Lalka (Prus)/Tom II/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Lalka
Data wydania 1890
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
Lalka, tom II, rozdział 1.
Nagranie LibriVox w wykonaniu Piotra Natera.
I.
W jaki sposób duszę ludzką szarpie namiętność, a w jaki rozsądek.

Otrzymawszy od pana Łęckiego zaproszenie na obiad, Wokulski wybiegł ze sklepu na ulicę.
Ciasny pokój dusił go, a rozmowa z Rzeckim, w ciągu której subjekt udzielał mu przestróg i upomnień, wydawała mu się nadzwyczajnie głupią; nie jest-że to śmieszne, ażeby stary i wystygły kawaler, wierzący tylko w sklep i w Bonapartych, zarzucał mu szaleństwo!...
„Cóż ja robię złego — myślał Wokulski — że się kocham?... Może trochę zapóźno, ależ przez całe życie nie pozwalałem sobie na podobny zbytek. Kochają się miliony ludzi, kocha się cały świat czujący, dlaczegóż mnie jednemu miałoby to być zabronione? Jeżeli zaś ten zasadniczy punkt ma racyą bytu, to ma ją wszystko, co robię. Kto się chce żenić, musi posiadać majątek, więc — zdobyłem majątek. Musi zbliżyć się do wybranej kobiety — ja też zbliżyłem się. Musi troszczyć się o jej byt materyalny i chronić od nieprzyjaciół — a ja robię jedno i drugie. Czy zaś w tem dobijaniu się o szczęście skrzywdziłem kogo? Czy zaniedbuję obowiązków względem społeczeństwa i bliźnich?... Ach, ci kochani bliźni i to społeczeństwo, które nigdy nie troszczyło się o mnie i stawiało mi wszelkie przeszkody, a zawsze upomina się o ofiary z mojej strony... Lecz właśnie to, co oni dziś nazywają szaleństwem, popycha mnie do pełnienia jakichś fikcyjnych obowiązków. Gdyby nie ono, siedziałbym dziś jak mól w książkach i kilkaset osób miałoby mniejsze zarobki. Więc czego oni chcą ode mnie?“ — pytał sam siebie w rozdrażnieniu.
Ruch na świeżem powietrzu uspokoił go; doszedł do alei Jerozolimskiej i skręcił nią ku Wiśle. Owiał go rzeźki wiatr wschodni i zbudził te nieokreślone uczucia, które tak żywo przypominają wiek dziecinny. Zdawało mu się, że jeszcze na Nowym Świecie był dzieckiem i że jeszcze czuje w sobie drgające fale młodej krwi. Uśmiechał się do piaskarza, wiozącego swój towar nędznym koniem w podługowatej skrzyni, a żebrząca wiedźma wydała mu się bardzo miłą staruszką; cieszył go świst, rozlegający się w fabryce i chciał pogadać z gromadką rozkosznych malców, którzy, ustawiwszy się na przydrożnym pagórku, ciskali kamieniami na przechodzących żydów.
Uporczywie odsuwał od siebie myśl o dzisiejszym liście i jutrzejszej wizycie u Łęckich; chciał być trzeźwym, ale namiętność przemogła.
„Dlaczego oni mnie zaprosili? — pytał, czując lekki dreszcz wewnętrzny. — Panna Izabela chce się ze mną poznać... Ależ oczywiście dają mi do zrozumienia, że mogę się żenić!... Byliby chyba ślepi, albo idyoci, żeby nie spostrzegli, co się ze mną dzieje wobec niej“...
Począł tak drżeć, że mu zęby szczękały; wtedy odezwał się przygłuszony rozsądek.
„Za pozwoleniem. Od jednego obiadu i jednej wizyty, jeszcze bardzo daleko do dłuższej znajomości. Na tysiąc zaś dłuższych znajomości — ledwie jedna prowadzi do oświadczyn; na dziesięć oświadczyn — ledwie jedne są przyjęte, a i z tych ledwie połowa kończy się małżeństwem. Trzeba więc być zupełnym waryatem, ażeby nawet przy dłuższej znajomości, myśleć o małżeństwie, za którem jest ledwie jedna, a przeciw któremu ze dwadzieścia tysięcy szans... Jasne czy nie jasne?“
Wokulski musiał przyznać, że jest jasne. Gdyby wszelka znajomość prowadziła do małżeństwa, każda kobieta musiałaby mieć po kilkudziesięciu mężów, każdy mężczyzna po kilkadziesiąt żon, księża nie daliby sobie rady ze ślubami, a cały świat zamieniłby się w jeden wielki szpitał waryatów. On zaś, Wokulski, nietylko nie był jeszcze dobrym znajomym panny Łęckiej, ale dopiero znajdował się w przededniu do zrobienia z nią znajomości.
— Więc cóż zyskałem? — spytał — po bułgarskich niebezpieczeństwach i tutejszych wyścigach lub pojedynkach?...
„Zyskałeś większą szansę — objaśnił rozsądek; — przed rokiem miałeś może jednę sto — albo jednę dwudziestomilionową prawdopodobieństwa, że się z nią ożenisz; a za rok możesz mieć jednę dwudziestotysięczną...“
— Za rok?... — powtórzył Wokulski i znowu owionął go jakiś chłód surowy. — Wydarł mu się jednak i zapytał: — A jeżeli panna Izabela pokocha mnie, albo już kocha?...
„Najprzód — należałoby wiedzieć, czy panna Izabela może kochać kogokolwiek...“
— Alboż nie jest kobietą?
„Trafiają się kobiety z defektem moralnym, nie zdolne kochać nic i nikogo, prócz swoich przelotnych kaprysów, podobnież i mężczyźni; jestto tak dobra wada, jak: głuchota, ślepota, albo paraliż, tylko mniej widoczna“.
— Przypuśćmy...
„Dobrze — mówił dalej głos, który Wokulskiemu przypomniał zgryźliwe zrzędzenie doktora Szumana; — gdyby więc ta pani wogóle mogła kogoś kochać, to nasuwa się drugie pytanie: czy pokocha ciebie?“
— Przecież tak wstrętny nie jestem.
„Owszem, możesz nim być, jak najpiękniejszy lew jest wstrętnym dla krowy, albo orzeł dla gęsi. Widzisz, mówię ci nawet komplimenta: porównywam cię ze lwem i orłem, które, mimo wszystkich zalet, budzą jednak odrazę w samicach innego gatunku. Unikaj zatem samic innego niż twój gatunku...“
Wokulski ocknął się i rozejrzał. Był już niedaleko Wisły, obok drewnianych spichrzów, a przejeżdżające furmanki zasypywały go czarnym pyłem. Szybko zwrócił się ku miastu i począł rozważać samego siebie.
— We mnie jest dwu ludzi — mówił — jeden zupełnie rozsądny, drugi waryat. Który zaś zwycięży?... Ach, o to się już nie troszczę. Ale co zrobię, jeżeli wygra ten mądry?... Cóżto za okropna rzecz, posiadając wielki kapitał uczuć, złożyć go samicy innego gatunku: krowie, gęsi, albo czemuś jeszcze gorszemu?... Cóżto za upokorzenie, śmiać się z tryumfów jakiegoś byka, albo gąsiora, a jednocześnie płakać nad własnem sercem, tak boleśnie rozdartem, tak haniebnie podeptanem?... Czy warto żyć dalej w podobnych warunkach?
I na samę myśl o tem, Wokulski uczuł pragnienie śmierci, ale tak zupełnej, żeby nawet resztki jego popiołów nie zostały na ziemi.
Stopniowo jednak uspokoił się i, wróciwszy do domu, począł zastanawiać się już całkiem chłodno nad tem: czy na jutrzejszy obiad włożyć frak, czy surdut?... Albo czy do jutra nie zajdzie jakaś nieprzewidziana przeszkoda, która znowu mu nie pozwoli zbliżyć się do panny Izabeli? Potem jeszcze zrobił rachunek ostatnich handlowych obrotów, wysłał parę telegramów do Moskwy i Petersburga, a nareszcie napisał list do starego Szlangbauma, proponując, ażeby mu pożyczył swego nazwiska, w celu nabycia kamienicy Łęckich.
„Mecenas ma racyą — myślał. — Lepiej kupić ten dom pod cudzą firmą. Inaczej mogliby mnie podejrzewać o chęć wyzyskania ich, albo — co gorsze — posądzić o zamiar robienia im łaski!...“
Jednakże, pod powłoką obojętnych zajęć, kipiała w nim burza. Rozsądek głośno wołał, że jutrzejszy obiad niczego nie oznacza i nie zapowiada. A nadzieja cicho... cicho szeptała, że — może jest kochanym, a może dopiero nim będzie.
Ale cicho... tak cicho, że Wokulski z największą uwagą musiał się przysłuchiwać jej szeptowi.
Dzień następny, pełen znaczenia dla Wokulskiego, nie odznaczył się żadną osobliwością ani w Warszawie, ani w naturze. Tu i owdzie na ulicy kłębił się kurz, wzniecony miotłami stróżów, dorożki pędziły bez pamięci, albo zatrzymywały się bez powodu, a nieskończony potok przechodniów ciągnął się w jednę i drugą stronę, chyba poto, ażeby utrzymywać ruch w mieście. Niekiedy pod ścianą domów przesuwali się ludzie obdarci, skuleni, z rękami wbitemi w rękawy, jakby to był nie czerwiec, ale styczeń. Czasem, na środku ulicy, przewinął się chłopski wózek, napełniony blaszanemi konwiami, a powożony przez zuchowatą babę w granatowym kaftanie i czerwonej chustce na głowie.
Wszystko to roiło się między dwoma długiemi ścianami kamienic pstrej barwy, nad któremi górowały wyniosłe fronty świątyń. Na obu zaś końcach ulicy, niby pilnujące miasta szyldwachy, wznosiły się dwa pomniki. Z jednej strony król Zygmunt, stojący na olbrzymiej świecy, pochylał się ku Bernardynom, widocznie pragnąc coś zakomunikować przechodniom. Z drugiego końca nieruchomy Kopernik, z nieruchomym globusem w ręku, odwrócił się tyłem do słońca, które, na dzień wychodziło zpoza domu Karasia, wznosiło się nad pałac Towarzystwa przyjaciół nauk i kryło się za dom Zamoyskich, jakby naprzekór aforyzmowi: „Wstrzymał słońce, wzruszył ziemię“. Wokulski, który w tym właśnie kierunku wyglądał ze swego balkonu, mimowoli westchnął, przypomniawszy sobie, że jedynymi wiernymi przyjaciółmi astronoma byli tragarze i tracze, nie odznaczający się, jak wiadomo, zbyt dokładną znajomością zasługi Kopernika.
„Wiele mu z tego — myślał — że w kilku książkach nazywają go chlubą narodu!... Pracę dla szczęścia — rozumiem, ale pracy dla fikcyi, nazywającej się społeczeństwem, czy sławą — jużbym się nie podjął. Społeczność niech sama myśli o sobie, a sława... Co mi przeszkadza wyobrać sobie, że już posiadam sławę naprzykład na Syryuszu? A przecież Kopernik nie jest dziś w lepszem położeniu odnośnie do ziemi i tyle go obchodzi statua w Warszawie, co mnie piramida na jakiejś Wedze!... Trzy wieki sławy oddam za chwilę szczęścia i dziwię się tylko mojej głupocie, że kiedyś inaczej myślałem“.
Jakby w odpowiedzi na to, spostrzegł po drugiej stronie ulicy Ochockiego; wielki maniak szedł wolno, ze spuszczoną głową i rękoma w kieszeniach.
Prosty ten zbieg wypadków głęboko wstrząsnął Wokulskim; przez chwilę uwierzył nawet w przeczucia i pomyślał z radosnem zdumieniem.
„Czy mi to nie zapowiada, że on będzie miał sławę Kopernika, a ja — szczęście?... A budujże sobie machiny latające, tylko zostaw mi swoję kuzynkę!... — Cóż znowu za przesądy?... — opamiętał się po chwili. — Ja i przesądy!...“
W każdym razie bardzo podobało mu się zdanie, że Ochocki będzie miał nieśmiertelną sławę, a on — żywą pannę Izabelę. Serce napełniła mu otucha. Żartował z siebie, lecz mimo to czuł, że jakoś więcej ma spokoju i odwagi.
„Więc przypuśćmy — mówił — że w rezultacie po wszystkich moich zabiegach — odtrąci mnie... No?... słowo honoru, że natychmiast wezmę utrzymankę i będę z nią siadał w teatrze, obok loży państwa Łęckich. Zacna pani Meliton, a może i ten... Maruszewicz, wynajdą mi kobietę, mającą podobne do niej rysy (za kilkanaście tysięcy rubli można i to nawet znaleźć). Od stóp do głów owinę ją w koronki, zasypię klejnotami, a wtedy przekonamy się, czy wobec niej nie zblednie panna Izabela. — Niechże sobie potem idzie zamąż, choćby za marszałka i barona...“
Ale na myśl o zamążpójściu panny Izabeli, opanowała go wściekłość i rozpacz. W takiej chwili — chciałby cały świat nabić dynamitem i rozsadzić. Lecz znowu oprzytomniał:
„No i cóżbym zrobił, gdyby podobało się jej wyjść zamąż?... Nie, nawet gdyby podobało się jej mieć kochanków: raz mego subjekta, drugi raz jakiego oficera, trzeci raz furmana albo lokaja... No i cóżbym nato poradził?...“
Poszanowanie cudzej osobistości i swobody było w nim tak wielkie, że przed niem uginał się nawet jego obłęd.
— Cóż zrobię?... cóż zrobię!... — powtarzał, ściskając dłońmi rozgorączkowaną głowę.
Na godzinę wpadł do sklepu, załatwił kilka interesów i wrócił do siebie; o czwartej służący wydobył mu z komody bieliznę i przyszedł fryzyer ogolić go i uczesać.
— Cóż słychać, panie Fitulski? — zapytał fryzyera.
— Nic, a będzie gorzej; kongres berliński myśli o zduszeniu Europy, Bismarck o zduszeniu gresu, a żydzi — o ogoleniu do reszty nas... — opowiadał młody artysta, piękny jak serafin, zręczny — jakby uciekł z żurnala krawców.
Zawiązał Wokulskiemu ręcznik na szyi i mydląc mu policzki z szybkością piorunu, mówił dalej:
— W mieście, panie, cicho do czasu, a zresztą nic. Byłem wczoraj z towarzystwem na Saskiej Kępie, ale cóż to, panie, za ordynaryjna młodzież!... Pokłócili się w tańcu i proszę mego pana, wyobrazić sobie... Główkę trochę wyżej s’il vous plait...
Wokulski podniósł głowę trochę wyżej i zobaczył, że jego operator nosi złote spinki, przy bardzo brudnych mankietach.
— Pokłócili się w tańcu — ciągnął elegant błyskając mu brzytwą przed oczyma — i, proszę sobie wyobrazić, że jeden chcąc kropnąć drugiego w wystawę — uderzył damę!... Zrobił się hałas... pojedynek... Mnie naturalnie wybrano na sekundanta i właśnie byłem dziś w kłopocie, bom miał tylko jeden pistolet, kiedy, przed półgodziną, przychodzi do mnie obrażający i mówi, że nie głupi strzelać się, i że obrażony — może mu oddać, byle tylko raz... Główkę na prawo, s'il vous plait... No, wie pan, byłem tak oburzony (przed półgodziną), że porwałem faceta za galeryjkę, kolanem w antresolę i — won! za drzwi. Z takim błaznem strzelać się niepodobna, n'est-ce pas?... Teraz na lewo, s’il vous plait.
Skończył golić, umył Wokulskiemu twarz i, owinąwszy go w strój, podobny do śmiertelnej koszuli delikwentów, mówił dalej:
— Że też nigdy u pana dobrodzieja nie spostrzegłem ani śladu kobiety: przychodzę przecież w rozmaitych godzinach...
Wziął do rąk grzebień i szczotkę i zaczął czesać.
— Przychodzę w rozmaitych godzinach, a oko, panie, mam na te rzeczy... no!... Pomimo to, nigdy, ani rąbka spódniczki, ani pantofelka, ani kawałka wstążki! A przecież nawet raz u jednego kanonika zdarzyło mi się widzieć gorset; prawda, że znalazł go na ulicy i właśnie chciał bezimiennie odesłać do redakcyi. A, panie, u oficerów, szczególniej zaś u huzarów!... (Główkę na dół s’il vous plait...) Czyste zatrzęsienie!... U jednego, panie, spotkałem aż cztery młode damy i wszystkie — uśmiechnięte... Od tej pory, daję słowo honoru, zawsze kłaniam mu się na ulicy, choć mnie opuścił i winien mi pięć rubli. Ale, panie, jeżeli za krzesło na koncert Rubinsteina mogłem dać sześć rubli, tożbym chyba nie żałował pięciu rubli dla takiego wirtuoza... Możemy trochę poczernić włosy je suppose que oui?
— Bardzo panu dziękuję — odparł Wokulski.
— Domyślałem się tego — westchnął fryzyer. W szanownym panu nie ma śladu pretensyi, a to źle!... Znam kilka baletniczek, które chętnie zawarłyby z panem stosuneczki, a słowo honoru daję że warto! Prześlicznie zbudowane, muskulatura dębowa, biust jak materac na sprężynach, ruchy pełne gracyi i wcale nieprzesadzone wymagania, szczególniej zamłodu. Bo kobieta, panie, im starsza, tem droższa, zapewne i dlatego nikt nie ciągnie na sześćdziesięciolatki, że już niema na nie ceny. Rotszyldby zbankrutował!... Początkującej zaś da pan trzy tysiące rubelków na rok, kilka prezencików i będzie panu wierna... Ach, te kobietki!... Dostałem przez nie scyjatyki, lecz nie mogę się na nie gniewać...
Skończył swoję sztukę, ukłonił się według najpiękniejszych zasad i wyszedł z uśmiechem; patrząc na jego wspaniałą minę i portfel, w którym nosił szczotki i brzytwy, możnaby go wziąść za urzędnika z ministeryum.
Wokulski, po jego odejściu, nawet nie pomyślał o młodych i niewymagających baletniczkach; zajmowało go wielkiej doniosłości pytanie, które streścił w dwu wyrazach: frak, czy surdut?
„Jeżeli włożę frak, wyjdę na eleganta, pilnującego się przepisów, które mnie w rezultacie nic nie obchodzą. A jeżeli włożę surdut, mogę Łęckich obrazić. Zresztą, niechże znajdzie się ktoś obcy... Niema rady, jeżeli zdobyłem się na takie błazeństwa jak własny powóz i koń wyścigowy, to już frak muszę włożyć!“
Tak medytując, śmiał się z tej otchłani dzieciństw, do której spychała go znajomość z panną Izabelą.
— Ach, mój stary Hopferze! — mówił — o wy moi koledzy uniwersyteccy, czy który z was wyobrażał sobie mnie, zajmującego się podobnemi kwestyami?...
Ubrał się w garnitur frakowy i, stanąwszy przed lustrem, uczuł zadowolenie. Ten obcisły strój najlepiej uwydatniał jego atletyczne kształty.
Konie czekały od kwadransa i było już wpół do szóstej. Wokulski włożył lekki paltot i opuścił mieszkanie. Siadając do powozu, był bardzo blady i bardzo spokojny, jak człowiek, który idzie naprzeciw niebezpieczeństwu.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Bolesław Prus.