelberską, kiedy się ukazała Małgosia. Na dany znak Ludka chętnie poszła do jednego z bocznych pokojów, gdzie zastała siostrę, która leżąc z bladą twarzą na sofie, trzymała się za nogę.
— Zwichnęłam sobie nogę. Ten głupi obcas wykręcił się, i okropnie cierpię. Tak boli, że trudno mi stać, i nie wiem jak wrócę do domu, — rzekła, wijąc się na sofie.
— Wiedziałam, że pokaleczysz nogi przez te niedorzeczne korki. Przykro mi, ale nie widzę innego sposobu, jak żebyś wsiadła do powozu, albo tu przenocowała — odparła Ludka, ostrożnie głaszcząc biedną nogę.
— Nie mogę nająć powozu, bo to dużo kosztuje, a nawet pewno nie dostałabym, gdyż tu prawie wszyscy przybyli własnymi ekwipażami; wreszcie daleko jest do stajni, i nie mam kogo posłać.
— Ja pójdę.
— Nie, nie; już po dziesiątej i ciemno jak w Egipcie. Nie mogę tu zostać, bo jest pełno osób, i u Salusi przenocuje kilka panienek. Poleżę póki Anna nie przyjdzie, a potem będę musiała zajść piechotą.
— Poproszę Artura żeby poszedł, — rzekła Ludka, — i uspokoił ją ten pomysł.
— Zmiłuj się nie rób tego! nie proś go i nie mów nikomu. Podaj mi tylko kalosze, a te trzewiki wsuń między nasze rzeczy. Nie mogę już tańczyć, więc jak tylko będzie po kolacji, czatuj na Annę, i zaraz mi powiedz jak przyjdzie.
— Teraz właśnie przechodzą do jadalnego pokoju, ale ja wolę zostać z tobą, nie pójdę.
— Owszem, moja droga, idź i przynieś mi kawy. Takam zmęczona, że nie mogę się ruszyć.
Położyła się, chowając starannie nogi obute w kalosze, a Ludka pobiegła do jadalnego pokoju, przebywszy chiński gabinet i pokoik, gdzie stary pan Gardiner posilał się na osobności. Sięgnęła po kawę, lecz natychmiast rozlała ją na przedni bryt sukni.
— Ach mój Boże! jakżem ja niezręczna! — wykrzyknęła, wycierając plamy rękawiczką Małgosi.
— Czy mogę przydać się na co? — odezwał się przyjazny głos; był to Artur, z filiżanką kawy w jednej ręce, a z talerzykiem lodów w drugiej.
— Chciałam co wziąć dla Małgosi, która nie może tu przyjść, bo jest bardzo zmęczona; ktoś mię potrącił, i oto w jak ładnym stanie jestem, — odpowiedziała, patrząc smutno na poplamioną suknię i zniszczoną rękawiczkę.
— Co za szkoda! Rozglądałem się właśnie, komuby to podać; czy mogę zanieść siostrze?
— O, dziękuję, pokażę panu zaraz gdzie ona jest. Sama nie zaniosę, bo narobiłabym sobie nowej biedy.
Wskazała mu drogę, i Artur jakby przyuczony usługiwać damom, przystawił stoliczek, przyniósł drugą porcję lodów i kawy dla Ludki, i tak był grzeczny, że nawet wymagająca Małgosia nazwała go „miłym chłopcem“. Zabawiali się cukierkami, dewizami, i właśnie doskonale im szła spokojna gra w szeptanego z inną młodzieżą, która się do nich przyłączyła, — kiedy się ukazała Anna. Małgosia zapominając o nodze, wstała tak żywo, że się musiała uchwycić Ludki i krzyknęła z bólu.
— Cicho, nie mów nic! — szepnęła, dodając głośno, — skręciłam sobie trochę nogę, nic więcej, — i kulejąc, poszła na górę po rzeczy.
Anna łajała, Małgosia płakała, a Ludka traciła głowę. Nareszcie postanowiła sama temu poradzić; zbiegła zatem na dół, i spotkawszy służącego poprosiła go o sprowadzenie powozu, ale powiedział jej, że jako najemnik nie zna tej okolicy, oglądała się więc znowu za jakąś pomocą, kiedy Artur, usłyszawszy o co idzie, przystąpił, żeby ofiarować powóz swego dziadka, który właśnie zajechał.
— Jeszcze tak wcześnie, że się nie możesz wybierać, — rzekła Ludka, wahając się czy przyjąć propozycję, chociaż jej dogadzała.
— Ja zwykle powracam wcześnie do domu. Niech mi będzie wolno odwieźć panie, wszakże mi to nawet po drodze, — zresztą podobno deszcz pada.
To ją przekonało nakoniec; więc opowiedziawszy mu o przykrym wypadku Małgosi, z wdzięcznością przyjęła grzeczną przysługę, i pobiegła na górę po swe towarzyszki. Anna miała koci wstręt do deszczu, nie sprzeciwiała się zatem, i powróciły wygodnym, zamykanym powozem, w którym było im wesoło i rozkosznie. Artur usiadł na koźle, więc Małgosia mogła wyciągnąć nogę — i swobodnie rozmawiały o wieczorku.
— Ja się doskonale zabawiłam; a ty? — spytała Ludka, rozpinając włosy i układając się wygodnie.
— Ja także, póki mnie noga nie rozbolała. Anusia Muffat, przyjaciółka Salusi, upodobała mię sobie, i prosi, żebyśmy razem przyjechały do niej, na tydzień. Wejdzie w świat z otwarciem opery — i jeżeli Mama pozwoli pojechać, to mię czekają świetne zabawy, — powiedziała Małgosia, uśmiechając się do tej myśli.
— Widziałam cię tańczącą z tym rudym mężczyzną, od którego uciekłam; czy on miły?
— O bardzo! to są kasztanowate włosy, nie rude. Niezmiernie był grzeczny, i tańczyłam z nim wyborną redowę.
— Wyglądał, jak szarańcza w konwulsjach, robiąc to nowe pas. Nie mogliśmy się wstrzymać od śmiechu z Arturem. Słyszałaś?
— Nie, aleście się znaleźli bardzo gburowato. Coście robili cały czas w tem ukryciu?
Ludka opowiedziała swoje przygody, poczem powóz stanął przed domem. Serdecznie podziękowały Arturowi, życzyły mu dobrej nocy, i po cichu wsunęły się do sieni, żeby nikogo nie obudzić. Ale gdy drzwi skrzypnęły, dwa nocne czepeczki ukazały się, i dwa rozespane lecz ciekawe głosy zawołały:
— Opowiadajcie o wieczorze! opowiadajcie o wieczorze!
Z wielką „nieznajomością manier“ według Małgosi, schowała Ludka trochę cukierków dla dziewczynek, które wkrótce usnęły, wysłuchawszy najważniejszych wydarzeń.
— Zdaje mi się, że jestem wielką panią: powracam z zabawy powozem, siedzę sobię w negliżu, a garderobiana mi posługuje, — rzekła Małgosia, podczas gdy siostra okładała jej nogę kopalnikiem i czesała włosy.
— Nie sądzę, żeby wielkie panie bawiły się choć trochę lepiej od nas, mimo przypalonych włosów, starych sukien, jednej rękawiczki na każdą i ciasnych trzewików, w których wykręcamy sobie nogi, skorośmy dosyć niedorzeczne, żeby je nosić. — Zdaje mi się, że Ludka miała słuszność.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Louisa May Alcott i tłumacza: Zofia Grabowska.